Kiedy pojawią się jej pierwsze objawy, nie ma już ratunku – śmierć jest pewna. A wystarczyłoby wcześniej zaszczepić swojego psa albo pójść do lekarza od razu po tym, gdy zostaniemy pogryzieni przez psa obcego czy dzikie zwierzę, np. lisa. Kłopot w tym, że zagrożenie wścieklizną coraz częściej ignorują też lekarze weterynarii i lekarze medycyny. O tym, że trzeba obudzić świadomość Dolnoślązaków związaną z tą śmiertelną chorobą mówią Zdzisław Król, dolnośląski wojewódzki lekarz weterynarii, oraz Magdalena Dacko-Urbanowicz, wojewódzki inspektor weterynaryjny do spraw zdrowia i ochrony zwierząt. Rozmawia z nimi Maciej Sas.

Maciej Sas: W województwa dolnośląskim przypadków wścieklizny nie widać. Jednak państwo ostrzegacie o tym zagrożeniu. Z czego to wynika, skoro wścieklizny u nas nie ma od lat?

Zdzisław Król: Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze, ważna jest profilaktyka. Mamy świadomość tego, że wścieklizna kilka lat temu pojawiła się na wschodzie kraju, a z informacji, które do nas docierają wynika, że przemieszcza się stamtąd w głąb kraju. Obecnie obowiązkiem szczepienia lisów jest objętych w całości sześć wschodnich województw oraz trzy w wybranych powiatach. W związku z tym uznaliśmy, że trzeba wzmóc czujność i przedsięwziąć kroki w celu zwiększenia świadomości Dolnoślązaków.

Zdzisław Król, dolnośląski wojewódzki lekarz weterynarii.
Fot. z archiwum Z.K.

Chcą więc państwo uzmysłowić ludziom, że wścieklizna nie jest chorobą, która na stałe została zamknięta gdzieś w laboratoriach, ale pozostaje realnym zagrożeniem?

Z.K.: Oczywiście, że tak. My nieustannie wykonujemy badania monitoringowe – sprawdzamy obecność wirusa wścieklizny na terenie naszego województwa. Na całe szczęście wyniki są ujemne. Ale ze względu na to, że może się ona raptem przemieścić (na przykład za sprawą migracji lisów, które są głównym rezerwuarem dla tego wirusa i wektorem jego przenoszenia), a szczepienie lisów zakończyliśmy u nas w 2013 roku, to te zwierzęta na naszym terenie są teraz bardzo wrażliwe na kontakt z wirusem. Dlaczego? Bo od kilkunastu lat nie było immunizacji, brakuje im więc odporności. Dlatego pojawienie się wirusa może spowodować bardzo szybkie rozprzestrzenianie się wścieklizny wśród tych zwierząt.

Drugą przyczyną naszej wzmożonej czujności są niepokojące sygnały, które otrzymaliśmy od powiatowych lekarzy weterynarii podczas jednego z niedawnych spotkań. Wielu z nich mówi, że widoczne jest takie (nazwijmy sprawę delikatnie) bardzo luźne podejście do zagrożenie wścieklizną zarówno wśród lekarzy weterynarii, jak i lekarzy medycyny ludzkiej. Tak się dzieje szczególnie w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z pogryzieniem człowieka przez nieznanego psa, o którym nic nie wiemy czy też dzikie zwierzę. Dlatego uznaliśmy, że sprawa wymaga zdecydowanych działań. Chcemy po prostu odebrać lekarzom ludzkim i zwierzęcym ten pozorny spokój związany z łagodnym traktowaniem zagrożenia wścieklizną.

Skoro było pogryzienie, realna jest groźba zakażenia wirusem wścieklizny?

Z.K.: Tak, ale jest też inny problem: nie mamy, niestety, precyzyjnych danych dotyczących liczby psów zaszczepionych przeciw tej śmiertelnej chorobie.

Przecież to obowiązek ustawowy…

Z.K.: Ma pan rację, ale to nie jest zarejestrowane w jednym ogólnodostępnym systemie. Dlatego opieramy się na takich bardzo pokracznych wyliczeniach – ustalamy to, porównując rejestry szczepień powiatowych lekarzy weterynarii i przypuszczalną liczbę psów na tym terenie.

Zaintrygował mnie pan tym stwierdzeniem – to ile psów, według państwa szacunków, jest zaszczepionych przeciwko wściekliźnie?

Magdalena DackoUrbanowicz: Danych jednoznacznych nie mamy, jak powiedział pan dyrektor, ale bazując na tych niedoskonałych wyliczeniach, wiemy, że około 18% ludności ma psa (tak wynika z danych ogólnopolskich). Porównując to z danymi od powiatowych lekarzy weterynarii szacujemy, że zaledwie nieco ponad 40% dolnośląskich psów jest szczepionych przeciwko wściekliźnie. A przecież zgodnie z nakazem ustawowym powinno to być 100%.

Magdalena Dacko-Urbanowicz, wojewódzki inspektor weterynaryjny do
spraw zdrowia i ochrony zwierząt.
Fot. z archiwum M.D-U.

To ważne, bo jak dedukuję, zakażony wścieklizną pies oznacza, że wszyscy domownicy też mogą zostać zakażeni?

M.D.-U.: Oczywiście! Podkreślmy więc, że jest to choroba śmiertelna dla człowieka po wystąpieniu objawów, podobnie jak dla każdego zwierzęcia. Wścieklizna jest nieuleczalna, oznacza pewną śmierć. Dlatego, szczepiąc psy (i wychodzące z domu koty), tak naprawdę chronimy też żyjących z nimi ludzi i całą populację zwierząt domowych.

Muszę zapytać o samą wściekliznę: to choroba wirusowa i zawsze śmiertelna, jak pani powiedziała. Dlaczego tak się dzieje? Nie ma skutecznych leków?

M.D.-U.: Jest chorobą śmiertelną w momencie, kiedy wirus dostanie się do centralnego układu nerwowego i wystąpią pierwsze objawy. Wtedy już nie ma jakiegokolwiek ratunku. To może być dosyć długi proces, bo od momentu zakażenia (np. pogryzienia przez psa czy dzikie zwierzę) proces jej inkubacji trwa czasem miesiące, a czasem nawet lata. Kiedy więc pojawiają się objawy, czasem nawet trudno połączyć je logicznie z pogryzieniem sprzed wielu miesięcy. Dlatego tak szalenie ważna jest profilaktyka, o której mówimy. Po pierwsze więc, koniecznie trzeba raz w roku zaszczepić psa. Po drugie, w momencie kontaktu z podejrzanym zwierzęciem, jakiegoś pogryzienia człowieka przez psa czy dzikie zwierzę albo naszego psa przez dzikie zwierzę (choćby lisa), trzeba zadziałać profilaktycznie i od razu wprowadzić wszystkie niezbędne działania, jak np. szczepienie poekspozycyjne (żeby nie wystąpiła choroba), podanie przeciwciał, czy inne, które zleci lekarz. No ale trzeba się z czymś takim do niego wybrać, powiedzieć, co się stało. Chodzi o to, żeby zadziałać prewencyjnie, dmuchać na zimne.

Robimy to natychmiast po takim zdarzeniu?  

M.D.-U.: Od razu po wydarzeniu, zanim czynnik zakaźny dostanie się do centralnego układu nerwowego, żeby nie dopuścić do wystąpienia jakichkolwiek objawów. Kiedy one się pojawiają, nie ma już ratunku…

Z.K.: Wścieklizna jest taką chorobą „przyranną”, czyli po prostu zazwyczaj wirus wnika do organizmu przez ranę spowodowaną pogryzieniem. Potem przemieszcza się drogą obwodowego układu nerwowego do centralnego układu nerwowego, czyli do mózgu. I tam rozwija się w pełni, wywołując objawy. W tym momencie, jak powiedziała pani doktor, nie ma już ratunku – ani dla zwierzęcia, ani dla człowieka. Dlatego też ten okres inkubacji wirusa, jego przemieszczania się z miejsca wniknięcia do organizmu przez układ nerwowy do mózgu może się różnić. Inaczej będzie, jeżeli ktoś zostanie pokąsany w nogę, a inaczej, gdy będzie to szyja, bo tu droga do pokonania jest znacznie krótsza.

No i sam pogryziony musi mieć świadomość, że z czymś takim bez ociągania pędzi się do lekarza.

Z.K.: Oczywiście, bo lekarz ma największą wiedzę, jak postępować, by poradzić sobie z takim problemem. Ale jest też grupa ludzi, którzy zostali pokąsani i z tym zgłaszają się do apteki: „Mam problem, bo moje dziecko zostało pogryzione. Co zrobić?”. Najczęściej aptekarze od razu kierują takiego człowieka do lekarza. Ale i oni powinni być w pełni świadomi konsekwencji takiej sytuacji, by móc udzielić właściwej podpowiedzi.

M.D.-U.: Dlatego tak bardzo zależy nam, żeby z informacjami o takim śmiertelnym zagrożeniu dotrzeć do największej grupy Dolnoślązaków. Chcemy wszystkim uświadomić, jak wielkie i realne to zagrożenie, a przecież mamy ogólnodostępne narzędzia, które skutecznie zapobiegają zakażeniu tym śmiertelnym wirusem. Jeśli ich nie użyjemy, a później stanie się coś złego, będzie za późno na jakąkolwiek pomoc.

Proszę powiedzieć, kiedy mieliśmy do czynienia z przypadkami wścieklizny na Dolnym Śląsku?

M.D.-U.: Ostatni przypadek odnotowano na Dolnym Śląsku w 2005 roku i dotyczył lisa. Od tamtej pory nic takiego już się nie zdarzyło, a przyczyniły się do tego systematyczne szczepienia lisów wolnożyjących. One były prowadzone sukcesywnie od granicy zachodniej kraju w kierunku wschodnim. Przesuwając tę linię szczepień, udało się na tyle uodpornić populację zwierząt dzikich, że wścieklizna wycofała się na wschód, poza za granicę naszego kraju. Ale teraz występuje licznie u naszych wschodnich sąsiadów, a u nich nie ma obowiązkowych, systematycznych szczepień lisów. Chore zwierzęta stamtąd dostają się do naszego kraju. Z tego powodu we wschodnich województwach Polski pojawiły się ogniska wścieklizny (w województwie podkarpackim i lubelskim). Tam cały czas prowadzone są szczepienia lisów. Właśnie z tego powodu chcemy uświadomić mieszkańcom naszego regionu, że przy tak dużym ruchu ludności, zakażone wścieklizną zwierzę może się łatwo przedostać również do nas.

Przemieszczają się ludzie, którzy mają ze sobą zwierzęta: koty i psy. Czy one zostały zaszczepione? Tego nie wie nikt. I problem gotowy.

M.D.-U.: Z Ukrainy przyjechało do nas mnóstwo ludzi, wielu ze swoimi zwierzętami. To trzeba uznać za potencjalne zagrożenie wścieklizną.

Z.K.: Mieliśmy to na uwadze od razu po wybuchu wojny w 2022 roku. Dlatego we Wrocławiu zostały wtedy zorganizowane trzy punkty szczepień dla zwierząt przyjeżdżających z uchodźcami. Kłopot w tym, że w żaden sposób nie byliśmy w stanie wyegzekwować obowiązku zaszczepienia tych zwierząt. Ludzie pojawiali się często bez jakichkolwiek dokumentów tych czworonogów, a w same słowa trudno wierzyć. Przyjmowaliśmy więc a priori, że wszystkie są nieszczepione. Efekt był taki, że przez półtora miesiąca udało się zaszczepić zaledwie kilkadziesiąt psów (chociaż szczepienie było opłacane przez państwo polskie).

Mówią państwo, że wielu Polaków nie szczepi psa przeciw wściekliźnie. Ale po części wynika to z faktu, że niektórzy producenci zapewniają o działaniu ich preparatu przez 2 albo 3 lata. A ustawa każe szczepić corocznie…

Z.K.: Rzeczywiście, producenci szczepionek dają gwarancję, czy też w swoich ulotkach wskazują, że odporność w wyniku zaszczepienia tym konkretnym preparatem wynosi dwa, a nieraz trzy lata. To są szczepionki zarówno monowalentne, czyli takie typowe na wściekliznę, jak i poliwalentne, czyli skojarzone, a więc działają od razu zabezpieczają przed różnymi chorobami. Wielu właścicieli psów tym się kieruje, czyli nadinterpretuje, mówiąc: „No ale przecież producent daje mi gwarancję na 3 lata. Pies był szczepiony w tamtym roku, więc jeszcze przez dwa lata mogę być spokojny. Nie będę go kłuł, nie będę go narażał na stres”. W związku z tym odstępuje od szczepienia. I to jest wielki problem, ponieważ obowiązek jest jasno określony – szczepienie raz w roku.

Z naszej rozmowy wynika jeszcze pewna ważna niedoskonałość: w Polsce nie ma jednego systemu, w którym rejestrowałoby się wszystko, co niezbędne do dbania o zwierzę domowe: chip, szczepienia, paszport. Gdyby istniał, wszystko byłoby jasne i łatwe do sprawdzenia. O tym systemie mówi się od wielu lat, ale dotąd jakoś nie powstał…

Z.K.: To prawda – on spełniałby kilka ważnych funkcji, nie tylko tę, o której wcześniej rozmawialiśmy. Dla nas to jest prosta rzecz, bo my też pracujemy na różnych systemach i z punktu widzenia technicznego sprawa jest do szybkiego opanowania. System identyfikacji, o którym teraz rozmawiamy, służy przede wszystkim jednemu głównemu celowi: zwalczaniu chorób zakaźnych – zarówno zwierząt gospodarskich, jak i domowych. Gdyby istniał, bardzo by nam pomógł. Przede wszystkim dałby nam obraz, jak wygląda sytuacja pod względem wyszczepialności przeciw wściekliźnie. Mało tego, można by egzekwować ten obowiązek od właścicieli zwierząt.

Na razie go nie ma. Efekt? Posłużę się przykładem. Walczymy cały czas z groźną chorobą świń ‒ ASF (afrykański pomór świń, choroba wirusowa). Nie ma obowiązku identyfikacji dzikich zwierząt, bo to niemożliwe (jak by to zorganizować?). Ale mimo to mamy większą wiedzę o każdym zabitym dziku, o każdym upolowanym dziku, o każdym padłym dziku i o wynikach jego badania (łącznie z miejscem, w którym zwierzę zostało znalezione) niż o psach niezaszczepionych przeciw wściekliźnie.

To co w takim razie przeszkadza, pana zdaniem, w powstaniu takiego systemu identyfikacji dla zwierząt domowych? Przecież dyskusje o jego stworzeniu ciągną się kilkanaście lat…

Z.K.: Nie umiem, niestety,s tego wytłumaczyć. Bo, jak powiedziałem, stworzenie takiej ogólnopolskiej bazy nie wydaje mi się wielkim problemem technicznym.

 

 

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?