Jest studentką 5. roku medycyny, a jednocześnie właśnie kończy pisać doktorat. Pracuje na chirurgii naczyniowej, ale też komponuje piosenki i gra koncerty. Pisze podręcznik dla instrumentariuszek chirurgicznych na zlecenie wielkiego wydawnictwa i prowadzi wykłady dotyczące edukacji medycznej na kilku uczelniach. Nie, wcale nie jest robotem. Viktoria Strzoda to przemiły człowiek z krwi i kości. Twierdzi, że umie ten ogrom zajęć pogodzić, bo zarówno muzyka, jak i medycyna fascynują ją ponad wszystko. Swoje życie dzieli między Wrocław i niemieckie Münster.

Viktoria Strzoda
Fot. z archiwum V.S.

To musi być wytwór marketingu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.  Jakiś produkt sztucznej inteligencji – pomyślałem, słuchając po raz pierwszy krótkiej opowieści o pani Viktorii. O niezwykłej studentce opowiedziała mi jedna z wykładowczyń uniwersytetu. Stwierdziłem, że zwyczajny człowiek nie może robić tylu trudnych rzeczy naraz!

Jak bardzo myliłem się, przekonała mnie rozmowa z Viktorią Strzodą. Zanim więc przybliżę jej intrygującą historię, muszę przeprosić za swoją podejrzliwość tak władze Uniwersytetu Medycznego, jak i (przede wszystkim) samą bohaterkę: wybaczcie!

Lecząca piosenkarka, czy śpiewająca lekarka?

Jak sama mówi, w jej życiu liczą się tylko dwie rzeczy: muzyka i medycyna. Która jest ważniejsza? Czy nazywać ją śpiewającą lekarką, czy raczej leczącą piosenkarką? Słysząc to pytanie, pani Viktoria uśmiecha się. – Jestem śpiewającym medykiem, dlatego że łączę dwie pasje – i medycynę, i muzykę. Przygodę z muzyką zaczęłam wcześniej, bo w wieku 7 lat. A z medycyną oczywiście po maturze, w wieku lat 18 – wyjaśnia.

Co ważniejsze? Obie dziedziny są równie ważne, bo – jak podkreśla – medycyna uczy odpowiedzialności, a muzyka – wrażliwości, a to arcyważna rzecz dla każdego lekarza. – Każdy lekarz powinien być wrażliwy, empatyczny w stosunku do swojego pacjenta – nie ma wątpliwości. – A muzyka tego znakomicie uczy. Kocham muzykę: śpiewam, gram na gitarze i na pianinie. Czasami też na nerwach, jak twierdzi moja mama…

Doktorat zaraz po magisterium

Urodziła i wychowała się w Niemczech, gdzie wyemigrowali jej rodzice (Polacy). Tuż po maturze zaczęła naukę w studium dla asystentów chirurgicznych. Już w jej trakcie zaczęła pracę jako instrumentariuszka na chirurgii naczyniowej Szpitala Uniwersyteckiego w Münster.

Natychmiast po zakończeniu nauki postanowiła studiować medycynę – na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu. Wybrała English Division. To nie są tanie studia, a ona nie pochodzi z zamożnej rodziny, żeby więc na nie zarobić, co drugi weekend ruszała z Wrocławia do Münster, by dzięki 24-godzinnym dyżurom na chirurgii naczyniowej zarabiać na swoją dalszą edukację. Opowiada o tym jak o czymś najnormalniejszym na świecie – żadnego narzekania.

– To mi pozwala godzić dwie ważne sprawy: zdobywać wiedzę praktyczną na sali operacyjnej, a jednocześnie zarabiać na studia i móc dalej się dokształcać. W przyszłości chcę zostać chirurgiem naczyniowym – przyznaje.

Już w tym momencie zacząłem się zastanawiać, jak to wszystko pogodzić… Ale okazało się, że nie jesteśmy jeszcze nawet na półmetku tego, czym pani Viktoria zajmuje się na co dzień. Bo przede wszystkim jednocześnie ze studiami magisterskimi we Wrocławiu, pisze… doktorat w Niemczech. Jak to możliwe? Prawo unijne podobno pozwala na to.

– Moi szefowie z Münster zaproponowali mi zrobienie doktoratu już w trakcie studiów medycznych we Wrocławiu – mówi. – Mogę napisać doktorat w Niemczech pod warunkiem, że z powodzeniem skończę studia w Polsce i zostanę lekarzem. To, że obronię doktorat w przyszłym roku (jeszcze przed magisterium we Wrocławiu) nie oznacza, że ten doktorat mi przysługuje. Będę się mogła nim posługiwać dopiero po ukończeniu studiów – wyjaśnia.

I to się nazywa zakończenie medycyny z przytupem – zostajesz magistrem i od razu dostajesz na wizytówce „dr”! Dodajmy, że pani Viktorii zostały jeszcze trzy semestry na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu.

A dlaczego wybrała Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu? – To miasto z niezwykłą atmosferą i bogatą historią akademicką. Uniwersytet Medyczny ma długą tradycję, a kierunek, na który studiuję, jest prowadzony na bardzo wysokim poziomie. Natomiast samo miasto jest pełne życia, kultury i inspirujących ludzi – daje świetne warunki do rozwoju – wylicza zalety swojej decyzji.

Tylko dwa koncerty w miesiącu…

Wszystko to dzieje się równolegle z muzyczną karierą naszej „śpiewającej lekarki”. Bo, jak sama przyznaje, nie wyobraża sobie dnia bez gry na ulubionym instrumencie (gitarze lub pianinie), czy śpiewania. Ba, kilka lat temu nagrała płytę z własnymi piosenkami i muzyką, którą w większość też sama wykonywała. Po jej nagraniu znalazła grupę muzyków, z którymi stworzyła zespół. Koncertują – jak mówi – „tylko” raz ‒ dwa razy w miesiącu.

– Ale w zeszłym roku mieliśmy trasę koncertową we wrocławskich beachbarach i wtedy zagraliśmy 8 razy w ciągu dwóch miesięcy, chociaż pogoda była chimeryczna – uśmiecha się śpiewająca lekarka.

Kiedy dopytuję, jakim cudem to wszystko mieści w 24 godzinach i czy w jej grafiku jest miejsce na improwizację, odpowiada, że każdą minutę dnia ma zaplanowaną. – Nie ma w moim kalendarzu miejsca na improwizację, wszystko jest z góry zaplanowane. Przede wszystkim nie imprezuję, bo zwyczajnie tego nie lubię. Wolę zainwestować ten czas w siebie, w mój rozwój osobisty – mówi.

Wstaje więc około godziny 7. i pędzi na zajęcia. Od razu po ich zakończeniu wraca do domu i daje sobie chwilę na złapanie oddechu: poczytanie książki (oczywiście medycznej), obejrzenie filmu (niech ktoś zgadnie, z czym związanego…). Potem przychodzi pora na przejrzenie notatek z seminariów i wreszcie przychodzi czas dla przyjemności, czyli na… muzykę.

„Chcę jak najwięcej osiągnąć przed trzydziestką!”

Poza tym nasza bohaterka znajduje czas na wykłady związane z edukacją medyczną na kilku niemieckich uczelniach. – Uczę np. anatomii i fizjologii m.in. pielęgniarki, które przyjeżdżają z zagranicy, choćby z Iranu, Afganistanu czy z Syrii i chcą tu pracować w swoim zawodzie – wyjaśnia. – Prócz tego wykładam też na różnych niemieckich uniwersytetach medycznych (również prywatnych). Uczę tam asystentów chirurgicznych oraz  pielęgniarki i pielęgniarzy.

A w wolnym czasie (pani Viktora nie wyjaśnia, skąd go bierze…), pisze książkę. Jakiś czas temu dostała mejlem zapytanie od dużego, znanego w Niemczech wydawnictwa, czy nie napisałaby podręcznika medycznego. – Po spotkaniu z ich przedstawicielem zgodziłam się. Temat miałam sama wybrać. Pracuję teraz nad podręcznikiem dla pielęgniarek, a właściwie dla instrumentariuszek, o zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi na blokach operacyjnych – tłumaczy.

I dodaje, że podręcznik ma w przystępny sposób pokazywać, jak powinien pracować blok operacyjny w trudnych sytuacjach. – Procedury muszą być tam inne niż w innych jednostkach szpitala. Trzeba umieć dostosować się do szybko zmieniającej się sytuacji, wiedzieć, kto czego potrzebuje. Jakie instrumenty są niezbędne i w którym momencie – opowiada pani Viktoria. – Ale wyjaśniam też, jak powinna wyglądać komunikacja między lekarzami a pielęgniarkami, między anestezjologiem a pozostałym personelem itd. Ta książka tak naprawdę będzie stanowić mój dorobek naukowy. Podjęłam się napisania jej, bo wcześniej postawiłam sobie taki cel: chcę jak najwięcej osiągnąć w życiu zawodowym przed trzydziestką!

Książka ma się ukazać na niemieckim rynku w 2026 roku, a potem (jak wiele na to wskazuje) powstanie też jej angielskojęzyczna wersja.

„Nie zakrzywiam czasoprzestrzeni”

Wszystko to brzmi pięknie, ale w jaki sposób to wszystko pogodzić? Pytam, czy pani Viktoria zna się też na wysublimowanej fizyce i potrafi zakrzywiać czasoprzestrzeń. Odpowiada, że niestety nie ma takich umiejętności. Jej zdaniem ważne jest staranne planowanie, a przede wszystkim fakt, że kiedy praca jest jednocześnie pasją człowieka, wszystko przychodzi znacznie łatwiej. A tak właśnie jest w jej przypadku.

– Medycyna to moja pasja. Poza tym ja bardzo szybko przyswajam wiedzę. Pomaga mi zapewne i to, że dzięki sześciu latom pracy na bloku operacyjnym w świetnym szpitalu mam już pewne doświadczenie medyczne i zawodowe – odpowiada rzeczowo. – Jeśli ktoś traktuje coś jak swoją największą życiową pasję, wtedy nauka naprawdę przychodzi lekko. A mi ciągle jest mało wiedzy medycznej!

„Chcę być świetnym specjalistą”

Wielka kariera naukowa i medyczna? Wysokie stanowiska? Wielkie pieniądze? Pytam „śpiewającą lekarkę”, jaki cel przyświeca jej wysiłkowi rodem z literatury science fiction. – Przede wszystkim chcę być… dobrym lekarzem. Chcę, żeby wszyscy moi pacjenci czuli, że opiekuję się nimi najlepiej, jak można. I żeby przeżyli każdą operację – wylicza uśmiechnięta. – Wie pan, bo lekarz musi też umieć wyjść do zwykłych ludzi, nie bać się ich, lubić z nimi rozmawiać.

Po chwili zamyślenia dodaje, że ma drugi nie mniej ważny cel, a właściwie wielkie marzenie, które chyba jeszcze bardziej motywuje ją do ciężkiej pracy. – Chcę pokazać młodym ludziom, którzy zaczynali z pozycji takiej, jak ja, że marzenia można zrealizować. Nie pochodzę z zamożnej rodziny – tato był rzeźnikiem, a mama – pielęgniarką. Mój tato zmarł, kiedy byłam na drugim roku studiów. Świat mi się zawalił – opowiada. – Podniosłam się z tego. Teraz chcę pokazać każdemu młodemu człowiekowi, który wywodzi się nawet z biedniejszej rodziny, że może osiągnąć każdy cel w życiu. Fakt, trzeba na to ciężko pracować, ale można spełnić nawet największe marzenia.

Maciej Sas

 

 

 

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?