Skrót artykułu Strzałka

Dwie wojny, dwie tragedie milionów ludzi rozgrywają się na naszych oczach – jedna na Ukrainie, gdzie trwa agresja Rosji, druga – w strefie Gazy, pacyfikowanej przez wojska izraelskie po zamachach organizacji Hamas na południu Izraela.

Bolesny rzut oka na świat bez znieczulenia i nadziei

Dwie wojny, dwie tragedie milionów ludzi rozgrywają się na naszych oczach – jedna na Ukrainie, gdzie trwa agresja Rosji, druga – w strefie Gazy, pacyfikowanej przez wojska izraelskie po zamachach organizacji Hamas na południu Izraela. O trudnej, a czasem dramatycznej sytuacji humanitarnej i medycznej ludzi żyjących w obu tych miejscach opowiadają Maciejowi Sasowi wrocławianie emocjonalnie z nimi związani:

Ahmed Elsaftahy

dr n. med. Ahmed Elsaftawy, Polak palestyńskiego pochodzenia jest ordynatorem Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki Szpitala im. Świętej Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy;

Piotr Kaszuwara

dziennikarz Piotr Kaszuwara, korespondent wojenny relacjonujący wojnę w Ukrainie od 2016 roku. Jest także fundatorem organizacji humanitarnej Przyszłość dla Ukrainy UA Future (www.uafuture-pl.org), która dostarcza m.in. żywność dla cywili, a także wyposażenie medyczne dla ratowników pola walki na pierwszych liniach frontu w Ukrainie, m.in. w Zaporożu, Chersoniu, w Donbasie i na Charkowszczyźnie, od pierwszych tygodni wojny rosyjsko-ukraińskiej. 

Strefa Gazy

Mam w Strefie Gazy dużą rodzinę i to, co się tam dzieje, jest dla mnie szczególnie ważne. Odbieram to bardzo osobiście, czasem nawet ze łzami w oczach. Był taki czas na samym początku izraelskiej napaści, kiedy szukałem ofiar wśród swojej najbliższej rodziny w docierających do nas wiadomościach. Były bardzo skromne, ale już na samym początku dowiedziałem się, że z dalszej rodziny (kuzynostwa) zmarło ponad 20 osób. Później dotarły wieści o zniszczeniu domu młodszej siostry, następnie – starszej, potem domu taty i dużej części pozostałej rodziny. Wtedy mój tata zamieszkał u rodziny. Później przeniósł się dalej na południe – do domu moich kuzynów. Przeprowadzał się gdy pojawiały się informacje o atakach izraelskiej armii. W jego przypadku było tak 7 razy.

Zabójczy brak informacji

Również dla mnie było to dramatyczne przeżycie, zwłaszcza na początku zdarzało się, że przez długi czas (tydzień) nie miałem z bliskimi żadnego kontaktu – ani telefonicznego, ani przez internet. Budziłem się w środku nocy i pierwsze co robiłem, to dzwoniłem do sióstr mieszkających w Katarze. O połączenie nie było łatwo. Jak już się dodzwoniłem, pytałem, czy coś wiedzą, czy ktoś do nich się odezwał. To było trudne, bo moja rodzina nie mieszka w jednym miejscu Ta niepewność to straszne przeżycie – nie życzę nikomu czegoś podobnego. Mieszkam w Polsce, bezpieczny, we własnym domu, mam pełną lodówkę i nic mi nie lata nad głową… A teraz pomyślmy, co oni musieli przeżywać!

Jak się później dowiedziałem, jako że tam były duże problemy z internetem, to do nas dochodziło dużo więcej informacji, obrazów i filmów niż oni mogli zobaczyć. Tam nie było prądu, wody, sieci.

Do nas docierały nieustannie dowody różnych zbrodni popełnianych przez atakujące wojsko: bombardowań, zniszczeń szpitali, domów.

Minęło już kilka miesięcy, a ja ciągle źle sypiam – budzę się w nocy po kilka razy. Rano uciekam do pracy, bo jedynie skupienie się na pracy, na pacjentach daje mi siły do przeżycia tego strasznego czasu.

Wojna online

Proszę też zauważyć, że pierwszy raz w historii mamy do czynienia z ludobójstwem online. W telefonie komórkowym widzimy wszystko, co się dzieje na żywo i nie jesteśmy w stanie kompletnie nic zrobić! I wcale nie mam na myśli walki z żołnierzami – chodzi mi o pomoc cywilom. Zaczęła się wojna na Ukrainie i nagle tego samego dnia na granicy polsko-ukraińskiej znalazły się miliony Ukraińców. Polacy rzucili się im na pomoc. Obce osoby zapraszali do własnych domów. Cała Polska otworzyła ramiona dla Ukraińców. Tymczasem ludności cywilnej w Strefie Gazy tak naprawdę zamknięto wszystkie przejścia graniczne.

Na początku października ubiegłego roku minister obrony Izraela powiedział: „Odetniemy wodę pitną, odetniemy prąd, odetniemy dostawę pomocy humanitarnej, nie będzie w Gazie niczego!”. Nie miał przecież na myśli, że odetnie to wszystko bojownikom Hamasu, tylko całej populacji – 2,5-milionowej ludności cywilnej.

Pomocy medycznej nie ma prawie żadnej. Oglądałem filmy, które pokazywały chirurga płaczącego przed szpitalem po śmierci własnego syna. Wcześniej amputował mu nogę, a całą operację musiał przeprowadzić bez znieczulenia! Dlaczego? Bo tam nie ma żadnych środków znieczulających! Proszę sobie wyobrazić: jesteście państwo chirurgiem, który ma ratować ludzkie życie. Trafia na wasz stół operacyjny wasz syn i musicie mu amputować nogę bez znieczulenia… Dodam, że ten chłopak zmarł. To wstyd i hańba dla całego świata – przede wszystkim arabskiego, przede wszystkim dla Egiptu, bo jest to jedyny kraj, który sąsiaduje ze Strefą Gazy. Ale to też hańba dla całego świata zachodniego. Bo jak to możliwe, że kobiety w ciąży, które powinny mieć cesarskie cięcie, muszą czekać na nie godzinami, a potem takie cięcie jest wykonywane bez jakiegokolwiek znieczulenia?! W Polsce trwa dyskusja (słuszna zresztą), że znieczulenie oponowe powinna otrzymać kobieta rodząca normalnie.

Dramat palestyńskich dzieci

Nie zapominajmy też o innej bardzo ważnej, głośnej zresztą, sprawie ‒ sytuacji 20 niemowląt, wcześniaków, którym został odcięty tlen i prąd. Zrobiono to celowo, powtarzając starą śpiewkę, że w szpitalu stacjonuje Hamas. Część tych wcześniaków została przetransportowana na południe w warunkach dramatycznych, sam pan wie jakich. Chyba siedmioro zmarło.

Inna, podobna sytuacja – wyrzucono personel medyczny i wszystkich pracowników z jednego ze szpitali w północnej Gazie, gdzie również były wcześniaki. Izraelczycy powiedzieli, że zajmą się maluchami. Pracownicy wrócili po dwóch tygodniach i zastali w łóżeczkach rozkładające się zwłoki dzieci. Tam zostały zdeptane wszystkie zasady humanitarnego traktowania człowieka. I to przez armię, która była przecież nazywana przez dziesiątki lat najbardziej moralną armią świata, armię jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie…

Są inne dramaty bliskie temu, czym się zajmuję zawodowo – już ponad tysiąc dzieci straciło wskutek działań wojennych ręce lub nogi (albo i to, i to). Nie mówię już nawet o oszpeceniach, oparzeniach, o utracie słuchu czy wzroku. Nie wspominam o traumie psychicznej tych dzieciaków. Nie mówię o utracie rodziców. W Gazie jest w tej chwili ponad 17 tysięcy dzieci, które straciły przynajmniej jednego z rodziców.

Innym dramatem jest absolutny brak jedzenia, środków higieny i leków. Proszę sobie wyobrazić, że dla mieszkańców północnej Gazy przewidziano nieco ponad 300 kilokalorii na osobę. Przy takim ograniczeniu trudno przeżyć. To jest wymuszanie posłuszeństwa na ludności cywilnej. Mój starszy brat wiedział, że tak się stanie – pożegnał żonę i dzieci, i wysłał ich na południe. Sam został, zdawał sobie sprawę, że jeżeli opuści północną Gazę, to już nigdy do niej nie wróci. Tak rzeczywiście jest w tej chwili. Przecież te 1,5 miliona uchodźców, którzy są wewnętrznie przesiedleni z różnych części Gazy i znajdują się w tej chwili w Rafah, nigdy tam nie wróci – Izrael się na to nie zgadza. To nie są praktyki, których Palestyńczycy nie znają – kilka razy przeżyliśmy przesiedlenie zarówno wewnętrzne (wewnątrz granic historycznej Palestyny), jak i na zewnątrz, do krajów sąsiednich.

Idźmy dalej – kilkadziesiąt szpitali armia izraelska zniszczyła totalnie w przeciągu pół roku. Celowo!

Pomoc humanitarna, której… brak

Tu trzeba rozróżnić dwie sprawy, ponieważ wydaje mi się, że to jest też celowa polityka władz izraelskich. Po pierwsze, pomoc humanitarna dociera w jakimś stopniu do stref na południu Gazy i dzięki temu propaganda izraelska pokazuje, że taka pomoc tam trafia. Natomiast pomoc humanitarna w ogóle nie jest dostarczana do północnej Strefy Gazy. Z danych ONZ wynika, że 70% ludności w północnej Strefie Gazy cierpi głód. Wielu umiera z tego powodu. Okej, nie chcecie żeby pomoc humanitarna trafiała, jak mówią Izraelczycy, w ręce terrorystów z Hamasu? Proszę wprowadzić obserwatorów międzynarodowych, którzy będą tego pilnowali. Dlaczego tego nie robią? Bo nie chcą, żeby świat widział i dokumentował ich zbrodnie wojenne. Chcą upokorzyć naród palestyński. Chcą wymusić na nim wysiedlenie z tych części Gazy. Przecież oni mówili otwarcie, najpierw Daniela Weiss (przewodnicząca ruchu osadniczego w Izraelu), a izraelski minister bezpieczeństwa narodowego Itaman Ben-Gewir uczestniczył przecież w jakiejś imprezie osadniczej. Niedawno premier Benjamin Netanjahu przyznał się do pomysłów osadnictwa w północnej Strefie Gazy. To są celowe działania polegające na dokonywaniu czystek etnicznych przez Izrael z przyzwoleniem całego cholernego świata.

Czy i jak można pomóc mieszkańcom Strefy Gazy?

Zadaję sobie to pytanie od ponad pół roku. Co więcej, pytają mnie o to codziennie i nie jestem w stanie odpowiedzieć. Tak samo nie mogę zalecać komukolwiek wysyłania pieniędzy instytucjom czy różnym osobom fizycznym, których nie znam. Mówię wyraźnie, że jeżeli pan/pani nie zna osobiście tej osoby, proszę nie wysyłać żadnych pieniędzy. To nie jest rola zwykłego Kowalskiego czy zwykłego Ahmeda Elsaftawego. Ludzie przyjęli te role, ponieważ widzą, jak rządy zachowują się względem zbrodni izraelskich.

Słyszę też często, że gdy ktoś porusza temat pomocy Palestyńczykom, od razu zostaje okrzyknięty antysemitą. Ale czy wolą państwo być okrzyknięci antysemitami, czy może biernymi świadkami ludobójstwa? Proszę sobie to rozważyć w swoim sumieniu…

Ukraina

Zostałem wolontariuszem, gdy tylko przyjechałem do Ukrainy na nowo. Był 4 marca 2022 roku. Na granicy prawie od razu wpadliśmy w totalne szaleństwo, polegające na spontanicznej niemal ewakuacji ludzi z Ukrainy. Później zaczęliśmy zabierać ze sobą na Ukrainę pomoc m.in. medyczną, którą pakowali nam do samochodu wolontariusze z całego świata – na początku szczególnie z Izraela. Byli na granicy przez kilkanaście tygodni i karmili wszystkich, którzy docierali do Medyki. Granice były pełne w stronę Polski, w stronę Ukrainy nie jechał prawie nikt. Wtedy nie było dokładnie wiadomo, gdzie jutro będzie przebiegała linia frontu. Może akurat wylądujemy w złym miejscu? Może pojutrze będą w Tarnopolu? Nigdzie nie wydawało się bezpiecznie. Prawie umarliśmy ze strachu w pustym i zaciemnionym Kamieńcu Podolskim. Początkowo nikt w Ukrainie przecież nie wiedział – tak jak teraz nikt nie wie tego w Polsce – czym są prawdziwe alarmy przeciwlotnicze. Dziś to już, niestety, codzienność. Wtedy nawet we Lwowie ci, którzy nie wyjechali w pierwszych kilkudziesięciu godzinach, chowali się w piwnicach, biorąc pod uwagę nawet to, że niebawem Rosjanie będą pod granicą Polski.

To był taki czas, że ludzie mieli do mnie różne, kompletnie abstrakcyjne z punktu widzenia normalnego życia prośby, np. bym zawiózł lek na raka dla jakiegoś 12-letniego chłopca w Odessie. Działo się to w momencie, kiedy trasa do tego miasta był pusta (jechałem tam na początku wojny). Nazywano ją zresztą drogą duchów. Na dodatek nigdzie nie można było kupić paliwa, więc trzeba było zabierać ze sobą kanistry, które zajmowały mi pół bagażnika.

Były też szpitale w jednym momencie odcięte od jakichkolwiek dostaw podstawowych rzeczy zużywanych codziennie: leków, bandaży, strzykawek… Dzieci rodziły się w piwnicach (rodzą się tam zresztą do tej pory…). Brakowało materiałów medycznych do zaopatrzenia rannych żołnierzy po atakach rosyjskich. Woziliśmy wszystko, co było możliwe. W tak bardzo niesprzyjających okolicznościach początku wojny w Ukrainie, kiedy mało kto wierzył, że istnieje dla jego mieszkańców jakakolwiek przyszłość dłuższa niż 30 dni, narodziła się nasza Fundacja UA Future, czyli Przyszłość dla Ukrainy.

Wszystko musi być udokumentowane

Któregoś dnia stwierdziliśmy, że towaru przybywa, podobnie jak próśb ludzi i postanowiliśmy wszystko dokumentować. Chcemy wiedzieć, co wozimy i do kogo – żeby po drodze nic nie przepadało. Były takie instytucje, jak np. Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu, który chciał mieć pewność, że jego przesyłka dotrze na miejsce do konkretnego szpitala we Lwowie. Zwrócił się z prośbą do naszej Fundacji, wiedząc, że niezbędne wyposażenie dostarczymy na miejsce i to udokumentujemy.

Minęły dwa lata. Funkcjonujemy w trzech krajach: w Ukrainie, w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, przede wszystkim, bo we Wrocławiu mamy główną siedzibę i stąd koordynujemy wysyłanie żywności na front. I tak właśnie przed tygodniem 20 ton żywności dotarło pod Chersoń, do Zaporoża i innych miejscowości na samym froncie w obwodzie zaporoskim – do Orichiwa, niedaleko zniszczonej wsi Robotyne. Już zamawiamy kolejnych 20 ton. Staramy się raz w miesiącu dostarczyć taką ilość żywności w różne miejsca przyfrontowe.

Chodzik za cud uchodzi

Oprócz tego wyposażamy szpitale polowe, szpitale dziecięce oraz domy dziecka, które opiekują się osobami niepełnosprawnymi itd. Prawdziwym hitem są chodziki. W Polsce każdy może kupić taki za 60 albo 120 złotych. Ale już w Donbasie to rarytas. Chodzi się o drewnianych kijach (pałkach), jak ta kobieta uciekająca spod Awdijiwki. Tam jest to absolutnie normalne. Łatwo sobie wyobrazić, że niektórzy nie dają sobie rady. Pewnego starszego pana z wioski pod Łymaniem w Donbasie postawiliśmy na nogi. Sfinansowaliśmy rehabilitację. Dla nas to maleńkie pieniądze. Rehabilitantka, jedyna w okolicy, oczywiście nie miała kasy fiskalnej, nie mogła też wystawić mi rachunku, więc zapłaciłem sam. Miesięczna rehabilitacja kosztowała 200 złotych (spotkania odbywały się 3 razy w tygodniu po godzinie). Przeżyję. Spotkałem później tego pana. Już nie leżał w łóżku, nie płakał, chodził po domu z chodzikiem i prawie normalnie ze mną rozmawiał.

Niektóre potrzeby mieszkańców terenów przyfrontowych mogą nam się wydać wręcz nieznane. Pewnie mało kto słyszał (poza przedstawicielami zawodów medycznych) o tzw. igłach dokostnych. Najtańsza kosztuje około 500-600 złotych za sztukę. Używa się jej gdy ktoś nie ma ręki albo nogi, nie ma więc możliwości podania kroplówki przez żyłę. Wtedy taką igłę wbija się w kość i przez nią podaje kroplówki czy zastrzyki. To są bardzo drogie rzeczy, a na dodatek jednorazowe. Na to też zbieramy pieniądze w naszych zrzutkach nazwanych „Na Tarcze i Bandaże dla SZU”.

Specjalne opatrunki i przenośne USG

Bardzo cenne są przenośne (mobilne) aparaty do USG. Można je zabrać do samochodu, pojechać na front gdzieś w okolicy pierwszej linii, i jak już rannego odciągnie się z najniebezpieczniejszego miejsca sprawdzić, czy nie ma odłamków w ciele, czy jakaś kula się gdzieś nie zawieruszyła. Bardzo pożądane są izraelskie bandaże hemostatyczne ze srebrem, które ułatwiają tamowanie krwotoków. Jeśli ktoś się do mnie odezwie, czy napisze do Fundacji, możemy wskazać, jakiej firmy produkty warto kupić. Potrzeba takich opatrunków jest ogromna!

Kolejna rzecz potrzebna w każdej ilości, to apteczki wojskowe wyposażone w porządne certyfikowane stazy, czyli opaski ratunkowe. Na świecie jest kilka firm, które się specjalizują w stazach. Kiedy mają specjalny certyfikat (tę informację można znaleźć w internecie), można je kupować, bo nieraz jest z tym kiepsko… Wolontariusze w Charkowie zorganizowali muzeum najgorszych turnikietów (oczywiście tam jest trochę inne słowo użyte, nieparlamentarne…). Gromadzą rzeczy byle jakie i nieprzydatne do czegokolwiek. Ktoś np. wysyłał opaskę uciskową zrobioną z torby turystycznej z jakąś klamrą od paska. Czasami też (co jest bardzo miłe) ludzie kupują całą masę najtańszych opatrunków czy opasek uciskowych. Tyle że nie ma sensu zabierać tego na front, bo nikt tego nie potrzebuje – taki sprzęt bardziej zagraża życiu rannych niż je ratuje!

Co można przekazać ludziom na froncie?

Ludziom żyjącym na linii frontu bardzo potrzebne są wspomniane wcześniej chodziki – można więc nam je przynieść, a dostarczymy gdzie trzeba. Z całą pewnością przyda się przenośne USG (kosztuje około 6 tysięcy złotych). Można dołożyć grosz do naszych zrzutek, które organizujemy choćby na systemy antydronowe do strącania dronów.

Często dostarczamy również podstawowe wyposażenie sal operacyjnych. Bywa, że chirurdzy musieli się natychmiast ewakuować i wszystko zostawić, bo linia frontu znalazła się zbyt blisko. Nie mają nawet lampki na głowę, niezbędnej przy operacji. Gdy dostajemy taką informację z konkretnych jednostek czy od grup medycznych pytamy co jest potrzebne, co zostało zniszczone. Kupujemy i musimy sprzęt dostarczyć w tydzień czy dwa, żeby mógł od razu działać. Jeżeli chodzi o szpitale polowe i wojskowych ratowników najlepiej zrobić to w ciągu jednego – dwóch dni.

Leczenie dla cywili tylko komercyjne

Nieco inaczej jest, jeśli chodzi o cywili. Tu wszystko zależy od regionu. I tak np. w Kijowie można zrobić badania w komorze hiperbarycznej (tak jak we Wrocławiu), wykonać tomografię, rezonans. Oczywiście za wszystko trzeba zapłacić jak za złoto, bo w Ukrainie wszystko, co związane z medycyną, jest płatne. Jeżeli więc idziemy do szpitala (gdy zostałem ranny w Donbasie, musiałem kupić strzykawki, zestawy do kroplówek, leki, które przyjmowałem, zastrzyki itd.), to wszystko trzeba sobie kupić i codziennie przychodzić z reklamówką do pielęgniarki.

Wyposażenie przyfrontowych szpitali jest dramatyczne – choćby w Charkowie czy Kramatorsku. Łóżka są chyba z lat 70. XX wieku. Pamiętam jak do Dobropola, gdzie funkcjonowała jedna z ostatnich w Donbasie porodówek, zawieźliśmy krzesło do rodzenia, które dostaliśmy od zaprzyjaźnionych Brytyjczyków. To, które tam zastaliśmy (od razu wyrzucone), pamiętało na pewno lata 60., a może i 50. ubiegłego wieku. Brakuje zwykłych mebli szpitalnych: łóżek, szafek, leżanek, foteli, kozetek dla pacjentów, ale też materaców, koców (tam nie ma takich pralni przyszpitalnych jak u nas). Nawet krzesła do pobierania krwi też kiedyś zawoziliśmy do szpitala frontowego pod Charkowem. Kiedy podawano mi kroplówkę, podłożono pod łokieć dwa pudełka tekturowe i książkę.

Dostarczyliśmy już na Ukrainę wiele różnego sprzętu medycznego: stoły chirurgiczne (jeden był wart 200 tysięcy złotych), krzesła do karetek, fotele ginekologiczne. To, co zawieźliśmy na front, jest warte około 30 milionów złotych.

 

Fot. z archiwum M.S.

 

Zaloguj się

Zapomniałeś hasła?