Skrót artykułu Strzałka

Pierwszym pacjentem, który poddał się takiej trudnej operacji był pan Leszek Opoka z Radomia. Miał 21 lat, gdy rękę tuż pod łokciem obcięła mu piła stolarska, a o transplantację… sam poprosił lekarzy z trzebnickiego szpitala. Stało się tak, gdy w telewizji zobaczył informację o podobnym zabiegu we Francji. Nową kończynę „dostał” po 12 latach. Jak dzisiaj wspomina drogę, jaką musiał przejść w związku z tym? Jak wygląda jego życie po transplantacji? Opowiedział nam o tym.

Fot. z archiwum Szpitala im. Świętej Jadwigi w Trzebnicy

Pierwszym pacjentem, który poddał się takiej trudnej operacji był pan Leszek Opoka z Radomia. Miał 21 lat, gdy rękę tuż pod łokciem obcięła mu piła stolarska, a o transplantację… sam poprosił lekarzy z trzebnickiego szpitala. Stało się tak, gdy w telewizji zobaczył informację o podobnym zabiegu we Francji. Nową kończynę „dostał” po 12 latach. Jak dzisiaj wspomina drogę, jaką musiał przejść w związku z tym? Jak wygląda jego życie po transplantacji? Opowiedział nam o tym.

Młody człowiek, chwila nieuwagi, groźna maszyna – w jednej chwili życie pana Leszka Opoki zawaliło się. Z zawodu jest technikiem mechanizacji rolnictwa, z zamiłowania elektronikiem-majsterkowiczem. Jak żyć bez prawej ręki?

– Jak ktoś ma 21 lat, to powinny go spotykać bardziej przyjemne rzeczy niż amputacja czy wózek inwalidzki – mówi, delikatnie się uśmiechając. – Ale wie pan, ja się z tym nigdy nie pogodziłem – od początku szukałem jakiegoś rozwiązania. Dostałem protezę, ale nic nią nie mogłem zrobić. I cały czas podziwiałem ludzi, którzy mają odwagę, żeby chodzić z tymi kikutami na wierzchu. Ja nigdy takiej odwagi nie miałem…

Dlatego śledził wszelkie dostępne doniesienia medyczne na temat eksperymentalnych operacji, transplantacji, zabiegów, które mogłyby mu zapewnić choćby namiastkę normalności sprzed wypadku.

Bomba przy zupie pomidorowej

Radził sobie, jak potrafił, zarabiając na utrzymanie na różne sposoby, m.in. prowadząc kafejkę internetową. Ale ciągle marzył o powrocie do takiej sprawności, by móc się zajmować ukochaną elektroniką. Przełom (choć powolny) przyniosło pod koniec lat 90. XX wieku oglądanie telewizji przy ulubionej zupie pana Leszka – pomidorowej (jak mówi, pamięta ten moment z najdrobniejszymi szczegółami).

– Nie pamiętam dokładnie tylko czy był to Teleekspress, czy Panorama. W każdym razie usłyszałem, że lekarze z Francji przeszczepili człowiekowi, takiemu jak ja, rękę od obcego dawcy. To informacja wywołała grzmot w mojej głowie, po prostu wbiła mnie w fotel! – wspomina. – A że każdy, kto choć trochę wie o świecie, słyszał o ośrodku replantacji w Trzebnicy, od razu zaświtała mi myśl, że może tam zrobiliby mi taką samą operację. Wiedziałem, że są tam profesor Ryszard Kocięba, docent Jerzy Jabłecki.

Od razu zaczął się zastanawiać, jak dotrzeć do trzebnickich transplantologów: zadzwonić i poprosić o operację? Bał się, że zostanie potraktowany jak człowiek niespełna rozumu. – Obawiałem się, że usłyszę, że za dużo naczytałem się książek science fiction – przyznaje z uśmiechem. Ale myśl o operacji zadomowiła się w jego głowie na dobre. Tej nocy nie spał ani minuty. Mimo obaw następnego dnia wyszukał numer do szpitala w Trzebnicy i zadzwonił.

– Udało się. Rozmawiałem wtedy chyba z panem doktorem Adamem Domanasiewiczem, asystentem profesora Kocięby. Przedstawiłem się i opowiedziałem, że widziałem w telewizji informację o takiej operacji. Zapytałem, czy trzebniccy lekarze nie planują zrobić podobnej. No i czy nie mogliby mnie zoperować. Postawiłem wszystko na jedną kartę! – opowiada.

Jak przyznaje, spodziewał się stanowczej odmowy. Ale lekarz wysłuchał go do końca, po czym kazał… przyjechać do Trzebnicy. To był moment przełomowy – uwierzył, że kilka lat po tragedii, jaką przeżył, może wreszcie uda się spełnić marzenia o nowej ręce.

Stawił się w szpitalu we wskazanym terminie. Przyjęli go profesor Ryszard Kocięba i doktor Adam Domanasiewicz. Wypytywali dokładnie o wszystko. Leszek Opoka śmieje się, że trochę to wyglądało jak przesłuchanie na policji.

– Z perspektywy czasu widzę, że oni chyba bardzo starali się mnie odwieść od decyzji o transplantacji. I wcale się im nie dziwię – to była ryzykowna operacja. Ale zacisnąłem zęby i twardo obstawałem przy swoim. Trafiłem chyba na dobry moment, bo oni już robili replantacje rąk i zaczęli się zastanawiać nad transplantacjami takimi, jak ta we Francji – przypuszcza pacjent nr 1. – W końcu profesor Kocięba machnął ręką i powiedział do doktora Domanasiewicza: „Adam, stwórz listę chętnych i zapisz go na niej!”.

Długie czekanie na wielką chwilę

Potem na kilka długich lat znowu zapadła cisza. Pan Leszek normalnie żył i pracował, ale zawsze miał przy sobie telefon – na wypadek, gdyby zadzwonili z Trzebnicy i kazali natychmiast przyjechać na transplantację.

– Mówiąc szczerze, dopadło mnie już zwątpienie, że cokolwiek z tego wyjdzie. Jednak mimo to nawet do ubikacji zawsze zabierałem telefon komórkowy – wspomina. Raz nawet dostał wezwanie do szpitala, ale po to, by zrobić świeże badania. Aż wreszcie w roku 2004 dostał powiadomienie listowne z trzebnickiego szpitala, że komisja bioetyczna wydała zgodę na transplantacje kończyn od obcego dawcy. To, jak wspomina, na nowo obudziło nadzieję.

Dzisiaj nie piję piwa!

Nadeszła wiosna 2006 roku, było sobotnie popołudnie. Znajomi zadzwonili do pana Leszka, by spotkał się z nimi, pogadał, napił piwa. Ale, jak sam wspomina, z jakiegoś powodu nie miał ochoty, nie chciało mu się wychodzić z domu. Poza tym padał deszcz, szalała burza. To było zrządzenie losu, bo przed 23.00 zadzwonił telefon stacjonarny.

– Wiedziałem, że sprawa jest poważna, bo numer był zastrzeżony, a w słuchawce usłyszałem, że to pani ze szpitala. Powiedziała, że to pilny telefon, mam czekać, zaraz porozmawia ze mną lekarz. Już wiedziałem, co się święci… – opowiada nasz bohater. I na chwilę cichnie, bo nawet po ponad 20 latach to wspomnienie wzbudza w nim ogromne emocje. – Wpadłem w straszną panikę: lewa ręka ze słuchawką zaczęła mi się trząść, jąkałem się jak nigdy, nie wiedziałem, co odpowiadać – opowiada pan Leszek.

Szczęśliwie lekarze uspokoili go, więc mógł dalej rozmawiać. Wypytywali o wszystko: czy nie jest przeziębiony, czy ma wyleczone zęby, jak się czuje itd.

Usłyszał, że ma zabrać najniezbędniejsze rzeczy (szczoteczkę do zębów, piżamę, dokumenty) i pędem jechać do Trzebnicy. Nie miał wtedy samochodu, ale z odsieczą przyszła siostra, która poprosiła o pomoc znajomego, właściciela szybkiego samochodu. Wyruszyli o północy, a koło 4.00 byli w Trzebnicy.

– Pamiętam, że kiedy wychodziłem z samochodu, to członkowie zespołu medycznego stali przy wejściu i pospieszali, żebym szybciej wchodził do środka – wspomina.

Pobranie krwi, szybkie niezbędne badania, rozmowa z lekarzem, przebranie się w szpitalne ubrania – wszystko działo się błyskawicznie. Czy miał wątpliwości? – Żadnych – to wszystko było cudownym zrządzeniem losu: że nie piłem piwa, że ktoś mnie szybko odwiózł do szpitala, że była zgodność tkankowa itd. Położyłem się w łóżku i po prostu powiedziałem sobie, że albo wyjdę z tą ręką, albo mnie tu szlag trafi – mówi, zawieszając głos. – To był trochę tak, jak rzut monetą, w którym nie pada ani orzeł, ani reszka, tylko moneta staje na krawędzi – uśmiecha się mój rozmówca.

Mam tę rękę, czy nie?

Przed operacją rozemocjonowanego pacjenta starał się uspokoić profesor Jerzy Jabłecki. Pan Leszek podniósł kciuk na znak, że wszystko w porządku i… zapadł w sen.

Obudził się sam w sali, rozejrzał się i zaczął zastanawiać, czy operacja się udała. – Mam tę rękę czy nie? Wiedziałem, że muszę obrócić głowę w prawo, ale się tego bałem. No bo co zrobić, jeśli operacja się nie udała? Wreszcie się odwróciłem i zobaczyłem rękę w zakrwawionych opatrunkach. Zaczął mi się przypominać mój wypadek, serce zaczęło walić jak szalone. Uspokoiłem się nieco, gdy się dowiedziałem, że operacja przebiegła pomyślnie – mówi.

Ale to nie koniec transplantacyjnej gehenny – w szpitalu został przez prawie dwa miesiące. Pielęgniarki cały czas monitorowały jego stan. Początkowo ręka była przymocowana taśmami do łóżka – wszystko po to, by kości się zrosły. Pan Leszek dostawał duże dawki leków immunosupresyjnych. Jak mówi, w końcu organizm się zbuntował – skończyło się wymiotami, światłowstrętem i kłopotami z psychiką. Gdy wreszcie pozwolono mu wstać z łóżka, najpierw musiał się nauczyć… chodzić. Po kilku tygodniach leżenia mięśnie nóg odmawiały posłuszeństwa.

Science fiction w moim ciele

Leszek Opoka powoli przyzwyczajał się do swojej nowej ręki, obserwując, jak się zmienia. – Wie pan, to było jak film science fiction: paznokcie zmieniały kształt, palce też, ręka przeszczepiona zaczęła się upodabniać do drugiej. To było coś niesamowitego! – relacjonuje ożywiony. Zupełnie się zaprzyjaźnił z nową ręką, gdy się lekko oparzył wodą (jakieś pięć miesięcy po operacji). – Wtedy zrozumiałem, że pojawiło się w niej czucie. Dla pewności jeszcze raz włożyłem ją na sekundę pod tę gorącą wodę. Co to było za uczucie!

Jak dodaje, jego nowa ręka nigdy nie była i nie będzie tak sprawna, jak po replantacji, czy jak po transplantacji u tych osób, którym operację zrobiono niedługo po wypadku. On czekał 12 lat, więc wiedział, że efekt będzie mniej spektakularny. Ale cały czas podkreśla, że nigdy nie żałował poddania się tej operacji.

– Nigdy nie było tak, że mogłem zacisnąć rękę w pięść. To było pół ręki, miałem już zaniki. Nie dało się nic więcej uzyskać mimo intensywnej rehabilitacji. W związku z tym moja ręka lewa została ręką wiodącą, natomiast prawą sobie pomagam. Robię nią wszystko, w czym jestem w stanie sobie pomóc. Wiadomo, że guzików sobie nie zapnę, ale majsterkuję, coś naprawiam – wyjaśnia. – Ona jest pomocnicza, ma mniejszy zakres, ale jest mi niezbędna do życia. Mogę coś zlutować prawą ręką, a lewą coś przytrzymam albo na odwrót. Korzystam z niej jak każdy normalny człowiek, chociaż jest mniej sprawna. Ale decyzja o tej operacji była moją najlepszą decyzją życiową – zapewnia.

Oczywiście cały czas musi brać lekki immunosupresyjne, kontrolować ciśnienie krwi, poziom cukru w organizmie i raz na kilka miesięcy stawiać się na kontroli w 4. Wojskowym Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu (to specjaliści z tego szpitala w kwestii przeszczepów współpracują ze Szpitalem im. Świętej Jadwigi w Trzebnicy). Przyznaje, że miał kilka trudnych chwil, gdy organizm buntował się, próbując odrzucić przeszczep, ale cały czas udaje się pokonać te problemy.

– Jestem pod opieką immunosupresyjną pani profesor Doroty Kamińskiej ze Szpitala Wojskowego. Gdyby nie ona, gdyby nie wcześniejsze zaangażowanie pana profesora Dariusza Patrzałka, to ani ja, ani inni po przeszczepach już byśmy tych rąk nie mieli – zaznacza.

Trzeba wspierać innych pacjentów!

Przyznaje, że jako pacjent nr 1 zawsze chętnie służył swoim doświadczeniem, gdy trzeba było wesprzeć inne osoby poddające się takiej transplantacji.

– Kiedy była planowana operacja u kolejnych pacjentów, szybko się stawiałem w szpitalu by ich wspierać. Przekonywałem ich, że warto zacisnąć zęby, że wszystko dobrze będzie. Trzeba takich ludzi wspierać. Czasem wystarczy się uśmiechnąć i pokazać kciuk wzniesiony do góry – oczywiście kciuk tej nowej ręki – śmieje się Leszek Opoka. I wspomina niezwykłą wizytę u jednego z takich pacjentów. To był pan, który po wypadku miał amputowane obie ręce prawie po łokcie. Poszli całą grupą „przeszczepową”, żeby z nim porozmawiać. – A on pyta, czy nie widzieliśmy gdzieś tych ludzi po transplantacjach. Powiedziałem, że znamy ich, bo to… my. Pogadaliśmy chwilę. Kiedy od niego wychodziliśmy, wybrał tymi swoimi kikutami numer do kogoś z rodziny i powiedział: „Słuchaj, widziałem tych ludzi po przeszczepach. Jak oni machają tymi rękami!”. To było coś niezwykłego – wspomina pan Leszek.

Przyznaje, że czasem się zastanawia, jak długo posłuży mu nowa ręka. Ma świadomość, że kiedyś może się „popsuć”, ale takie negatywne myśli stara się szybko odpędzać.

Niejako na potwierdzenie przytacza historię, która wydarzyła się krótko po jego transplantacji. Po długim czasie niewidzenia spotkał starego znajomego. Podał mu dłoń na powitanie, a tamten zamarł kompletnie zaskoczony. – Szkoda, że pan nie widział jego miny! On był na zmianę przerażony, zaskoczony i zagubiony – śmieje się pan Leszek Opoka.

Powrót do transplantacyjnej przeszłości

Po panu Leszku Opoce zabieg transplantacji ręki od obcego dawcy w trzebnickim szpitalu przeszło jeszcze 5 innych pacjentów. Operacje wykonywano w latach 2006-2014.

Przypomnijmy, że to właśnie tam w 1971 roku prof. Ryszard Kocięba dokonał pierwszej replantacji w Europie i trzeciej na świecie!

W czerwcu 2025 roku trzebnicka placówka ponownie uzyskała od Ministerstwa Zdrowia akredytację na przeprowadzanie dwóch tego typu operacji w roku 2026. Intensywne starania o to prowadził dr n. med. Ahmed Elsaftawy, kierownik Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki Szpitala im. Świętej Jadwigi Śląskiej. Na taką transplantację jest przygotowanych 4 pacjentów pozostających pod opieką trzebnickiego szpitala, w tym dwóch czeka na przeszczep obu rąk.

– To operacja nie dla wszystkich pacjentów, a jedynie dla tych, którzy kategorycznie odmawiają używania protez – zaznacza dr Elsaftawy. – Ci, którzy zostali zakwalifikowani, mają świadomość wszystkich konsekwencji związanych z taką transplantacją.

Maciej Sas

 

 

Fot. z archiwum Szpitala im. Świętej Jadwigi w Trzebnicy

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?