Kącik młodego lekarza – terapia szokowa przed wyborami - PRZYCHODZI POLSKA do lekarza Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

PRZYCHODZI POLSKA do lekarza


Polska to chory kraj.
Czas skończyć z wiecznym stanem tymczasowym i rozwiązaniami na chwilę.
Zachęcam do poparcia kampanii
https://polskatochorykraj.pl
Tylko razem możemy zmienić obecną tragiczną sytuację!

*Bendonc młodym lekarzem na rubieży, w placówce tak wysuniętej, że dalej jak okiem sięgnąć tylko stepy szerokie i wierzby płaczące, przyszła raz do mię pacjętka z miną wielce zatroskaną i frasunkiem na twarzy się malującym.

– Jakże się pani nazywa? – spytałem niepewnie zaraz po przekroczeniu przez pacjętkę progu gabinetu.

– Polska jestem. – Oho!, pomyślałem, prosta wizyta się nie zapowiada, przeczuwając już kaliber, jakże ciężki, pacjętki.

– Jakże mogę pani pomóc? Ja – skromny doktór na rubieży?

– A, chora jestem. Smutek jakiś nieokreślony, zgryzota i żal, racja najmojsza i sosna rozdarta. Sknerstwo i zawiść okrutna i rozrzutność piekielna. Naród we mię piękny, tylko ludzie… Eh, szkoda język strzępić po próżnicy. Pomoże doktór…?

– Czy coś szczególnie pani przeszkadza? – zapytałem, próbując skierować pacjętkę na bardziej szczegółowy trop. Jak już zadałem to pytanie, zacząłem się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno dobrze uczyniłem.

– Aj, doktór! Zdrowia mię brak! Wywalają pieniendze na prawo i na lewo, jakieś elektroniki wszędy, nowoczesność w domu i zagrodzie, a na zdrowiu szczędzą! Próbuję przemawiać do rozsądku jednemu z drugim, że jak nie zadbają wcześniej, to się na nich zemścić może, ale słuchać to nie chcą, o nie! Pomoże doktór, prawda…?

Zastanowiwszy się chwilę nad kondycją pacjętki, uznałem, iż będzie ona wymagać terapii szokowej.

– Zrobię, co w mojej mocy. W końcu przysięgałem nieść ulgę cierpiącym w ramach dostępnych środków, przy użyciu najlepszych metod i najnowszej wiedzy… Proszę lec na leżance.

Znieczuliłem pacjętkę przy pomocy udostępnionego przez narodowego ubezpieczyciela młotka pięćsetgramowego. Otworzywszy głowę pacjętki na nowe idee przy użyciu wspomnianego już młotka, pozwoliłem jej mózgowi odetchnąć pełną pierwsiom. „Niech oddycha!”, pomyślałem natchniony.

Następnie rozwarłem powłoki pacjętki od gardzieli po pas. Mając serce, spojrzałem w serce – było tam, gdzie trzeba – idealnie po prawej! W mojej krótkiej, dotychczasowej karierze tak pięknej dekstrokardii nie miałem przyjemności oglądać. „Zostawiam, jak jest!”. Płuca w porządku…

W układzie pokarmowym natrafiłem na ciężkostrawną, medialną papkę, który mię sprawił mętlik we głowie. Usunąwszy bezoar, dokonałem laważu wszystkiego i zamknąłem powłoki cowgutem zapewnionym przez nieocenionego narodowego ubezpieczyciela.

Pora przyszła na zamknięcie głowy. Postanowiłem pozostawić głowę przynajmniej częściowo otwartą i zostawiłem maleńki otworek na szczycie, resztę natomiast, przy pomocy cementu i plastra dostarczonych przez nieocenionego narodowego ubezpieczyciela, skleiłem, jak to się rzecze uczenie, do kupy.

– Szanowna pani, operacja skończona! – rzekłem do pacjętki po jej wybudzeniu z narkozy.

– Doktorze, dziękuję serdecznie, czuję się znacznie lepiej, a i głowę mam tak otwartą! Lecę pracować nad służbą zdrowia, tak utalentowanych doktórów mamy, muszę pomyśleć, jak im nie pozwolić wyjeżdżać! Nie będę się wywdzięczała na parapecie, wszak narodowy ubezpieczyciel pokrył koszta wszelakie. Wszystkiego dobrego!

Po czym pacjętka ulotniła się za drzwiami.

* Użyte w felietonie sformułowania są umyślnym zabiegiem stylistycznym autora.

Marcin Lewicki