O przygotowaniach do ewaluacji, wielkich inwestycjach mających zapewnić studentom najlepsze warunki do nauki, a pacjentom optymalne sposoby leczenia oraz o szansach na ściągnięcie do Wrocławia najlepszych młodych naukowców z całego świata mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Ponikowski, rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Rozmawia z nim Maciej Sas.
O przygotowaniach do ewaluacji, wielkich inwestycjach mających zapewnić studentom najlepsze warunki do nauki, a pacjentom optymalne sposoby leczenia oraz o szansach na ściągnięcie do Wrocławia najlepszych młodych naukowców z całego świata mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Ponikowski, rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Rozmawia z nim Maciej Sas.

Prof. dr hab. n. med. Piotr Ponikowski, rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu
Fot. z archiwum M.S.
Maciej Sas: Ewaluacja to słowo przyprawiające władze każdej uczelni o lekkie drżenie rąk, bo od tego zależy m.in. finansowanie. Uniwersytet Medyczny też to czeka. Kilka miesięcy temu w czasie wrocławskiego spotkania Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych mówili państwo o tym, że pora zmienić zasady oceny uczelni, bo te obowiązujące dzisiaj nijak nie przystają do realiów. Ktoś się przychylił do tych postulatów?
Piotr Ponikowski: Trwa proces ewaluacji dyscyplin na wszystkich uczelniach, nie tylko medycznych. Rzeczywiście, nie byliśmy zadowoleni z reguł, które zostały sformułowane wiele lat wcześniej. Tym zawiaduje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które wie, że zmiany są niezbędne. Chodzi z jednej strony o dostosowanie do realiów, a z drugiej – o uwzględnienie tego, że uczelni medycznych nie można w żaden sposób porównywać w ocenie parametrycznej z instytutami naukowymi. Te drugie ocenia się przez pryzmat dokonań naukowych, bo to jest ich główna rola, czyli uprawianie dobrej nauki – do takich działań zostały powołane. Natomiast dla uniwersytetów medycznych integralną częścią ich działalności, a sądzę, że nawet najważniejszą, jest działalność kliniczna, wsparta oczywiście nauczaniem studentów. Pokreślmy, że nie chodzi wyłącznie o studentów medycyny, ale również pielęgniarek, położnych, ratowników medycznych, ludzi, którzy wybrali nauki o zdrowiu itd. Oczywiste wydaje się, że nie można stosować tych samych kryteriów do oceny zupełnie odmiennych podmiotów, jakimi są Polska Akademia Nauk oraz uniwersytet medyczny. Na to zwracaliśmy uwagę. Co zostanie uwzględnione? Nie wiem, bo prace nad tym trwają. Sądzę, że część głosów naszego środowiska będzie wzięta pod uwagę. Rozmawialiśmy niedawno na posiedzeniu KRAUM we Wrocławiu o tym, że to ma być uwzględnione w zasadach przyszłej ewaluacji (przynajmniej taka jest obietnica ze strony Ministerstwa Nauki). Nie o to chodzi, żeby ktoś był łagodniej traktowany, a kto inny – ostrzej, ale perspektywa takiej oceny musi być inna dla różnych instytucji.
Jak słyszę, liczy pan na to, że wasze głosy zostaną uwzględnione?
‒ Tak sądzę. Jestem też przekonany, że Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu, najlepsza polska szkoła medyczna (obok Uniwersytetu Jagiellońskiego) zostanie oceniony odpowiednio i uzyska taką pozycję, na jaką zasługuje. Na bieżąco monitorujemy przebieg przygotowań do ewaluacji, co jakiś czas dostajemy podsumowanie tych działań, dzięki czemu wiemy, jak wygląda sytuacja w kluczowych dla sprawy obszarach. Wszystko idzie zgodnie z planem, więc przyznam, że śpię spokojnie (uśmiech).
A co jest dla państwa dzisiaj największym wyzwaniem: finanse? Nowoczesne technologie? A może praktyki dla studentów? Ostatnio w sferze publicznej często pojawia się temat, że w uczeniu medycyny jest za dużo studentów na jednego pacjenta.
‒ Być może ktoś specjalnie takie problemy pokazuje i wyolbrzymia… Skupię się na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu i na Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym, który jest integralną częścią naszej pracy. Oczywiście chcielibyśmy mieć tak (jak wszyscy) więcej środków na działalność, ale nie sądzę, żebyśmy w tej chwili mogli dostać więcej niż dostajemy. Związane z tym informacje są dostępne w domenie publicznej – każdy może zobaczyć, ile wynosi subwencja dla Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, a ile dostają inne uczelnie. Łatwo zauważyć, że w tym względzie nie ma jakiegoś trendu spadkowego. Oczywiście informujemy na bieżąco Ministerstwo Zdrowia o kondycji finansowej, bo to jest nasz organ założycielski – nadzoruje nasze działalna i daje nam subwencje jako uniwersytetowi, nie jako szpitalowi. Z kolei USK to przede wszystkim pieniądze z NFZ, a więc coś zupełnie innego.
Jeśli chodzi o finansowanie przez Ministerstwo Zdrowia, to chcielibyśmy pozyskać przede wszystkim więcej środków na naszą filię w Wałbrzychu. To jest może nie tyle nasz problem, co informacja dla ministerstwa, że sugerujemy, by ta komponenta w naliczaniu subwencji została odczarowana. Mechanizm wygląda tak, że działa algorytm przyznawania subwencji. Ministerstwo Zdrowia przekazuje pieniądze, które dostanie z budżetu państwa i przydziela je poszczególnym uniwersytetom, uwzględniając wspomniany algorytm, na który składają się różne komponenty: naukowy, studencki, dydaktyczny. Uważamy, że komponenta filii nie została tam w ogóle uwzględniona. A będę na każdym kroku podkreślał, że działalność naszej filii jest absolutnym benchmarkiem, wzorcem dla innych. Dostaliśmy pozytywną opinię Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Wykładamy i realizujemy to na najwyższym poziomie. Studentów nie brakuje – wręcz przeciwnie, bo zainteresowanie przekroczyło oczekiwania: mieliśmy tam ponad 30 kandydatów na jedno miejsce. To najlepiej pokazuje skalę przedsięwzięcia i jego celowość. Oczywiście nie będziemy tego rozszerzać, bo uważamy, że na dzisiaj 50 studentów to optymalna liczba. Jednak koszty prowadzenia działalności filii są duże. Dlatego trzeba to wszystko raz jeszcze oszacować i uwzględnić w subwencji. To jest nie tylko nasz postulat – wiem, że Śląski Uniwersytet Medyczny wystąpił z identycznym, bo oni utworzyli filię w Bielsku-Białej. Słyszałem, że kolejne uniwersytety medyczne też się do tego przymierzają, niejako wzorując się na nas. Czy warto to robić? Oczywiście, że warto! Ale tylko na takim poziomie, na jakim myśmy to zrobili, a dobry poziom kosztuje.
Wrócę do pytania, co państwa najbardziej teraz zajmuje: pieniądze, technologie, praktyki studenckie?
‒ Panie redaktorze, nie przesadzajmy z demonizowaniem technologii i ustawianiem ich na piedestale – na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu one zawsze były, są i będą integralną częścią procesu nauczania i leczenia. Wielokrotnie już podkreślałem, że nie ma technologii bez nauczania, a nauczania bez technologii. Korzystanie w medycynie ze sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości jest dla nas absolutnie oczywiste i skutecznie włączone w proces nauczania. Proszę pójść do Centrum Symulacji Medycznych i zobaczyć, co robimy, jak uczymy klinicznych przedmiotów. Korzystamy z wszystkiego, co nowoczesne i niezbędne w leczeniu i nauczaniu medycyny – to już właściwie truizm. Myślę, że nie ma sensu o tym więcej rozmawiać, roztrząsać tematu (uśmiech).
Specjalnie o to pana pytam, bo coraz liczniejsze są głosy, że choć sięganie po najnowsze technologie jest niezbędne i oczywiste, to niezbędne jest też zachowanie balansu. Mówi się o tym (wcale nie anonimowo), że często młodzi lekarze, zachłyśnięci technologiami, zapominają o umiejętności rozmowy z człowiekiem.
‒ Tak, trzeba zwracać na to uwagę. Niedawno zarówno ja, jak i dziekan Wydziału Lekarskiego prof. Robert Zymliński zwróciliśmy uwagę na coś bardzo ważnego w czasie wspaniałej uroczystości w Narodowym Forum Muzyki (pełna sala, 1500 osób). Nasi absolwenci, kilkuset młodych ludzi z rodzicami, z dziećmi wychodzili na scenę, odbierali dyplomy ukończenia studiów – coś wspaniałego! Obaj z panem dziekanem, żegnając tych ludzi, wręczając im dyplomy, podkreślaliśmy wielokrotnie, że nie można być dobrym lekarzem, jeśli się nie jest dobrym człowiekiem. Nie można być dobrym lekarzem, nie rozmawiając z chorym. Nie można być dobrym lekarzem, nie wchodząc w proces humanizacji medycyny. Nie można być dobrym lekarzem, nie wiedząc, czym jest empatia. Wśród pięciu wartości, do których się zawsze odwołuję: POWER Pasja Odwaga Współpraca Empatia Rzetelność, najważniejsze jest słowo empatia. To coś, co odróżnia lekarza od sztucznej inteligencji. Owszem, ona postawi diagnozę, czasami może nawet z większym prawdopodobieństwem niż lekarz. Ale empatia, rozmowa z pacjentem są kluczowe – i o tym mówiliśmy, życząc naszym studentom, żeby zawsze o tym pamiętali!
Jedno bez drugiego nie ma sensu?
‒ Nie ma sensu. Nie fetyszyzujmy jednak technologii i nie grajmy tą kartą do granic absurdu – to dzisiaj naturalna rzecz, którą wszyscy przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza. Ale ona musi być uzupełniona o proces humanizacji. Ostatnio była u nas wybitna badaczka z Oxfordu. Miała wykład inauguracyjny na naszym uniwersytecie. Zapytałem, jak wygląda u niej proces rekrutacji na Oxford University (a to światowy numer 1). Odpowiedziała, że najpierw mają rekrutację – ona sama odpowiada za grupę kilkudziesięciu osób, które zostają zrekrutowane. Potem jest rozmowa kwalifikacyjna jako integralna część tego procesu. Zapytałem więc, czy to nie jest wbrew prawu, bo to jest jednak Wielka Brytania i publiczna domena. A ona na to, że Oxford ustalił, że oprócz wstępnej selekcji kilkudziesięciu osób przeprowadza drugi etap, jakim jest sformalizowana rozmowa z kandydatami, podczas której z tej grupy wybierają połowę, a druga połowa odpada. Od razu pomyślałem, że powinniśmy podobny system wprowadzić u nas. Na razie jeszcze nie wiem, jak to zrobić, ale ostatnio rozmawiałem o tym z kilkoma osobami, próbując znaleźć dobre rozwiązanie. Nie mam wątpliwości, że jest taka potrzeba, bo nie wszyscy, którzy przekraczają oznaczoną granicę punktów powinni się dostać na studia na naszym uniwersytecie, nie wszyscy mogą się nadawać na studia medyczne – mówię to z głębokim przekonaniem. Pytanie brzmi: jak zidentyfikować kandydatów, żeby nie popełnić błędu? Tego jeszcze nie wiem. Ale jako najlepsza polska uczelnia medyczna jesteśmy gotowi, żeby przygotować się do tego i rozpocząć dyskusję, w jaki sposób wybrać optymalnych, najlepszych kandydatów na studia medyczne. Jeszcze przez trzy lata będę pełnił funkcję rektora (jeśli pan Bóg pozwoli i zdrowie dopisze), więc chciałbym o tym zacząć rozmawiać. Jestem przekonany, że nie do końca optymalnie wybieramy kandydatów, że sam system punktowy nie jest idealny. Być może jest to kontrowersyjne stwierdzenie, ale będę o tym chciał porozmawiać na spotkaniu KRAUM-u.
Ciekawe, że człowiek, który sam jest jednym ze sprawców technologicznego skoku w naszej medycynie, tak podkreśla te związki technologii z humanistyką…
‒ To oczywistość. Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Niedawno w Radiu Wrocław była ciekawa audycja, w której brali udział nasi eksperci. Był tam też m.in. młody lekarz, który napisał doktorat wdrożeniowy. Był właściciel firmy Animative, który ten doktorat zaczął wdrażać i przekładać go na wykorzystanie w praktyce medycznej. Był też profesor Małkiewicz, który wykorzystuje sztuczną inteligencję do swojej pracy w USK. To pokazuje, że taka synergia szpitala z uniwersytetem i to, że tak naprawdę uniwersytet ma wpływ na każdą część tego szpitala, jest sprawą fundamentalną.
W tym przypadku mamy do czynienia z efektem synergii: jest dostęp do wiarygodnych wyników badań, które mogą być zanonimizowane. Ta baza danych, która pozwala na rozwój, powoduje, że jeżeli młody człowiek, który jest dopiero na początku swojej kariery, coś wymyśli, jest w stanie w tej synergii to zrealizować. Bo z jednej strony mamy Centrum Transferu Technologii, które ma ścisły kontakt ze światem biznesu. Z drugiej natomiast mamy pacjenta, zanonimizowane i ujednolicone wyniki, które możemy wykorzystywać. Bez takiego połączenia nie można mówić o tym tak płynnie.
Wszystkie niezbędne składowe są w jednym miejscu.
‒ Tak, bo szpital jest integralną częścią uniwersytetu! Tymczasem wszystkie inne podmioty, które tworzą namiastkę kształcenia lekarzy, nie mają takich możliwości, jakie mają tzw. stare szkoły medyczne, mające swoje szpitale uniwersyteckie.
Mówiliśmy o pieniądzach, o tym, jak młodzi ludzie powinni być uczeni medycyny. Wiem, że planujecie wielkie inwestycje mające zapewnić studentom większy komfort zdobywania wiedzy.
‒ W oczywisty sposób musimy większość nauczania naszych studentów przenieść do Kampusu Borowska. Oczywiście przyjmuję, że część ćwiczeń przedklinicznych może być prowadzonych w kampusie na Skłodowskiej-Curie (tak jest to zorganizowane również na wielu innych uczelniach, choćby w Oxfordzie). To naturalne, że tam są nauki przedkliniczne, a niebawem znajdzie się też kolejne centrum symulacji. Ale jednak medycyna kliniczna musi być prowadzona tutaj, na Borowskiej. Dawno już zapadły decyzje o tym, że jak najszybciej musimy przenieść naszą działalność kliniczną do jednego kampusu i to będzie nasza absolutna wartość dodana! W związku z tym, że budujemy Zintegrowane Centrum Pediatrii, budujemy hematoonkologię i radioterapię w podobszarze onkologii, to na Borowską przenosimy właściwie całą medycynę kliniczną. W starym kampusie przy placu Grunwaldzkim zostawiamy część przedkliniczną i symulacje. Dlatego musimy wybudować nowe obiekty – rozpoczęliśmy wielką inwestycję, jaką jest budynek dydaktyczny dla potrzeb naszych studentów (nie tylko dla Wydziału Lekarskiego, a dla wszystkich naszych kierunków). Budowa już się zaczęła. Poza tym powstaną te dwa centra kliniczne, w których studenci będą mieli zajęcia.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o Wałbrzychu, gdzie w ramach pieniędzy z KPO będziemy realizować inwestycje w zupełnie nowym obiekcie, który będzie nasz, a nie wynajmowany, jak do tej pory. Oczywiście należało zacząć od wynajmowania i to był pierwszy krok, ale doszliśmy do wniosku, że dzięki współpracy z miastem Wałbrzych będziemy inwestować w budynek, który wyremontujemy. Wielkie prace remontowe zaczęły się kilka miesięcy temu w centrum Wałbrzycha – tam będzie docelowo działała nasza wałbrzyska filia. Dodam tylko, że w każdym z wymienionych przypadków mówimy o inwestycjach rzędu kilkudziesięciu milionów złotych.
Zmieńmy nieco temat. Są specjalności niezbędne w medycynie, ale jednak mało atrakcyjne dla przyszłych lekarzy. Mam na myśli chociażby radiologię, geriatrię, patomorfologię. Tam bardzo brakuje ludzi. Czy mają państwo pomysł, co zrobić, żeby młodzi lekarze chętnie wybierali takie specjalizacje?
‒ Jeśli pan mnie pyta, czy sugerowałbym komuś z młodych lekarzy, by został radiologiem, to oczywiście tego bym nie zrobił… Dlaczego? Bo dzisiejszy boom na radiologów i bardzo wysokie zainteresowanie tą specjalnością w ciągu dekady, jak sądzę (a może w krótszym czasie…) zostanie skonfrontowane z lawinowo rosnącymi możliwościami sztucznej inteligencji zajmującej się analizą obrazu. Taka wiarygodna analiza obrazu z wykorzystaniem AI sprawi, że do decyzji specjalisty zostanie może 10-15% badań, ale na pewno nie 90%. Prawdopodobnie więc zapotrzebowanie na takie usługi radykalnie się zmniejszy.
Ale pytał pan też o inne specjalności. Wiem, że profesor Agnieszka Hałoń i profesor Piotr Donizy pracują nad poprawą sytuacji w patomorfologii, bo to jest rzeczywiście poważny problem (nawet światowy). Pokazują studentom, czym dzisiaj jest klasyczna patomorfologia, która się niesamowicie rozwinęła, jeśli chodzi o arsenał diagnostyczny, zasób metod, którym dysponuje, możliwość wniknięcia w te szlaki, zakres działań i ich identyfikację. Coś, co do niedawna było niemożliwe, dzisiaj staje się codziennością, mając przełożenie na proces diagnostyczny i terapeutyczny.
Pewne jest, że jako społeczeństwo szybko się starzejemy. Niedawno rozmawiałem z szefową Kliniki Geriatrii. To mocno niedoceniana specjalność, wskutek czego bardzo brakuje specjalistów.
‒ Owszem, na pewno brakuje specjalistów geriatrii. Tylko wie pan, myślę, że koncepcja, że tych starszych ludzi (sam mam 64 lata i niedługo osiągnę etap wieku podeszłego…) należy trzymać i diagnozować w szpitalu, jest absurdem. Szpital to ostatnie miejsce (mówię to z pełnym przekonaniem, nawet jeśli miałbym pójść pod prąd polityce rządu) do zajmowania się ludźmi starszymi. Zwiększanie liczby tzw. łóżek geriatrycznych w szpitalach, takich jak USK, ale też innych, jest absurdem, diagnozowanie i prowadzenie tych pacjentów w takich szpitalach jest absurdem. Liczba powikłań, które się wiążą z hospitalizacją, chociażby infekcji, jest wysoka i udowodniona. Tak naprawdę każdy dzień hospitalizacji zwiększa ryzyko zgonu.
Rozumiem pański zamysł, ale jednak geriatra bywa potrzebny, a w miastach mniejszych od Wrocławia trudno znaleźć takiego specjalistę…
‒ Żeby mówić o rozwoju geriatrii w Polsce, trzeba by stworzyć model, jak taki system opieki geriatrycznej powinien w kraju wyglądać. Na pewno to nie może być rozbudowa oddziałów geriatrycznych w dużych szpitalach. Jeśli mamy tym chorym zafundować ryzyko, czy nawet pewność nabycia infekcji, to jest zły pomysł! Natomiast otwarte pozostaje pytanie, jak to zrobić poza szpitalami, a więc w opiece ambulatoryjnej. Bardzo intensywnie nad tym pracujemy. Dlatego powołaliśmy w USK, a dokładniej w Instytucie Chorób Serca, Oddział Kardiologii Diagnostyki Jednodniowej. Tak samo powinno to zostać rozwiązane w innych obszarach, gdzie pacjenci przychodzą na krótką diagnostykę i tego samego dnia wychodzą do domu. W przypadku geriatry jest jeszcze więcej składowych, bo potrzeba też psychologów, a spotkanie z nimi powinno się odbywać w przyjaznym miejscu. Jestem ekspertem, ale buntuję się wewnętrznie przed myślą, że gdy będę miał 80 lat (jeśli Pan Bóg pozwoli tego dożyć), przyjdę na badania do wielkiego szpitala i wiadomo, że się od razu zgubię. Jak to rozwiązać? Tego nie wiem…
Panie profesorze, sam pan wspomniał, że za trzy lata kadencja mija. Każdy na stanowisku takim, jak pańskie, myśli w dłuższej perspektywie, czyli chce coś zaplanować na lata do przodu. Co chce pan osiągnąć do końca kadencji? Co chciałby, żeby się stało później? Takie projekty są.
‒ Realizujemy wiele projektów, czy raczej rozpoczęliśmy zespołowo, które z oczywistych względów nie skończą się ani w ciągu dwóch, pięciu czy siedmiu lat. Takim dla mnie flagowym projektem, który rozpoczęliśmy, był Instytut Chorób Serca. On wciąż się rozwija, ewoluuje. Niebawem będziemy do niego dodawać kardiologię i kardiochirurgię dziecięcą – te powstaną na początku 2026 roku. Budując to, zamykamy perspektywę pełnej oferty kardiologiczno-kardiochirurgicznej – zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. I będziemy chcieli nadal to rozwijać, nawet mając świadomość, że rodzi się w Polsce coraz mniej dzieci. ICS to idealne miejsce, bo chorzy na serce muszą mieć zapewnioną kompleksową opiekę.
Drugim takim wielkim zadaniem, które zaczęliśmy, jest oczywiście kliniczny projekt o szeroko rozumianej onkologii. Tego (mówię to z pewną przykrością) w USK było za mało i dlatego ten projekt dynamicznie rozwijamy. Budowę centrum pediatrycznego zaczęliśmy kilka lat temu i to oczywiście też potrwa. Nawet jeśli budynek powstanie w ciągu najbliższych 2-3 lat, to rozwój tego będzie zadaniem na kolejne lata dla następnych władz uniwersytetu i szpitala.
Przede wszystkim chciałbym, żeby była ciągłość w jednej sprawie: rozpoczęliśmy pewien proces zmiany myślenia, dążenia do doskonałości. Nie interesuje nas bylejakość. Chciałbym, by następcy to kontynuowali. Zapewniam, że nie cofniemy się przed zmianami, bo to musi być miejsce, które gwarantuje jakość – zarówno jeśli chodzi o dydaktykę, jak i naukę czy działania kliniczne. Żeby, broń Boże, nikomu nawet do głowy nie przyszło, że można zrobić coś byle jak, bokiem i to przejdzie. Otóż nie przejdzie! Oczywiście, zawsze pewne rzeczy są kwestią kompromisu. Wiem to, bo przecież współpracujemy zarówno z najlepszymi szkołami i szpitalami w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Pewnych rzeczy po prostu nie wypada zrobić. Podkreślę więc raz jeszcze: dążymy do doskonałości w trzech obszarach, które się splatają: dydaktyka, klinika i nauka. Zmieniamy to miejsce na przestrzeń dla najlepszych, którzy będą pracowali nad jakością.
Dużo się mówi o współpracy między uczelniami – każdy ma swoje mocne strony, a współpracując można osiągnąć efekt synergii. Jak pan się do tego odniesie?
‒ Jesteśmy jak najbardziej otwarci na współpracę z innymi podmiotami. Myślałem ostatnio o bardzo ciekawym pomyśle, nie chwaląc się, autorskim, ale w oparciu o doświadczenia z innych obszarów, dotyczącym współpracy w dziedzinie fizjoterapii. Uważam, że to taki sztandarowy przykład pokazania, że można współpracować.
Podobno też zamierzacie łączyć laboratoria z inną uczelnią?
‒ Rzeczywiście, rozmawiamy o takiej zadaniowej współpracy z Uniwersytetem Przyrodniczym, bo to jest nasze naturalne środowisko. W tych przedsięwzięciach nie ma jakiejkolwiek sztuczności, z której trzeba by się tłumaczyć. Gdybym np. chciał zrobić wydział humanistyki na naszym uniwersytecie, ktoś mógłby zasadnie zapytać: po co to komu?! Oczywiście, będziemy robić centrum humanistyki, ale pod kątem wspomnianej wcześniej humanizacji medycy. Mamy już Centrum Omiczne. Z kolei Uniwersytet Przyrodniczy ma wspaniałe centrum, gdzie są modele zwierzęce. Po co więc my mamy budować coś podobnego? Gdybyśmy stworzyli ośrodek wspólnie zarządzany, byłaby to taka integracja medycyny translacyjnej. Rozmawiam o tym z rektorami. Jest też kolejna wspólna rzecz: integrująca szkoła doktorska. Jak pan widzi, to konkretne, wymierne działania.
Niedawno rozmawiałem z rektorem Politechniki Wrocławskiej, panem profesorem Arkadiuszem Wójsem, zdaniem którego dla poprawy możliwości badawczych i naukowych wrocławskie uczelnie powinny się w mądry sposób łączyć ze sobą. To dałoby największe efekty.
‒ Tutaj dotknął pan bardzo trudnego tematu, bo interpretacja tego faktu obu nas fundamentalnie różni. Chętnie poddam się rozmowie publicznej, w trakcie której przedstawię moje stanowisko na ten temat i powiem, jak moim zdaniem to powinno wyglądać.
A czy z tego, o czym pan wspomniał, a więc ścisłej współpracy z innymi wrocławskimi uczelniami nie wynika w naturalny sposób wola połączenia w przyszłości?
‒ Nie mówmy o połączeniu, bo takie połączenia bez konkretnej oferty, bez wnikliwego przedyskutowania sprawy zwyczajnie nie mają szansy powodzenia, bo było już wiele takich prób i tylko wystawiliśmy się na śmieszność. Wszyscy szybko się wycofywali z tego. Bo koncepcja połączenia musi być zaakceptowana przez wszystkich sygnatariuszy porozumienia. A na razie nie widzę szansy na takie rozwiązanie.
Ale trochę ucieknę od tego tematu, by powiedzieć o czymś arcyważnym, o czym nie wspomnieliśmy. Nie mówiliśmy jeszcze o przyszłości i o wielkim naukowym ośrodku we Wrocławiu, którego zadaniem byłoby ściąganie do nas badaczy ze świata. Otóż jesteśmy bliscy (i nie wątpię, że tak się stanie) wygrania konkursu europejskiego na stworzenie u nas takiego prestiżowego, nowoczesnego hubu. Unia Europejska oferuje na ten cel duże pieniądze. Musimy po nie sięgać, bo tam fundusze są nieporównywalnie większe niż w Polsce, a wciąż więcej wkładamy niż wyjmujemy. Jest to projekt przygotowywany przez nas razem z uniwersytetem w Oxfordzie – Charite Medical School, który nazywa się Teaming. W tym projekcie chodzi o stworzenie czegoś na kształt tego, co mają już w Oxfordzie czy Berlinie – hubu, który będzie miejscem, do którego mogą przyjechać młodzi naukowcy, młodzi lekarze. To coś wzorowanego na rozwiązaniu z Londynu. Kiedy tam byłem wiele lat temu, to miejsce, do którego trafiłem, było takim właśnie hubem. Mogliśmy się tam uczyć od najlepszych, ale oprócz tego mogliśmy realizować swoje projekty translacyjnej medycyny albo kliniczne. W zależności ot tego, jakimi kto środkami dysponował, pracowało się tam rok, dwa. Człowiek uczył się i jednocześnie realizował naukowe projekty, które później dawały instytucji, która je realizowała, absolutną przewagę, wymierne korzyści. Chcemy powtórzyć to rozwiązanie u nas. Jesteśmy bliscy wygrania konkursu, ale nie chciałbym uprzedzać faktów.
A ile takich hubów działa dzisiaj w Polsce?
‒ W naszym kraju nie ma żadnego. Niech więc państwo trzymają za nas kciuki. Bo jesteśmy numerem jeden i zostaniemy numerem jeden!
Fot. z archiwum M.S.