Skrót artykułu Strzałka

O rozwoju kierunku lekarskiego i innych dziedzin medycznych, świetnych wynikach naukowych badań związanych ze zdrowiem, wielkich inwestycjach i niezbędnej współpracy między medycyną a naukami podstawowymi i technicznymi mówi prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs, rektor Politechniki Wrocławskiej. Rozmawia z nim Maciej Sas.

 

O rozwoju kierunku lekarskiego i innych dziedzin medycznych, świetnych wynikach naukowych badań związanych ze zdrowiem, wielkich inwestycjach i niezbędnej współpracy między medycyną a naukami podstawowymi i technicznymi mówi prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs, rektor Politechniki Wrocławskiej. Rozmawia z nim Maciej Sas.

Prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs, rektor Politechniki Wrocławskiej
Fot. z archiwum M.S.

Maciej Sas: Niedawno zakończyliście walidację kształcenia na kierunku lekarskim. Taka kontrola to coś w rodzaju stracha, którym w czasach PRL-u była mityczna czarna Wołga – wszyscy się tego bali, nikt nie widział, ale mogła przyjechać i po człowieku… Wasza walidacyjna czarna Wołga odjechała i… nic złego się chyba nie stało.  

Arkadiusz Wójs: Rzeczywiście (uśmiech). Kiedy zaczynaliśmy tworzyć Wydział Medyczny, wydawało się, że to będzie prostsze. Liczyłem, że już za pierwszym podejściem dostaniemy to, co teraz, czyli maksymalną ocenę i pełną akceptację dla naszej jakości kształcenia. Okazało się, że sprawdzano nas bardzo dokładnie… Ale ostatecznie mamy to, o czym marzyliśmy, czyli maksymalną pozytywną ocenę jakości kształcenia na kierunku lekarskim – bez jakichkolwiek dodatkowych zaleceń.

Nie było żadnych uwag do dzienniczka?

‒ Nie było (śmiech). Polska Komisja Akredytacyjna bierze pod uwagę dziesięć kryteriów, np.: jakość kadry, kształcenia, infrastrukturę. W każdej z tych kategorii wystawia ocenę czy to kryterium zostało spełnione, spełnione z zastrzeżeniami, czy niespełnione. My mamy wszystkie kryteria „spełnione”! A jeszcze rok temu niektóre miały adnotację „spełnione z zastrzeżeniami”. O każdym z kryteriów komisja sporządza raport opisujący stan faktyczny i uzasadniający ocenę. W szczególności może zawrzeć zalecenia, czyli coś, co zdaniem ekspertów komisji należy wykonać. I tak dla przykładu przed rokiem dostaliśmy zalecenie dotyczące poprawienia wymogów BHP w jednym z laboratoriów. Mówiąc krótko, członkowie komisji mogą uznać, że kryterium zostało spełnione, ale i tak zawierają w raporcie zalecenia, które sprawdzane są przy następnej kontroli. Tym razem, jak wspomniałem, nie dostaliśmy jakichkolwiek zaleceń przy żadnym z kryteriów. Co więcej, potwierdzono, że wszystkie zalecenia z poprzedniego roku zostały zrealizowane.

Oprócz tego są jeszcze tzw. rekomendacje, które komisja może zawrzeć w każdym z kryteriów. To nie jest coś, co należy zrobić, ale podpowiedź, która może nam pomóc coś usprawnić. I takich rekomendacji kilka mamy, tylko one nie wpływają na ocenę ogólną.

Ta ewaluacja kształcenia, o której mówimy, jest trochę jak z filmów Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie… 

‒ To prawda. Po tej szczegółowej ocenie każdego z 10 kryteriów werdykt jest wspólny dla całego kierunku, a więc zapada decyzja, czy dostaje on ocenę pozytywną na 6 lat (czyli maksymalną pozytywną) czy na dwa lata, bo są jakieś zalecenia, których realizację komisja chce zweryfikować. Rok temu dostaliśmy tę pozytywną na dwa lata, ale teraz już na sześć.

Co to oznacza w praktyce?

‒ Przede wszystkim to potwierdzenie, że u nas się dobrze kształci, co jest ważne dla kandydatów na studia. Natomiast decydenci, czyli ministerstwa nauki i zdrowia, na tej podstawie decydują, jaki limit miejsc na studia nam przyznać. Jako że w zeszłym roku pozytywna ocena była wystawiona tylko na dwa lata, to minister nauki przyznał nam zaledwie 40-osobowy limit rekrutacyjny na kierunku lekarskim.

Mniejszy niż w pierwszym roku.

‒ Tak – zmniejszył się z 60 do 40. Teraz, jako że otrzymaliśmy ocenę pozytywną, dostaliśmy limit zgodny z naszym wnioskiem, czyli 90. A kiedy połączymy to z faktem, że otworzyliśmy też nowy kierunek studiów na Wydziale Medycznym, czyli elektroradiologię z limitem 60 miejsc, to w tym roku na Wydziale Medycznym mamy 150 pierwszoroczniaków.

To prawie cztery razy więcej niż w poprzednim roku.

‒ Rzeczywiście, w poprzednim roku przyjęliśmy 40 osób, teraz – 150. Razem to 250 osób na trzech rocznikach, czyli zaczyna się już tworzyć poważne środowisko studenckie. Ważne jest też to, że gdy mamy więcej studentów, możemy zatrudnić więcej kadry, bo mamy dla niej pracę.

Mówi pan o większej różnorodności, ale też o rozleglejszych możliwościach badawczych?

‒ Zdecydowanie, budujemy większe środowisko akademickie, czyli w szczególności badawcze.

Badania to klucz – tak naprawdę nie ma Wydziału Medycznego ani kierunku lekarskiego bez badań. Musicie te badania robić i to bez wpadek, bo za niespełna rok czeka was ewaluacja działalności naukowej. I nie będzie litości.  

‒ Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że nasze badania medyczne tak szybko wskoczą na tak wysoki poziom. Medycyna to bardzo skomplikowana nauka, która wymaga kontaktu z pacjentem, odpowiedniej aparatury i warunków. Dlatego te badania często są długotrwałe. To nie jest tak proste, jak choćby badania koncepcyjne w fizyce, która jest moją specjalnością, że można przyjechać i od razu zacząć pisać pracę. W medycynie trzeba zwykle poznać nowe miejsce, zbudować odpowiednią aparaturę, wszystko ze sobą zgrać. W pierwszym roku funkcjonowania Wydziału Medycznego mieliśmy nieco ponad 60 pracowników naukowych, rok temu było ich ponad 100. Teraz już przekroczyliśmy tę liczbę. W skali całej uczelni to duże wartości, a więc widać, że aktywność naukowa naszej grupy badaczy na Wydziale Medycznym jest zbieżna z nadziejami, jakie w tej dyscyplinie pokładaliśmy. I że będzie dużo wyższa niż przeciętna na uczelni, bo w medycynie po prostu prowadzi się więcej badań, jest też więcej publikacji oraz pieniędzy.

Zwrócił pan uwagę na ważną rzecz – związek liczby i jakości badań z pieniędzmi na nie przeznaczonymi.

‒ Medycyna jest bardzo aktywnym obszarem badań, z którym jest związane dużo pieniędzy i dużo uwagi. To ważny obszar na każdej uczelni na świecie i właśnie dlatego otworzyliśmy na Politechnice Wrocławskiej Wydział Medyczny – żeby prowadzić badania dla społeczeństwa ważne. Jak wspomniałem, pokładane w tym nadzieje już się spełniły, a więc mamy ogromnie dużo wyników naukowych z medycyny w przeliczeniu na kadrę, którą zatrudniamy, mimo że to jest dopiero trzeci rok funkcjonowania wydziału. Mamy już pierwszy artykuł w piśmie „Lancet”, czyli najważniejszym czasopiśmie medycznym na świecie. Pojawiły się duże granty. Są także doktoranci, chociaż na razie nie mamy uprawnień do doktoryzowania. Doktorat obronią, gdy uzyskamy te uprawnienia albo wcześniej w innym, współpracującym z nami ośrodku. Najważniejsze, że są u nas, bo chcą pracować naukowo z naszymi profesorami. Mamy Centrum Wsparcia Badań Klinicznych i Medycyny Translacyjnej, czyli taki wehikuł do zdobywania i realizacji projektów naukowych. To wszystko pokazuje, że część naukowa naszej medycyny szybko się rozkręciła i już przynosi Politechnice Wrocławskiej korzyści – np. w rankingach międzynarodowych, które sumarycznie patrzą na naukowy dorobek całej uczelni, ta niewielka grupa kilkudziesięciu badaczy z medycyny zapewnia bardzo dobry wynik. Mamy ponad 100 nauczycieli akademickich, ale takich badaczy, którzy są na etatach badawczych lub badawczo-dydaktycznych (czyli zajmują się nauką, a nie tylko dydaktyką) jest około 50.

Ta pięćdziesiątka wypracowała już taki dorobek naukowy, że widać efekty w rankingach międzynarodowych, np. w tym najważniejszym na świecie, czyli rankingu szanghajskim (ARWU).

Polskim uczelniom w tym zestawieniu jest trudno o wysokie lokaty, bo poprzeczka idzie w górę szybciej niż nasze szkoły wyższe się rozwijają – nauka, szczególnie w Azji, ale też europejska rozwija się znacznie dynamiczniej. Ale na tym tle Politechnika Wrocławska akurat wygląda świetnie. Po dwóch latach przerwy wróciliśmy do ARWU i stało się to również dzięki naszej medycynie, która dodaje sporo wyników do puli.

Dlatego, jak rozumiem, od oceny waszych możliwości badawczych zależy tak wiele. Ta ewaluacja czeka was za kilka miesięcy. Zapewne już się intensywnie do niej przygotowujecie? 

‒ Oczywiście, to następny egzamin dla nas. Tę ewaluację badawczą co kilka lat przeprowadza Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Będą więc sprawdzane wszystkie nasze dyscypliny, jest ich w sumie kilkanaście. Tyle że wszystkie inne poza medycyną były już wcześniej oceniane, więc w ich przypadku nie ma tak wielkiej niepewności. Na Wydziale Medycznym mamy nową grupę naukowców, którzy jeszcze parę lat temu w ogóle nie pracowali na Politechnice Wrocławskiej. Ich dorobek za ten ostatni czas będzie po raz pierwszy oceniony i ta ocena po pierwsze, ma nam dać swoisty certyfikat jakości, to znaczy pokazać, czy faktycznie nasze badania są poważne. Po drugie, powinna nam dać dodatkowe fundusze. Subwencja, którą co roku uczelnia dostaje, w pewnej części zależy od kategorii naukowej, czyli od tego, na jakim poziomie są badania. Na razie nie mamy żadnej oceny, bo dotąd nie mieliśmy jeszcze ewaluacji na Wydziale Medycznym.

Jak rozumiem, ma to kluczowe znaczenie, jeśli chodzi o możliwość rozwoju, bo oznacza pieniądze?

‒ Zdecydowanie, ale nie mniej ważne od pieniędzy, czy swoistego certyfikatu jakości, są uprawnienia do nadawania tytułów doktorskich i habilitacji, czyli tzw. uprawnienia akademickie. To bowiem oznacza, że będziemy mogli, jeżeli dostaniemy odpowiednio wysoką kategorię naukową, otworzyć dyscyplinę „nauki medyczne” w naszej szkole doktorskiej. Wtedy nasi doktoranci z medycyny będą mogli choćby pobierać stypendium.

Jeszcze jedną konsekwencją kategorii naukowej – taką, jakiej się spodziewamy, czyli wysokiej – jest możliwość otwierania kierunków studiów w naukach medycznych bez wnioskowania za każdym razem o zgodę Polskiej Komisji Akredytacyjnej i ministerstwa.

Jak będzie? Oczywiście mamy przygotowane symulacje, stale prowadzimy analizy i wiemy, czego się spodziewać. Na razie zarówno projekty naukowe, publikacje, jak i stan kadry wskazują, że bezpiecznie dostaniemy kategorię, która nam pozwoli uzyskać uprawnienia akademickie. Patrzymy więc w przyszłość z optymizmem.

Zatrzymajmy się na moment przy ludziach, którzy chcieliby robić u was doktorat z medycyny, związać się naukowo z uczelnią na dłuższy czas. Oni muszą wiedzieć, że będą mieli zapewniony spokój badań, których w medycynie nie robi się trzy miesiące ani rok, ale często znacznie dłużej.

‒ Na razie mamy ponad 100 lekarzy na pokładzie, czyli nauczycieli akademickich, którzy są z medycyną związani. Połowa to badacze, a druga część – dydaktycy. Natomiast docelowy model jest taki, że ten wydział będzie trzykrotnie większy niż obecnie. Będzie miał więcej kierunków studiów, trzykrotnie więcej kadry, rekrutację roczną nie na poziomie 150 osób, ale około 300. Musimy więc przejść ten etap ewaluacji również po to, żeby być wiarygodni dla badaczy, którzy chcą się do nas przeprowadzić i być profesorami czy doktorami na naszym Wydziale Medycznym.

Nie mniej ważne jest to, co się szczególnie podkreśla, czyli kontakt z ludźmi i praktyczna strona Waszego medycznego przedsięwzięcia. Rektorzy uczelni stricte medycznych (gdzie każda klinika, każda katedra podlega rektorowi) mogą powiedzieć: „Proszę wykonać to, co pani/panu zlecono”, a w przypadku rektora politechniki sytuacja wygląda inaczej, bo wy współpracujecie z zewnętrznymi szpitalami, klinikami, nie macie swoich, nikomu nie może pan więc niczego kazać robić. Zamierzacie to zmienić w nieodległej przyszłości?

‒ W tej chwili mamy zawarte umowy partnerskie z kilkunastoma szpitalami. Jeśli chodzi o praktyczne kształcenie medyczne, najistotniejsze są umowy z największymi szpitalami wrocławskimi, których obecnie mamy siedem. Umowy z nami mają podpisane również inne placówki medyczne i ambulatoryjne. I taka formuła się sprawdza – szefowie tych szpitali zasiadają u nas w Radzie do Spraw Klinicznych, gdzie na bieżąco są uzgadniane wszystkie kwestie ważne dla kształcenia studentów. Ta współpraca działa, a jej owocem jest funkcjonujący kierunek lekarski. Natomiast jesteśmy chyba wyjątkiem w skali Polski, bo nie mamy swojego szpitala klinicznego, czyli takiego, którego Politechnika Wrocławska byłaby właścicielem.

Nie przeszkadza to w dążeniu do celu? 

‒ W dyskusji na koniec oceny naszego kierunku PKA zwracała nam uwagę, że powinniśmy mieć docelowo również swój szpital kliniczny. Ale to jest sprawa na lata. Odpowiadając więc na zadane przez pana pytanie: tak – pewnie tak kiedyś będzie.

Dzisiaj faktycznie od innych wydziałów medycznych różni nas to, że prowadzimy kształcenie w oparciu o umowy partnerskie ze szpitalami, co ma pewne zalety, ale i wady.

Zalety są takie, że nasi studenci poznają kilka szpitali, czyli chodzą na różne zajęcia w różnych miejscach. To daje im szersze spojrzenie na to, jak się pracuje w różnych placówkach. Poza tym mają tam komfort, dlatego że są garstką studentów w wielkim szpitalu.

Ale takie rozwiązanie ma też wady – zarówno gdy chodzi o kształcenie, jak i prowadzenie badań. Na razie ta współpraca jest świetna, to znaczy: wszyscy czują, że trzeba dbać o wspólny interes. Szpitalom zależy na partnerstwie z nami, bo dzięki temu studenci, czyli potencjalni kandydaci do pracy, poznają ich jednostki więc może w przyszłości, już jako wykwalifikowana kadra lekarska, zechcą tam pracować, prowadzić badania naukowe, podnosić swoje kwalifikacje. Dzięki temu szpital będzie mógł oferować coraz nowocześniejsze procedury czy poszerzać swoją wiedzę medyczną.

Ma pan na myśli nobilitację medyczną?

‒ Również i to, bo przecież personel szpitala, w tym lekarze, musi się rozwijać, jeździć na kongresy naukowe, czytać literaturę, zdobywać stopnie naukowe, prowadzić współpracę naukową i dzięki temu oferować swoim pacjentom coraz nowocześniejsze procedury i wiedzę medyczną. Dzięki Wydziałowi Medycznemu zapewniamy swoim partnerskim szpitalom kontakt z całym światem naukowym, ale rzeczywiście – prędzej czy później powinniśmy mieć własny szpital kliniczny.

To, jak pan wspomniał, projekt na lata. Ale wielką rzeczą, którą już planujecie, jest największa chyba inwestycja w historii Politechniki Wrocławskiej, czyli zupełnie nowe centrum medyczne. Co to takiego i w jakiej perspektywie ma się pojawić?

‒ Od początku było wiadomo, że Wydział Medyczny potrzebuje dużo miejsca na laboratoria, sale wykładowe, centrum symulacji itd. Docelowo ma to być duży wydział, jeden z największych na uczelni. Mam nadzieję, że tak będzie już za kilka lat. Wydział potrzebuje więc kilkunastu tysięcy metrów kwadratowych własnej powierzchni, żeby komfortowo funkcjonować. Tym bardziej że ten wydział ma ściśle współpracować z innymi i prowadzić interdyscyplinarne badania MedTech, czyli na styku techniki i medycyny. Mam tu na myśli wszystkie połączenia medycyny z inżynierią, chemią, matematyką czy fizyką.

To brzmi jak sposób na ucieczkę do przodu, a więc połączenie tego, co macie najnowocześniejsze w innych dziedzinach z medycyną i unikanie ścigania się z tymi, którzy od dawna zajmują się badaniami medycznymi.  

‒ Właśnie o to nam chodzi. Oczywiście mamy rozwijać medycynę jako taką, bo to rdzeń wydziału medycznego, ale największą korzyścią z jej obecności na Politechnice Wrocławskiej, a nie na osobnej uczelni bez kontaktu z innymi dyscyplinami, są właśnie połączenia interdyscyplinarne. Tak to jest zresztą zorganizowane na świecie, że najlepsze programy medyczne niemal zawsze funkcjonują w otoczeniu akademickim, które zapewnia interakcje z innymi dyscyplinami nauki. Przykładem tego jest medycyna na Harvardzie, Stanfordzie, politechnice w Monachium czy wreszcie na Imperial College w Londynie. To są najlepsze wydziały medyczne na świecie – i one są naszymi wzorcami. Chcemy, rozwijać technologie medyczne. To oznacza przepływ sposobu myślenia i narzędzi z innych dziedzin do medycyny, łączenie sił dla lepszego efektu.

Również łatwość rozwiązywania różnych problemów technologicznych.

‒ Tak! Chodzi nam też o zaczerpnięcie z innych dyscyplin pewnych metod badawczych, pomiarowych, rozwiązań sprzętowych. To pozwoli na rozwój aparatury i materiałów wykorzystywanych w leczeniu ludzi. Ostatnio przebojem wdarła się do medycyny sztuczna inteligencja. Ale takich korzystnych splotów jest o wiele więcej: na rozwój medycyny znacząco wpływa np. rozwój elektroniki, podobnie jest z materiałami, z których możemy robić implanty. Z kolei robotyka znajduje niesamowite zastosowania w chirurgii. Bardzo ważne są też badania nad nanomateriałami. Takie maleńkie, wysublimowane drobinki pozwalają np. monitorować nowotwory albo przepływ krwi. Dlatego nasza medycyna ma korzystać z tego, że jest w otoczeniu innych nauk. Z tego powodu jest nam tak potrzebny nowy budynek. Chodzi nie tylko o to, by zbudować miejsce dla Wydziału Medycznego, ale też o nowe laboratoria, których wcześniej nie mieliśmy możliwości stworzyć, bo nie było na uczelni wspólnych przestrzeni, w których mogliby pracować i lekarze, i inżynierowie.

Sakładam, że te nowe laboratoria i pracownie badawcze mają robić rzeczy unikalne w skali kraju?  

‒ Jesteśmy jedyną tak dużą uczelnią w Polsce, na której będzie wspólnie pracować tylu lekarzy oraz inżynierów. Na świecie to normalne, że medycyna jest obecna na dużych uniwersytetach, jak Harvard czy Cambridge, ale normą jest też to, że jest tam inżynieria.

Są uczelnie techniczne zdominowane przez inżynierię – takie, jak Imperial College w Londynie, politechniki w Monachium, Zurychu czy Lozannie, gdzie nie ma aż tak dużo nauk humanistycznych czy społecznych, ale tam medycyna też się dobrze miewa. To jest model dla nas. Po to potrzebujemy miejsca, bo chcemy stworzyć nowoczesne laboratoria, w których spotka się np. elektronika z medycyną, chemia z medycyną, nauka o materiałach z medycyną, informatyka z medycyną itd. Nasz budynek ma się nazywać HealthTech Synergy Hub. Ten obiekt będzie się znajdował w samym sercu naszego kampusu.

Pokazujecie więc, jak ważne to będzie miejsce.  

‒ Rzeczywiście. Dodam, że ten budynek będzie piękny – w kwietniu 2025 r. zakończył się konkurs architektoniczny na jego koncepcję. Wygrał go hiszpańsko-polski zespół architektów, firma Vaillo Irigaray y Asociados z Hiszpanii i Interplay Architects z Warszawy, który teraz przygotowuje kompletny projekt.

Kiedy ma być gotowy i czy macie już na niego pieniądze?  

‒ Środki na ten cel mamy na koncie uczelni. Wartość budynku razem z wyposażeniem to około 400 milionów złotych. Odbiór jest planowany w 2028 roku.

Często problemem w realizowaniu tego, co się zaplanowało, są rozwiązania prawne, zderzenie z ustawami, z rozporządzeniami i innymi przepisami, które uniemożliwiają albo utrudniają budowanie czegoś. Podejrzewam, że panu też chodzi po głowie kilka zmian prawnych ułatwiających budowanie przyszłości politechniki…

‒ Naszej uczelni na pewno przydałaby się większa integracja z innymi uczelniami wrocławskimi. Na razie zachęty prawne do tego, by tworzyć federacje, połączenia z innymi uczelniami, wspólne kierunki studiów albo wspólne centra badawcze nie wydają się wystarczające. Mamy pewne pomysły, jak można by nam pomóc, zmieniając otoczenie prawne i ekonomiczne. Dzisiaj polskie uczelnie są tematycznie bardzo sfragmentaryzowane. Ani w Europie Zachodniej, ani w Stanach Zjednoczonych tak to nie wygląda. My musimy się ratować punktową współpracą między uczelniami, np. prowadzimy kierunki studiów wspólnie z Uniwersytetem Przyrodniczym we Wrocławiu. A można by prowadzić je na większą skalę z Uniwersytetem Wrocławskim, Medycznym czy Ekonomicznym. Podobnie jest ze wspólnymi badaniami. Warto by tak zmienić formułę prawną, by bardziej się opłacało zawrzeć federację uczelni. Oferta, która dzisiaj funkcjonuje, jest nieatrakcyjna. W praktyce jest tak, że właściwie duże uczelnie nie tworzą federacji ani w Poznaniu, ani we Wrocławiu, ani na Śląsku. Warto by to było zmienić, pomóc nam w tym względzie, by korzyści przeważały nad kłopotami.

A jakie korzyści takie łączenie miałoby przynieść?

‒ Wiele problemów cywilizacyjnych, gospodarczych czy społecznych, które są do rozwiązania, ma naturę interdyscyplinarną, np. energetyka jądrowa czy ochrona klimatu. Trudno sobie wyobrazić nowoczesne rolnictwo bez udziału informatyki, chemii czy technologii, a medycynę bez elektroniki, informatyki, chemii, biologii. Jeśli więc te obszary badawcze są rozrzucone po różnych uczelniach, to trudniej im osiągać postęp w naprawdę dużej skali, a więc rozwiązywać poważne problemy. Owszem, łatwo rozwija się na uczelni konkretne dyscypliny, np. możemy zrobić postęp w fizyce, ale już to, żeby fizyka razem z innymi dyscyplinami rozwiązywała problem energetyki jądrowej w Polsce, jest znacznie trudniejsze.

Jeżeli już jest tak, że w kraju, na przykład we Wrocławiu, nie mamy uniwersytetu działającego według modelu zachodniego, na którym jednocześnie byłoby prawo, etyka, nauki społeczne, silna inżynieria i medycyna, to na starcie mamy mniejsze szanse. Takiej uczelni w ogóle u nas nie ma, bo nawet Uniwersytety Warszawski czy Jagielloński, które mają medycynę, wciąż nie posiadają inżynierii. Nie ma więc w Polsce ani jednego uniwersytetu w takim modelu, jak Cambridge czy uczelnie w Monachium.

Z tego wynikają też wspomniane przez pana problemy z rankingami, np. z listą szanghajską? 

‒ Tak, to też jeden z powodów. Pierwsze badania interdyscyplinarne często są atrakcyjne i przynoszą dużo wyników, publikacji, pieniędzy. Wszystko jest kwestią skali – duże wielodziedzinowe uniwersytety to więcej możliwości wysoko notowanych badań interdyscyplinarnych, które przynoszą konkretne wyniki. No i duży może więcej. A nasze uczelnie są dosyć małe – we Wrocławiu jest aż 100 000 studentów, ale największa uczelnia ma ich zaledwie 20 000, podczas gdy politechnika w Monachium ma dwa razy tyle, a uniwersytet w Monachium ponad 54 tys. Nie możemy konkurować na równi z takimi potęgami naukowymi, jeśli u nas nie mamy choćby połączeń międzydziedzinowych.

A to oznacza, że za dużo energii traci się na rozwiązania rzeczy zwyczajnych, formalnych, na porozumienie się, zamiast na rozwiązanie konkretnego problemu?

‒ My sobie z tym radzimy, ale co do zasady to prawda. Są np. kłopoty z wydawaniem wspólnych dyplomów studiów. Samo prowadzenie wspólnych studiów też bywa kłopotliwe, a być może studenci chcieliby studiować takie kierunki, których stworzenie wymaga współpracy dwóch czy więcej uczelni.

Świat się zmienia, a uczelnie są dość statyczne – to ogromne organizacje, a przed nimi pojawiają się coraz nowsze, bardziej skomplikowane potrzeby. Dlatego im współpraca między uczelniami będzie łatwiejsza, tym większa będzie elastyczność i możliwość reagowania na potrzeby rynku.

Kadencja rektora trwa cztery lata, razy dwa – mamy 8 lat realizowania wizji (takie jest polskie prawo). A z tego, o czym rozmawiamy wynika, że zarówno pan, jak i pańscy współpracownicy macie pomysł, który sprawi, że to, co zaczęliście, będzie trwało i rozwijało się przez kolejne pewnie dziesiątki lat. Tak się przecież planuje życie uczelni. 

‒ Budowa medycyny na politechnice w Monachium trwa już 50 lat (uśmiech). Mam więc nadzieję, że kilka ważnych elementów, które są zawarte w naszej strategii, zostanie utrzymanych przez naszych następców. Jednym z nich jest właśnie wspomniane już budowanie wielodziedzinowego uniwersytetu. To uczelnia, na której medycyna i nauki społeczne współdziałałyby, wywierały na siebie wpływ wzajemnie z naukami podstawowymi, czyli matematyką, chemią, biologią, fizyką i naukami technicznymi.

Drugi kierunek strategiczny to dążenie do uczelni silnie naukowej, co oznacza przebudowanie pewnych relacji wewnątrz organizacji. Musimy ułatwiać młodym naukowcom prowadzenie badań i tym samym dać im szybką ścieżkę do kariery naukowej.

I spokój ducha – również ten finansowy, żeby móc się skupić na tym, co istotne dla uczelni.

‒ Właśnie tak, ale to już teraz się zmienia. Na Politechnice Wrocławskiej widzę coraz większą aktywność młodych ludzi. I to z myślą o nich wprowadzamy wiele zmian. Mam nadzieję, że moja kadencja zostanie kiedyś doceniona, za to, że w jej trakcie poprawiliśmy tak dużo kwestii ważnych z punktu widzenia młodych naukowców. I wierzę, że będzie się to nadal zmieniało na lepsze w przyszłości.

Medycyny też dotyczy?

‒ Oczywiście! Kariery młodych naukowców muszą być podobne, jak ich kolegów na Zachodzie. Kiedy człowiek ma 40 lat, powinien już mieć swoje laboratorium, swoją tematykę, doktorantów, pieniądze, planować wyjazdy i wiedzieć, co będzie robił naukowo za 10 lat. Trzeba otworzyć drzwi młodym naukowcom – zwłaszcza tym, którzy chcą się rozwijać, są ambitni i zamierzają brać sprawy w swoje ręce.

Sporym wyzwaniem jest szkoła doktorska. Uważam, że dużo większy udział w społeczności akademickiej powinni mieć doktoranci. W Polsce jest ich za mało. Na Politechnice Wrocławskiej wzorujemy się na tym, co jest normą w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Chcemy, by doktoranci byli bardziej widoczni, żeby było ich dużo i byli znaczącą częścią siły badawczej naszej uczelni.

Trywialne jest oczywiście mówienie, że uczelnia musi być bardziej międzynarodowa. Chodzi o rotację ludzi – nasi pracownicy powinni coraz liczniej wyjeżdżać i zdobywać wiedzę w świecie, a inni mają przyjeżdżać do nas. To się zmienia na korzyść, ale wciąż nie jesteśmy pod tym względem aż tak otwarci, jak chociażby uczelnie w krajach nordyckich. Ważne jest też to, żeby uczelnia była oazą wolnej myśli, czyli żeby nie tylko zwracać uwagę na sukcesy naszych największych gwiazd, ale też, żeby była miejscem rozwoju dla pozostałych.

W każdej instytucji działa zasada Pareto, czyli że 80% pracy czy sukcesów jest wykonywanych przez 20% „lokomotyw”. Uczelnia ma nie tylko dowozić sukcesy, ale też powinna być społecznością twórczą, ma być organizmem wolnej myśli, gruntem, na którym może wyrastać coś nowego. Trzeba nie tylko wspierać te miejsca, gdzie się objawił sukces, ale też aktywnie zabiegać o to, żeby wszyscy czuli się częścią tej wspólnoty. Sam tego doświadczyłem, pracując na uniwersytecie w Cambridge. Uważam, że podobnie powinno to wyglądać na Politechnice Wrocławskiej.

 

 

Fot. z archiwum M.S.

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?