Badajmy kierowców rzetelnie
Podstawowa zasada brzmi: kierowcę musisz zobaczyć w swoim gabinecie. Porady zdalne tutaj nie działają. Z dr. Dariuszem Kraśnickim, lekarzem medycyny pracy i specjalistą medycyny transportu o badaniach kierowców, ich problemach zdrowotnych i wypadkowości rozmawia Aleksandra Solarewicz.
Aleksandra Solarewicz: Jest pan „lekarzem od kierowców”. Jakich pacjentów pan przyjmuje?
Dariusz Kraśnicki: Jestem specjalistą medycyny transportu. Wśród moich pacjentów zauważam dwie grupy główne: kandydaci na kierowców w kategorii B, tych przychodzi najwięcej, oraz w kategorii A – zdobywających uprawniania do jazdy motocyklem. Pojawia się też kategoria CD. Są to uprawnienia na kierowanie ciężarówkami i autobusami. To kierowcy zawodowi, którzy muszą robić co pięć lat tak zwane świadectwo kwalifikacji. Częstotliwość zależy od wieku, ale powiedzmy, że odnowienie świadectwa jest wymagane co pięć lat. I są jeszcze pracownicy – kierowcy, czyli osoby jeżdżące autami służbowymi, kurierzy, prowadzący busy. Jeżeli ktoś przejeżdża nawet dziesięć minut w aucie służbowym, czyli nie swoim własnym, to już powinien przejść specjalne badania. One powinny być uwzględnione w jego badaniu profilaktycznym. Poza tym część ludzi przychodzi do mnie po poradę po utracie prawa jazdy za prowadzenie pod wpływem alkoholu, bo chce je odzyskać.

Dariusz Kraśnicki
absolwent Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi.
Związany całe życie zawodowe z Wrocławiem.
Specjalista medycyny transportu oraz właściciel
przychodni medycyny pracy, badającej również kierowców.
Fot. z archiwum D.K.
To już poważna sprawa…
‒ Kierowca myśli, że to jest proste, że przejdzie badanie, jakie przeszedł w szkole jazdy, bo lekarz go tam badał pięć minut. Ale wojewódzkie ośrodki medycyny pracy podchodzą do kierowców po przejściach poważnie. Na przykład, jeżeli ktoś został złapany za jazdę pod wpływem środków odurzających lub używek. On już wtedy musi udowodnić swoją, nazwijmy to, niewinność i postanowienie poprawy. A często się zdarza, że nie potrafi. To są przypadki, gdy ktoś przychodzi do mnie w poniedziałek, po grillu, który odbył się w niedzielę, czy w sobotę, i… po spotkaniu z patrolem na drodze. Ci ludzie się dziwią, że ciężko odzyskać prawo jazdy. Takich pacjentów mam sporo.
Proszę powiedzieć więcej o problemie alkoholowym.
‒ Mam tutaj dwie grupy. Alkoholików, którzy próbują utrzymać swoje uprawnienia, bo muszą dojeżdżać do pracy i funkcjonować do momentu, kiedy ich złapie policja albo stanie się jakieś nieszczęście. Przychodzą do mnie takie osoby, czasem po poradę, ale wojewódzkie ośrodki medycyny pracy podchodzą do sprawy bardzo rygorystycznie i takie badania przejść jest bardzo ciężko. Do drugiej grupy należą osoby złapane podczas jazdy po użyciu alkoholu. Np. kierowca zawodowy, który nie jest alkoholikiem, ale on też po incydencie nie może odzyskać prawa jazdy, bo jak już powiedziałem, to nie jest prosta sprawa.
Jakie ma pan wnioski z przeprowadzonych badań. Jak pan generalnie ocenia stan psychofizyczny polskich kierowców?
‒ W trakcie badania każdy pacjent trochę się mobilizuje i stara pokazać z najlepszej strony. Ale nie jest dobrze, przynajmniej jeżeli chodzi o kierowców zawodowych. Oni mają duży problem związany ze stresem, zmęczeniem, z czego wynika ta agresja na drogach. I chociaż nasza infrastruktura drogowa w Polsce poprawiła się, to stan tych osób, kondycja psychofizyczna jest nienajlepsza. Wyzwaniem medycznym dla mnie są przede wszystkim kurierzy i kierowcy zawodowi. U nich obciążeniem jest przemęczenie i presja czasu.
Kurierzy są postrachem chyba dla wszystkich użytkowników dróg.
‒ To pewnie jest tajemnicą poliszynela, że kurier w drodze ma 75, 100 „stopów”. Potem wystarczy jakiś korek na drodze, a on go musi nadrobić. Ten stres, pośpiech, oczywiście frustracja przenoszą się na styl jazdy. Czasami też jakaś agresja drogowa, pokazywanie środkowego palca, zajeżdżanie drogi. Sami szeryfowie za kierownicą! Presja czasu przenosi się na styl jazdy. I oczywiście ci przemęczeni. Ich daleko szukać nie trzeba, wystarczy przywołać ostatni wypadek na Węgrzech, gdy wracała pielgrzymka z Medjugorie. Przypuszcza się, że kierowca autobusu zasnął. Jako specjalista medycyny transportu oceniam: tak, z dużym prawdopodobieństwem zasnął. Po prostu komuś się wydaje, że czas reakcji ma idealny, a jest zmęczony, albo zdarza się nagłe hamowanie i nieszczęście gotowe.
Rozmawiamy cały czas o kierowcach samochodów. A przecież istnieje takie hasło umieszczane na zderzakach: „Uważaj, motocykle są wszędzie”.
‒ Motocykliści to jest bardzo ciekawy wątek. Sam jestem ostrożny, bo niestety już paru moich kolegów odeszło z tego świata w wypadku z udziałem motocykla. Jest takie powiedzenie, przynajmniej w środowisku szkół nauki jazdy, że motor nie wybacza. Często jest tak, że kierowcy samochodów osobowych, ciężarowych nie zwracają uwagi na motocyklistę, wymuszają pierwszeństwo. I co z tego, że motocyklista miał rację, kiedy już go nie ma między nami. Ja także zrobiłem prawo jazdy na motocykl, ale po roku żona przekonała mnie, żebym sprzedał swój pojazd. Woli, abym jeździł samochodem. Teraz oboje jesteśmy spokojniejsi.
Panie doktorze, w jaki sposób kierowca powinien dbać o zdrowie?
‒ Praca kierowcy zawodowego jest dosyć monotonna. Dla niego ważna jest przede wszystkim higiena narządu ruchu, ergonomia pozycji, w której się znajduje. Samochody są już lepiej projektowane, szczególnie ciężarowe, i fotele mają wygodniejsze. Ale trzeba przestrzegać przerw na ruch. Kierowca co dwie, trzy godziny powinien się zatrzymać. Niech będzie to minutowa przerwa na rozprostowanie się, parę skłonów, spacer. O, i jeszcze nawadnianie się. Ale ja mam świadomość, że to jest myślenie bardziej życzeniowe niż fakty. Kierowcy mają za mało przerw i ruchu. Można ich rozpoznać po tym, że są otyli. To efekt jedzenia fastfoodów, przekąsek na stacjach benzynowych. Często dużo kawy, oni „jadą na kawie”, na energetykach. To tworzy błędne koło, bo z wiekiem pojawia się i otyłość, i choroby z nią związane, czyli cukrzyca i nadciśnienie. A do tego wysiada kręgosłup. Poza tym, przy dłuższym przebywaniu w pomieszczeniu klimatyzowanym, a dotyczy to kabiny auta, nie oddycha się zdrowym powietrzem. Wpływ klimatyzacji odczuwają także gałki oczne. Ważny jest dobór okularów i stosowanie kropli nawilżających. O stresie na drodze już mówiliśmy.
Przekonywać kierowców, aby wykonywali badania dla własnego dobra, nie „dla urzędu”?
‒ Kierowców trudno jest nakłonić do regularnych badań lekarskich. To jest jeszcze szerokie pole do działania. Był taki okres, że próbowano je wymuszać administracyjnie, to znaczy obowiązywało zgłaszanie do Wydziału Komunikacji przypadków cukrzycy i padaczki. Przychodził ktoś z napadem padaczki do neurologa, czy na SOR i lekarze automatycznie wysyłali informację o diagnozie do Urzędu Miejskiego. Spełniało to swoją rolę, bo bardzo wiele osób zostało skierowanych na dodatkowe badania.
A wiek kierowcy? Czy to jest istotna kategoria, jeżeli chodzi o sprawność i zasadność posiadania uprawnień do kierowania?
‒ Tak. Widzę to we własnej rodzinie. Po 75. roku życia czas reakcji może być znacznie wolniejszy, pogarsza się ostrość widzenia, na przykład po zmroku. W tym wieku może pojawić się już demencja, choroba Alzheimera, Parkinsona. Zdolność tych osób do kierowania pojazdem staje się trochę ograniczona. Część z nich świadomie sama rezygnuje z jazdy albo ogranicza się do przysłowiowego „do kościoła”, „na zakupy”. Z ciekawostek ‒ w USA i Wielkiej Brytanii można dokonać dobrowolnego zrzeczenia się uprawnień do kierowania pojazdem. Nasze prawo nie przewiduje zrzeczenia się uprawnień na życzenie.
Ale są urzędowe plany ograniczenia uprawnień ze względu na wiek…
‒ Są plany ustalenia górnej granicy wieku dla kierowców, ale ja uważam, że do tego nie dojdzie. Nie jest opłacalne politycznie. Poza tym widać, że kategoria B każdemu do czegoś jest potrzebna. I jeżeli u pacjenta ewidentnie nie ma jakichś problemów zdrowych typu padaczka czy cukrzyca źle prowadzona, nie powinno być przeciwwskazań dla wydawania pozwoleń na maksymalny okres, czyli obecnie na 15 lat (a w kategoriach prawa jazdy zawodowego na 5 lat lub mniej, w zależności od stanu zdrowia i wieku). Ale powiem pani uczciwie, że ja bardziej się martwię o młodych kierowców.
Dlaczego?
‒ Proszę poczytać, znajdzie pani doniesienia o dżentelmenach wracających z dancingu i lądujących na drzewie czy w wodzie. A młodzi ludzie często chcą się popisać. Miałem taką historię w rodzinie. Chłopak, chyba 17-18-latek, wziął auto rodziców, a do auta zaprosił cztery dziewczyny i dwóch chłopaków. Wylądowali na jakimś drzewie i nie dość, że zginął on sam, to jeszcze unieszczęśliwił parę osób. Ja sam mam prawo jazdy od 16. roku życia, ale wiem, że z odpowiedzialnością w tym wieku bywa różnie. Młodzi chcą się wykazać i o ile czas reakcji mają lepszy niż senior, ale zdecydowanie brakuje im doświadczenia, a przy tym szarżują. Uczciwie mówiąc, nie tylko ta grupa traktuje jazdę jako rywalizację. Dotyczy to także nas, lekarzy.
To znaczy?
‒ Miałem nawet kolegę, który wsiadając do samochodu, jako człowiek zmieniał się nie do poznania. Chciał wszystkich powyprzedzać. I skończyło się tak, że kilkanaście lat temu, wracając z długiego weekendu wyprzedzał na podwójnej ciągłej i zderzył się z busem. Zginęło dwoje jego dzieci nieprzypiętych pasami na tylnym siedzeniu ‒ unieszczęśliwił i siebie, i żonę. Lekarze też są łapani za jazdę po alkoholu, czy to po użyciu, czy pod wpływem. Miałem taki przypadek. Przyszła na badania psychologiczne w naszej przychodni osoba, która została skierowana na testy za jazdę pod wpływem alkoholu. Ale się okazało coś jeszcze. Gdy ją zatrzymali policjanci, to pod wpływem tego alkoholu zaproponowała jakąś łapówkę za odstąpienie od czynności. W takiej sytuacji zachodzą dwa przestępstwa. Nie dość, że miała problem alkoholowy (bo nawet nie sądzę, że uzależnieniowy), to jeszcze zaproponowała korzyść finansową. W efekcie dostała dwa zarzuty, a bycie ukaranym to dla lekarza jest poważna sprawa. Aczkolwiek w tej chwili wydaje mi się, że większym niż alkohol problemem u kierowców staje się używanie narkotyków, różnych substancji psychotropowych.
Proszę o tym opowiedzieć.
‒ Pamiętam historię, kiedy kierowca ciężarówki najechał na pracujących na drodze ‒ zginęły cztery osoby. Wina leżała prawdopodobnie po obu stronach: robotnicy nie postawili znaku ostrzegawczego w wystarczająco dużej odległości, a kierowca zażył jakiś środek narkotyczny czy dopalacz. Śledczy nie stwierdzili u niego alkoholu we krwi, ale po dokładnym badaniu znaleźli ślady substancji psychoaktywnych. I to się, niestety, często zdarza. Nadchodzi weekend, więc w użyciu są marihuana, zioła. I jest problem, bo komuś się wydaje, że można ich używać rekreacyjnie, okazjonalnie. A skutki okazują się tragiczne.
Podsumowując, co według pana jest najważniejsze dla lekarza zajmującego się medycyną transportu?
‒ Absolutny wymóg bezpośredniego kontaktu z pacjentem. Do 2013 roku można było zapisać się na naukę jazdy i nawet nie przedstawiać zaświadczenia lekarskiego. Potem w trakcie kontroli nagle okazywało się, że on skończył kurs, więc formalnie powinien mieć zaświadczenie lekarskie z terminem rozpoczęcia kursu, a nie ma. Dobrze się stało, że zmieniono przepisy i tę możliwość zlikwidowano. Pozostał natomiast u naszych rodaków problem przyzwyczajeń. Jeśli ktoś generalnie czuje się dobrze, nie obserwuje u siebie niepokojących objawów, to jest przekonany, że potrzebuje od lekarza tylko podpisu. Sam do dzisiaj otrzymuję e-maile o treści: „A wie pan, załatwimy to przez telefon, przez e-maila”. Nie, nie ma mowy. Odradzam takie sposoby, bo to jest telemedycyna, która już wywołała wiele problemów ze zwolnieniami, z receptami. Badajmy kierowców rzetelnie.
Aleksandra Solarewicz