Warzywa z miejskich pól 

Parapet, ogródek czy duże gospodarstwo – w mieście można (i warto!) hodować warzywa. We Wrocławiu na Swojczycach, z dala od biurowców i mrówkowców, po cichutku rosną rzędy uprawianej naturalnie cukinii, buraków i ziemniaków, marchewki i ziół rozmaitych. Rosną po to, by trafiać na stoły wrocławskich maluchów i seniorów. O projekcie Miejska Farma Wrocław z Katarzyną Sokołowską, kierownikiem Sekcji ds. Polityki Żywnościowej w Wydziale Klimatu i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia oraz koordynatorem projektu Miejska Farma Wrocław rozmawia Aleksandra Solarewicz.

 

Fot. z archiwum A.S.

Aleksandra Solarewicz: Czym jest Farma Miejska? 

Katarzyna Sokołowska: Farma Miejska Wrocław jest wyjątkowym projektem Urzędu Miejskiego Wrocławia i Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Jest uprawą warzyw i ziół – prowadzoną z poszanowaniem środowiska naturalnego – na terenie Stacji Badawczo-Dydaktycznej Uniwersytetu Przyrodniczego na Swojczycach. Liczy w tej chwili 3,5 ha, a jej plony trafiają do żłobków, przedszkoli i DPS-ów, finansowanych z budżetu miasta Wrocławia.

Katarzyna Sokołowska
kierownik Sekcji ds. Polityki Żywnościowej Wydział Klimatu i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia oraz koordynator projektu Miejska Farma Wrocław

 

Ostatnio zrobiło się o niej głośno, a od kiedy tak naprawdę działa?

‒ Farma Miejska we Wrocławiu istnieje od 2024 roku. Pierwszą umowę podpisaliśmy w marcu w 2024 roku właśnie z Uniwersytetem Przyrodniczym jako głównym partnerem miasta w tym projekcie. Wtedy uruchomiliśmy pierwszy pilotażowy sezon upraw, żeby zobaczyć czy to, co zaprojektowaliśmy wspólnie z uczelnią, rzeczywiście się sprawdzi. I okazało się, że tak. Pierwsze dostawy zrealizowaliśmy na początku lata.

Zaznaczę, że my generalnie funkcjonujemy w tym projekcie sezonowo. To znaczy na ten moment nie mamy jeszcze zaplecza magazynowego, które pozwala nam dostarczać produkty do naszych odbiorców przez cały rok, więc zazwyczaj działamy tak, że już w okolicach marca zaczynamy pierwsze prace przygotowawcze do sezonu upraw, a pierwsze dostawy odbywają się w lipcu i są prowadzone najpóźniej do grudnia.

Po wakacyjnych przerwach ruszyły przedszkola. Dostawy także?

‒ Dokładnie, bo my, i to jest ważna informacja, dowozimy warzywa oczywiście również w trakcie wakacji, czyli przez lipiec i sierpień, ale wtedy mamy mniej odbiorców, bo przedszkola i żłobki pracują na zmiany – działa tylko połowa z nich. We wrześniu ruszyliśmy pełną parą, bo wtedy otwierają się wszystkie placówki.

Co rośnie na waszych polach?

‒ Zaczynaliśmy od ziemniaków, buraków, dyni i cukinii, a w tej chwili mamy jeszcze marchew, pasternak, por, cebulę, fasolkę szparagową, ogórki. I mamy świeże zioła, takie jak koper, natka, pietruszki, szczypiorek. Teraz na grządkach mamy 13 rodzajów warzyw.

Pychota. Ilu jest odbiorców plonów?

‒ W 2024 zaczynaliśmy pilotaż. Uprawialiśmy je wtedy na areale około 2,5 hektara. To pozwoliło na dostawy do 16 żłobków należących do Wrocławskiego Zespołu Żłobków, w których było łącznie 2 517 dzieci. W 2025 powiększyliśmy obszar upraw do 3,5 ha, dodaliśmy nowe warzywa i przekazywaliśmy je dodatkowo do 10 małych przedszkoli. Łącznie mieliśmy ponad 4 000 odbiorców. W tym roku zamieniliśmy część przedszkoli na większe placówki i dowozimy warzywa do ponad 5 000 osób łącznie. Dodatkowo plony odbiera od nas Miejskie Centrum Usług Socjalnych, które prowadzi 11 domów pomocy społecznej. W pierwszym roku byli odbiorcą awaryjnym, gdy pojawiały się nadwyżki, dziś są już z nami na stałe.

A ja jestem ciekawa, bo zapytają o to lekarze czy szpitale też będą mogły skorzystać z tych plonów?

‒ W tym przypadku nie, dlatego że to nie są jednostki, którymi się opiekuje miasto. Nie mamy we Wrocławiu szpitali zarządzanych przez miasto. Nie wykluczamy jednak rozmów o różnych formach rozwoju tego projektu. Kto wie, co przyniesie przyszłość.

Brzmi interesująco! A jak wpadliście na pomysł tej farmy i dlaczego dokładnie powstała?

‒ To projekt pierwszy w Polsce i wyjątkowy ze względu na kilka rzeczy. Po pierwsze, to jest pierwsza taka współpraca miasta z uczelnią, która dodatkowo angażuje jeszcze NGO-sy i prywatny biznes. A zaczęło się od Urzędu Miasta, Departamentu Strategii Zrównoważonego Rozwoju i Departamentu Spraw Społecznych (odpowiada za żłobki i DPS-y), który jest tą drugą jednostką realizującą projekt z ramienia miasta. Chcieliśmy połączyć szyki dla większego zrównoważenia naszego systemu żywnościowego, a jednocześnie zaspokojenia bieżących potrzeb społecznych. Okazało się też, że i Uniwersytet Przyrodniczy jest otwarty na znalezienie nowego zastosowania dla swoich gruntów na Swojczycach.

No właśnie, co na to uniwersytet?

‒ Uczelnia ma swoje stacje badawczo-dydaktyczne, w nich są realizowane bardzo różne projekty. A stacja na Swojczycach jest jeszcze o tyle wyjątkowa, że to jest łącznie prawie 300 hektarów gruntów, bardzo dobrych pod uprawy. Nie wszystkie są wykorzystywane do dydaktyki czy badań naukowych i dlatego szukali jakiegoś nowego, ciekawego projektu, który też będzie służył uczelni. Podpisaliśmy trójstronne porozumienie o współpracy między Departamentem Spraw Społecznych, Departamentem Strategii Zrównoważonego Rozwoju i uniwersytetem. To jest jakby trzon tego projektu, te trzy główne jednostki. Zaś dla zapewnienia projektowi codziennego funkcjonowania jako miasto, co roku ogłaszamy dwa konkursy dla organizacji pozarządowych.

Na czym polega ten wkład NGO-sów w realizację zadań farmy?

‒ Pierwszy konkurs jest na dostawę plonów z farmy do odbiorców, ale z wykorzystaniem ekologicznego transportu, samochodu elektrycznego. Od początku projektu zgłasza się do nas Fundacja Mniej Więcej. A drugi konkurs, który ogłaszamy, dotyczy działań edukacyjnych. I te są finansowane przez naszego partnera prywatnego – firmę InPost, która zgodziła się wesprzeć właśnie nasz projekt. Dzięki tej współpracy mamy co roku fundusze na to, żeby realizować różnorodne działania edukacyjne.

Fundacja Mniej Więcej. Zagadkowa nazwa.  

‒ Nie ukrywam, że to jest wyjątkowa organizacja, w której pracują szefowie kuchni i to z takich znanych restauracji, jak na przykład Dinette albo mający doświadczenie pracy w restauracjach z gwiazdkami Michelin. Ci ludzie, po wybuchu wojny na Ukrainie, zebrali sprzęt i pojechali na granicę gotować dla uchodźców, kiedy panowała tam najtrudniejsza sytuacja. Potem, na fali tej energii, stworzyli we Wrocławiu Fundację Mniej Więcej, która zajmuje się pozyskiwaniem nadwyżek żywności z rynku (dzięki temu zapobiega marnowaniu żywności) i z nich przygotowuje dania dla potrzebujących.

Czyli kogo?

‒ Uchodźcy we Wrocławiu zaczęli się usamodzielniać, więc teraz w większości beneficjenci Fundacji to na przykład samotni, schorowani seniorzy, którzy nie mogą już samodzielnie wyjść na zakupy i przygotować pełnowartościowy posiłek. Ci szefowie kuchni gotują naprawdę dobre posiłki, które im dostarczają prosto pod drzwi. Jeżeli my mamy nadwyżki, to Fundacja Mniej Więcej, która przewozi plony do żłobków i do przedszkoli, również odbiera je od nas i gotuje dla seniorów, co jest swoistym domknięciem tego całego projektu.

Czym się różnią te warzywa od państwa, od warzyw, które ja mogę kupić w warzywniaku?

‒ Podsumuję. Warzywa w farmie są uprawiane z poszanowaniem środowiska naturalnego i maksymalnym wykorzystaniem metod biologicznych. Stosujemy naturalne ściółkowanie. Wykorzystujemy m.in. słomę oraz właśnie ściółkę z wełny owczej, co pomaga ograniczać chwasty i zatrzymywać wodę w glebie. Łańcuch dostaw jest bardzo krótki, np. w poniedziałek zbieramy, w środę dostarczamy na stoły, a odbywa się to transportem elektrycznym. Nie marnujemy nadwyżek.

Wszystko świeże

‒ Pani Bogusława Bronowicka, która jest odpowiedzialna za prowadzenie tego projektu po stronie Uniwersytetu Przyrodniczego [obecnie na urlopie zdrowotnym – nie ma możliwości rozmowy – AS], zaproponowała, żebyśmy wykonywali cykliczny, systematyczny wysiew i później wykonywali również systematyczne, mniejsze zbiory. To jest prosta zasada, która powoduje, że mamy na farmie rośliny w bardzo różnej fazie wzrostu i systematycznie zbieramy je na potrzeby zamówień. A nie – że robiony jest jeden duży zbiór, który magazynujemy i potem próbujemy znaleźć dla niego odbiorców. A czy wie pani, że na terenie Stacji UP na Swojczycach są hodowane zwierzęta, np. owce?

To bardzo ciekawe!

‒ Jest to rasa owcy olkuskiej, którą trzeba strzyc i dzięki temu mamy np. możliwość korzystania z wełny odpadowej właśnie po strzyżeniu owiec. Taka wełna umieszczona w glebie pomaga zachować jej wilgotność. W tej chwili pani Bogusia testuje jej zastosowanie na 2 sposoby, po to żebyśmy zobaczyli jak lepiej gospodarować wodą. Gospodarka wodna jest dużym wyzwaniem, zwłaszcza teraz, jak rozmawiamy w jednym z najgorętszych dni, prawda?

A kto na co dzień pracuje w polu, w farmie?

‒ Są to podopieczni Wrocławskiego Centrum Integracji (jednostki podległej Departamentowi Spraw Społecznych). Prowadzi ono program aktywizacji społeczno-zawodowej dla osób długotrwale bezrobotnych z bardzo różnych przyczyn, które często trafiają do MOPS-u i starają się o zasiłek. Ci ludzie dostają od miasta propozycję uczestniczenia w programie, który ma im docelowo pomóc w powrocie na rynek pracy. Mają z uczestnictwa konkretne korzyści, m.in. świadczenie w wysokości 120% zasiłku dla bezrobotnych. I niektórzy decydują się z tej oferty skorzystać i dołączają do nas na farmie. Tam pod okiem ekspertów z Uniwersytetu Przyrodniczego zdobywają praktyczne umiejętności w zawodzie ogrodnika.

Kogo tam można spotkać?

‒ Zdziwi się pani. W drugim sezonie mieliśmy na przykład muzyka, który przez wiele lat grał w znanym ogólnopolskim zespole. W pewnym momencie życie mu się tak poukładało, że „wypadł z rynku” i losy zaprowadziły go do farmy. Mieliśmy tu nauczyciela kaligrafii z Afganistanu, który nie mógł dalej pracować w swoim kraju, bo władze się zorientowały, że on uczy także dziewczynki i musiał uciekać. Mieliśmy pana z doktoratem… Niejednokrotnie zdarza się, że stereotypowo myślimy o tym, kto potrzebuje pomocy. A to są czasami ludzie władający kilkoma językami, z wyższym wykształceniem.

Wróćmy do upraw. Wiele osób słyszy o miejskiej farmie, a widzi tablicę Mendelejewa?

‒ Panuje stereotypowe myślenie o tym, że miasto emituje tyle zanieczyszczeń, że absolutnie nie możemy tutaj zbierać. To nieprawda, możemy, tylko trzeba wiedzieć jak, gdzie i jak to robić mądrze. Dlatego dla nas tak ważne było też, żeby ten projekt uruchamiać właśnie razem z takimi ekspertami jak Uniwersytet Przyrodniczy. To są naukowcy czuwający nad tym, żeby wszystkie normy zostały spełnione, badają grunt, na którym uprawiamy warzywa i dbają o ich najwyższą jakość i bezpieczeństwo upraw.

Trwa edukacja, o której pani wspomniała.

‒ Tak, zabieramy dzieci na farmę, na zajęcia i nagle okazuje się, że nie musimy myśleć o tym, co zaproponować, żeby było ciekawie. Wystarczy pójść na pole i pokazać jak rośnie marchewka, czy razem wykopać ziemniaki. W kolejnym roku mamy nadzieję dołączyć jakieś zajęcia dla młodzieży i dla dorosłych, by mieli umiejętności ogrodnicze nie tylko po to, żeby wiedzieli co kupują w sieciówkach, ale żeby uprawiali warzywa we własnym ogrodzie, bo niektórzy mają rodzinne ogródki działkowe, niektórzy nawet przydomowe. Czasami wystarczy doniczka z pomidorkami na balkonie, tylko po prostu trzeba wiedzieć, jak to robić mądrze. Jeżeli zadbamy o środowisko, to ono będzie mogło zadbać o nas i dawać nam wysokiej jakości plon.

 

 

Fot. z archiwum A.S.

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?