COVID-19. Walka trwa - Pandemiczne tsunami Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Dziedziną medycyny, która zamarła z powodu epidemii, a teraz najwolniej ze wszystkich podnosi się po ciosie, jaki całemu światu zadał SARS-CoV-2, jest stomatologia. Dentyści z niecierpliwością marzą o powrocie do pracy. Wielu z nich jednak wciąż nie jest w stanie przygotować gabinetu do otwarcia. Nie ze swojej winy.

Pandemiczne tsunami

W czasie, gdy najlepszą formą ochrony przed zakażeniem koronawirusem jest dystans, wizyta u stomatologa wydaje się wyjątkowo ryzykowna. Nic dziwnego, że dentyści wpadli w panikę. Będąc lekarzami najbliższego kontaktu (w trakcie leczenia twarz dentysty i twarz pacjenta dzieli średnio około 40 cm), znaleźli się na szczycie drabiny ryzyka zakażenia.

ROZMÓWCY

PROF. DR HAB. N. MED. MARZENA DOMINIAK Kierownik Katedry i Zakładu Chirurgii Stomatologicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i prezydent Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego

LEK. DENT. IWONA ŚWIĘTKOWSKA Wiceprezes DRL ds. stomatologii, przewodnicząca Komisji Stomatologicznej DRL

LEK. DENT. MAREK STEHLIK Pełnomocnik Delegatury Wrocławskiej DIL ds. stomatologii

LEK. DENT. BARBARA POLEK Przewodnicząca Delegatury DIL w Jeleniej Górze

LEK. DENT. VIOLETTA DUŻY Pełnomocnik ds. stomatologii Delegatury DIL w Legnicy

DR N. MED. MACIEJ ŻAK Prezes NZOZ „Stomax”

LEK. DENT. SADRI RAYAD Prezes Akademickiej Polikliniki Stomatologicznej we Wrocławiu

LEK. DENT. AMADEUSZ KUŹNIARSKI Koordynator ds. optymalizacji procesów leczenia w APS

– Stomatolog pracuje w torze oddechowym pacjenta, ma kontakt z jego aerozolem zębinowo-ślinowym. Jest szczególnie narażony na zakażenie i na przeniesienie zakażenia – mówi prof. Marzena Dominiak, kierownik Katedry i Zakładu Chirurgii Stomatologicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i prezydent Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego (PTS). – Obawa o to, by nie spowodować rozwoju epidemii, skłoniła wielu stomatologów do zamknięcia gabinetów. U podstaw tej decyzji leżał strach, ale przede wszystkim nieodpowiednie przygotowanie większości gabinetów stomatologicznych do zaistniałej sytuacji.

Zamknięte do odwołania

Zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia z 23 marca 2020 roku działalność gabinetów stomatologicznych powinna być ograniczona do pilnej interwencji. W stanie epidemii dentyści mogą pomagać tylko pacjentom zgłaszającym się z bólem, stanem zapalnym, ropniem, urazem, torbielą czy stanem „z wysokim ryzykiem wystąpienia powikłań”. Wszelkie inne świadczenia stomatologiczne trzeba odłożyć na później.

Ograniczeniom zakresu usług towarzyszy zwiększony reżim sanitarny, który dla wielu okazał się barierą nie do pokonania – z kilku powodów. – Żebyśmy mogli pracować, powinniśmy mieć przynajmniej strój chirurga zabiegowego. Takie wyposażenie w chwili wybuchu epidemii poza chirurgami mieli nieliczni, dlatego na początku niewielu zostało na posterunku – przyznaje prof. Dominiak. – W stomatologii zachowawczej czy ortodoncji taki ekwipunek dotychczas najczęściej nie był potrzebny. Druga kwestia to atmosfera zagrożenia. W sytuacji, kiedy zewsząd płynął komunikat: „zostań w domu” i rekomendacje do zachowania dystansu dwóch metrów, stomatolodzy, którzy pracują blisko pacjenta i w czasie zabiegu mają kontakt z jego śliną i błonami śluzowymi, poczuli duże obawy.

Decyzję o zamknięciu gabinetu podjęło 90% (niewykluczone, że więcej) dentystów w Polsce. Profesor Marzena Dominiak mówi, że w pierwszych tygodniach epidemii przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski. – Sytuacja stale się aktualizuje. Do pracy wróciło już około 30% gabinetów stomatologicznych w Polsce. Sukcesywnie z dnia na dzień liczba ta rośnie – mówi prezydent PTS.

Nie oznacza to jednak, że wszyscy stomatolodzy wrócą do pracy w najbliższym czasie. Lek. dent. Marek Stehlik jest pełnomocnikiem Delegatury Wrocławskiej DIL ds. stomatologii we Wrocławiu. Dziennie odbiera kilkadziesiąt telefonów od kolegów z pytaniem, co mają robić – czy wracać do pracy, czy nie? – Sytuacja jest patowa. Ani w wytycznych ministerialnych, ani tych z Naczelnej Izby Lekarskiej nie ma odpowiedzi na to pytanie – mówi dr Stehlik. – Są zalecenia, do jakich świadczeń się ograniczyć, jak się zabezpieczyć, ale decyzję: pracować czy nie, każdy dentysta musi podjąć sam. Efekt? Nadal 99% gabinetów stomatologicznych we Wrocławiu jest zamkniętych.

Z ustaleń lek. dent. Marka Stehlika wynika, że pełną parą pracują we Wrocławiu tylko dr Radosław Jadach, dr Maciej Kawala i Akademicka Poliklinika Stomatologiczna. – Są w pełni zabezpieczeni w kombinezony, maski i śluzy. Mają osobne wejście brudne i wyjście czyste, zgodnie z wytycznymi NIL. Oczywiście, ma to sens, ale większość mniejszych gabinetów prywatnych nie ma możliwości, żeby tak zabezpieczyć pacjenta oraz siebie – dodaje stomatolog, który zamknął swój gabinet i zawiesił przyjmowanie pacjentów w innych placówkach. Z powodu wieku znajduje się w grupie ryzyka. Poza tym wymienia jeszcze dwie przyczyny: – Nie do przejścia dla większości z nas są trudności w dostępie do środków ochrony osobistej i ich wysoki koszt. Za takie modelowe zabezpieczenia pacjent musi dopłacić 300-400 złotych do opłaty za zabieg, NFZ nie jest zainteresowany pokryciem tych kosztów, a większości ludzi zwyczajnie na to nie stać.

Maseczki i rękawiczki na wagę złota

Stomatolog, który prowadzi prywatny gabinet, musi sam kupić środki ochrony osobistej. W normalnej sytuacji nie byłoby z tym problemu – dentyści od lat traktowali każdego pacjenta jak potencjalne źródło zakażenia i w hurtowych ilościach kupowali rękawiczki czy płyny odkażające. Nie byłoby tak, gdyby nie horrendalne ceny. Zwiększony popyt na tego typu produkty stał się przyczyną drastycznego skoku cen. Moi rozmówcy podają przykłady: za maskę, którą kupowali po 10 lub 15 zł, teraz płacą 50 zł. Rękawiczki przed epidemią kosztowały 20-30 zł za paczkę, teraz 70-80, a nawet 100 zł, bukłak płynu odkażającego, niegdyś za 40 zł, dziś można nabyć za 200 zł itd. Do tego trzeba doliczyć kombinezony, fartuchy, maski JP2, JP3 (bardzo drogie), przyłbice, ochraniacze na buty. W odzież ochronną musi być też zaopatrzony personel pomocniczy. Do tego trzeba doliczyć koszty związane z dezynfekcją pomieszczeń i sprzętu. Urządzenia do oczyszczania powietrza, lampy UV-C, oczyszczacze z filtrami HEPA czy ozonatory to wydatki rzędu kilku czy kilkudziesięciu tysięcy zł.

– Obliczyliśmy w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej, że przygotowanie lekarza i asysty do jednego zabiegu kosztuje od 200 do 300 złotych. Tyle trzeba zapłacić, żeby spełnić zalecenia ministra zdrowia i PTS, którego kalkulacje są podobne do naszych – mówi lek. dent. Iwona Świętkowska, wiceprezes Dolnośląskiej Rady Lekarskiej, przewodnicząca Komisji Stomatologicznej DRL. – To oznacza wzrost cen za usługi stomatologiczne. Wyliczenia oscylują średnio między 100 a 300 zł – tyle pacjent będzie musiał dopłacić do ceny zabiegu. Te koszty mogą być mniejsze, ale tylko wtedy, kiedy będziemy mieli możliwość zaopatrzenia się w środki ochrony osobistej w hurtowniach po normalnych cenach – mówi.

Tak drogiego leczenia większość ludzi nie udźwignie finansowo. – To bariera zwłaszcza dla pacjenta, który przychodzi z bólem. Ból, pęknięcie wypełnienia czy problem z koroną to są sporadyczne przypadki, jeśli się dba systematycznie o zęby – zauważa lek. dent. Violetta Duży, pełnomocnik ds. stomatologii Delegatury DIL w Legnicy. – Większość problemów bólowych i obrzęków bierze się z zaniedbania, strachu lub niewydolności finansowej pacjenta. Jeżeli kogoś nie było stać na solidne leczenie przed epidemią, to czy on zapłaci więcej ze względu na koszty ochrony?

Niech będzie drogo, ale niech będzie

Gdyby kłopotliwe były tylko wysokie ceny, może sytuacja nie byłaby aż tak dramatyczna, jak jest. Problemem nie mniej dojmującym jest ograniczony dostęp do środków ochrony osobistej. – Sytuacja jest dramatyczna – mówi lek. dent. Violetta Duży. – Tym bardziej że Ministerstwo Zdrowia wprowadziło ograniczenia i prywatne gabinety nie mogą kupować hurtowych ilości środków ochrony osobistej. One są zarezerwowane dla szpitali, więc my kupujemy po szalonych cenach, o ile zdołamy cokolwiek dostać.

Doktor Stehlik zaznacza, że gdy w „Medium” pojawiła się informacja o pomocy w postaci darmowych przyłbic i maseczek, do DIL wpłynęło ok. 500 e-maili z zapotrzebowaniem. Barbara Polek, szefowa Delegatury DIL w Jeleniej Górze mówi, że lekarze wysłali do Narodowego Funduszu Zdrowia prośbę o pomoc w zaopatrzeniu w środki ochrony osobistej. – NFZ odpowiedział im, że jest jedynie płatnikiem, a zaopatrzenie to nie jest ich działka i musimy sobie poradzić sami – mówi dentystka. – Tylko jak mamy sobie radzić sami, skoro nigdzie niczego nie ma.

Doktor n. med. Maciej Żak jest prezesem NZOZ „Stomax” zatrudniającego 46 osób, w tym 18 lekarzy. Przychodnia nie przerwała pracy, ograniczyła zakres usług do dozwolonego minimum i wprowadziła ochronne procedury. – Załatwiliśmy kombinezony malarskie w sklepach budowlanych. Mogą być sterylizowane. Przyłbice dostaliśmy za darmo od radnego z Wałbrzycha. Fartuchy jednorazowe, jeśli są dobrej jakości, można sterylizować. Wszystko to dzięki zaangażowaniu personelu, który chce pracować –  mówi dr Żak.

Szpitale mają pierwszeństwo

Pomóc w tej kwestii stara się Dolnośląska Izba lekarska. Lekarz dent. Iwona Świętkowska mówi, że Fundacja Lekarze Lekarzom działająca przy NIL zakupiła środki ochrony indywidualnej przeznaczone dla lekarzy i lekarzy dentystów. Sprzęt, w ramach akcji humanitarnej, został kupiony dzięki darczyńcom, głównie fundacji prowadzonej przez Dominikę Kulczyk „Kulczyk Foundation”. – W związku z tym, że tylko 10 procent tych środków trafi do stomatologów, co jest kroplą w morzu potrzeb, Komisja Stomatologiczna DRL podjęła decyzję o przekazaniu części środków finansowych na zakup środków ochrony, oraz zwróciła się do Zarządów Kół Lekarzy Dentystów o wykorzystanie swoich finansów na ten cel – mówi dr Świętkowska. »

Lekarz dent. Violetta Duży i lek. dent. Barbara Polek także nie mają wątpliwości, że najpierw należy pomóc szpitalom. – Jeżeli coś zostanie, to dostaną też dentyści. Sama w środku się przeciwko temu buntuję, bo wiem, że to, że nie mamy w czym pracować, też jest powodem, że nie pracujemy – mówi stomatolog z Lubina. – Ale przecież ratowanie życia jest najważniejsze. Piękny uśmiech może poczekać.

Problemów, które przed dentystami postawił koronawirus, jest więcej – niektóre nie do rozwiązania. – Nie robimy zdjęć rentgenowskich, bo nasza laborantka pracuje również w szpitalu. Zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia nie można pracować w kilku miejscach. Szpital jest ważniejszy, to oczywiste, wobec tego u nas nie ma kto robić zdjęć – mówi dr Żak. – Nie do rozwiązania jest problem architektoniczny, jaki mamy. Przychodnia mieści się w starych poniemieckich budynkach, dostosowanych do naszych potrzeb, ale nie do stanu epidemii. W budynku jest jedno wejście, postaramy się oddzielić folią korytarz tak, żeby dzieci miały osobne wejście, ale nic poza tym nie da się z tym zrobić.

Bez środków ochrony i bez testów

Lek. dent. Iwona Świętkowska zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który nie poprawia i tak już dramatycznej sytuacji w stomatologii. – Chodzi o testy. Ministerstwo Zdrowia zapewnia je tylko personelowi szpitalnemu. Stomatolodzy są grupą pominiętą w tej kwestii – mówi.

Prezes „Stomaxu” zapytał dyrektorkę sanepidu w Wałbrzychu, jakie są szanse na testowanie personelu przychodni. – Powiedziała, że to nie leży w jej kompetencji. Jeśli ktoś zachoruje, to będzie badany, wcześniej nie ma na to szans – mówi dr Żak. – Prawda jest taka, że jeżeli ktoś z personelu zostanie zakażony, będziemy musieli zamknąć całą przychodnię. Pracujemy zatem, dopóki wystarczy nam sprzętu i dopóki ktoś z nas nie stanie zakażony.

Lek. dent. Sadri Rayad, prezes Akademickiej Polikliniki Stomatologicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i lek. dent. Amadeusz Kuźniarski, koordynator ds. optymalizacji procesów leczenia w APS nie przerwali przyjęć pacjentów w czasie epidemii. Oczywiście biorąc pod uwagę, że najistotniejszym aspektem jest bezpieczeństwo – zarówno lekarza, jak i pacjenta. – To lekarz podejmuje ostateczną decyzję o przyjęciu pacjenta, ponieważ to on ma najwyższe kompetencje pozwalające na ocenę stanu oraz konieczność leczenia. Zdecydowaliśmy się jednak nie narażać lekarzy bardziej, niż jest to konieczne – mówi lek. dent. Amadeusz Kuźniarski. – Wydaliśmy rekomendację dotyczącą lekarzy będących po 60. roku życia oraz posiadających choroby współistniejące, które mogą zwiększyć ryzyko ciężkiego przejścia zakażenia takie jak: choroby serca czy cukrzyca. Oczywiście nie wykluczamy zaangażowania tych lekarzy w przyszłości. Na ten moment ci lekarze pozostają do stałej dyspozycji młodszych kolegów, telefonicznie służą radą, konsultują.

Prezes APS dodaje, że ta rekomendacja działa dwutorowo i dotyczy nie tylko lekarzy. – Wszystkie osoby z personelu z grup zwiększonego ryzyka wysyłamy do pracy zdalnej bądź na postojowe lub inną formę, w której znacznie ograniczony jest bezpośredni kontakt z osobą hipotetycznie mogącą być wektorem zakaźnym. Tak samo ważnym aspektem w tym trudnym okresie jest utrzymanie miejsc pracy. Zależy mi, żeby utrzymać zespół pracowników w tym samym składzie i zapewnić im należyte bezpieczeństwo w miejscu pracy, ponieważ to ludzie tworzący nasz zespół są największym aktywem APS – mówi dr Sadri Rayad.

Widmo bankructwa

Tym, co spędza sen z powiek stomatologom, jest przyszłość ich praktyk. Lek. dent. Iwona Świętkowska podkreśla, że najbardziej poszkodowaną grupą są lekarze poza systemem, czyli ci, którzy nie mają kontraktu z NFZ i pracują wyłącznie prywatnie. – Oni mają teraz największy problem, bo nie pracują i nie zarabiają – wyjaśnia przewodnicząca Komisji Stomatologicznej DRL.

To, że muszą jak najszybciej wrócić do pracy, jest oczywiste. Lek. dent. Barbara Polek ma nadzieję, że najpóźniej w czerwcu stomatolodzy zaczną pracować chociaż w ograniczonym zakresie. – Bardzo chcemy wrócić, ale nie możemy narażać ani pacjenta, ani pracowników, ani siebie. Sytuacja jest bardzo trudna. O ile lekarze zatrudnieni w szpitalu czy u kogoś dostają pensję i mają przygotowane stanowisko pracy, o tyle my, jeżeli nie wypracowujemy punktów funduszowych, ani nie zarabiamy prywatnie, zostajemy bez dochodów, ale z kosztami do zapłacenia – tłumaczy. – Mam asystentkę. Dlaczego ona ma nie otrzymać pensji? Płacę czynsz, opłaty za media, może będą teraz nieco niższe, ale będą. Muszę za to zapłacić, niezależnie, czy przyjmuję pacjentów, czy nie.

Lekarz dent. Violetta Duży dodaje, że stomatolodzy przed laty zmuszeni przez zmiany systemowe do otwierania swoich gabinetów, teraz nie mogą myśleć o sobie wyłącznie jako o lekarzach. Są też przedsiębiorcami i trudno wymagać, żeby fundowali pacjentom świadczenia. – W tej sytuacji muszę doliczyć pacjentowi koszty środków ochrony, bo inaczej zbankrutuję – mówi.

Lekarz dent. Marek Stehlik nie ukrywa, że nastroje w środowisku nie są dobre. Dentyści są sfrustrowani. Nie mogą wysiedzieć w domu, tęsknią za pracą, martwią się o swoje przedsiębiorstwa. – Stomatolodzy w Niemczech mają ekwiwalenty od państwa, gdy nie pracują. A nas się traktuje jak piąte koło u wozu. A przecież to, co bije we mnie jako lekarza, bije w mojego pacjenta – mówi stomatolog z Wrocławia. – Jeśli nasze gabinety upadną, ludzie będą mieli utrudniony dostęp do pomocy. To nie jest tylko nasza sprawa. NFZ proponuje nam 11 punktów, czyli ok. 11 zł za przyjęcie pacjenta, 37 za ekstrakcję zęba. Podczas gdy koszty zabezpieczenia do jednego zabiegu wynoszą kilkaset złotych. To chyba jest jakieś nieporozumienie.

Prezydent PTS dodaje, że część pacjentów szuka gabinetów stomatologicznych, bo ich boli albo coś się dzieje z wypełnieniem czy aparatem ortodontycznym, ale większość ludzi nie planuje na razie wizyt u stomatologa. Zgodnie z zaleceniem zostaje w domu. – Może pracuje 30% gabinetów, ale pomocy też szuka najwyżej 30% pacjentów – zauważa prof. Dominiak. – Ten, kto szuka pomocy w stanie nagłym, nie jest skory do dużych wydatków na stomatologię estetyczną czy rekonstrukcje. Wykonuje się więc tanie procedury przy wysokich kosztach, dlatego utrzymanie praktyki w tej chwili jest bardzo trudne.

Trudne powroty

Prezes PTS spodziewa się trudności, z jakimi przyjdzie się zmierzyć lekarzom, którzy będą otwierali swoje praktyki po długiej przerwie. – Powroty będą trudne z kilku powodów. Lekarze będą się zastanawiali, czy mogą wrócić do takich praktyk, jakie mieli przed epidemią i czy będzie ich na nie stać. Niestety, często będzie to zaczynanie od zera, jak po powodzi – mówi prof. Dominiak. – Wprawdzie sprzęt nie został zalany, ale praktyka została zniszczona w aspekcie finansowym. W Polsce pacjenci nie są przypisani do stomatologów. Jeśli jakiś gabinet jest nieczynny, idą do innego. Ta nieprzewidywalność, co będzie po otwarciu, rodzi realne obawy o przyszłość.

Nie wiadomo, kiedy na swoje tory wróci protetyka, która dotyczy głównie seniorów, a więc pacjentów, dla których koronawirus jest szczególnie niebezpieczny. Podobnie ortodoncja, która w dużej mierze dotyczy dzieci, a te najłatwiej przenoszą wirus, same nie chorując. Obawy przed zakażeniem zdaniem lek. dent. Iwony Świętkowskiej jeszcze na długo zostaną w głowach lekarzy i pacjentów.

Profesor Dominiak zwraca uwagę na ekonomiczny koszt wydłużonego czasu wizyty jednego pacjenta. – Do każdego zabiegu trzeba doliczyć czas na przygotowanie gabinetu i personelu, a po zabiegu na dezynfekcję i wietrzenie gabinetu, przynajmniej przez 10–15 minut, najlepiej godzinę. To oznacza, że wizyt będzie znacznie mniej, a więc dochody stomatologów będą mniejsze – mówi prezydent PTS. – Wiem, że przy takich perspektywach, wiele praktyk się już powoli zamyka.

Stomatologiczne wyzwania po epidemii

Zamknięte gabinety, odkładane na później leczenie planowe zapowiadają nie tylko nowe wyzwania ekonomiczne, ale także medyczne i organizacyjne. Zacznijmy od medycznych. Lek. dent. Sadri Rayad spodziewa się, że zastój w stomatologii może odbić się w innych obszarach medycyny. – Musimy mieć jako stomatolodzy świadomość, że odłożony problem stomatologiczny nie znika, jest przekładany na inny czas lub gorzej – na zakres medycyny, najprawdopodobniej na szpitalnictwo – mówi prezes APS. – Teraz wszyscy jesteśmy skupieni na chorobie COVID-19, ale nie zapominajmy, że wszystkie inne choroby nie wzięły sobie urlopu, one cały czas istnieją i nadal postępują. Możliwe jest, że ograniczony kontakt zmniejszy liczbę zachorowań na grypę i przeziębienia, ale nie zapominajmy o chorobach kardiologicznych, onkologicznych czy nefrologicznych, na które problemy stomatologiczne mają udowodniony wpływ.

Doktor Rayad spodziewa się, że po epidemii wzrośnie znacznie ilość problemów z bólami mięśni żucia wywołanymi zwiększonym napięciem psycho-nerwowym. Doktor Violetta Duży spodziewa się nagromadzenia stanów bólowych. Zakładając czarny scenariusz, że nie wszystkie gabinety otworzą się po epidemii i że zwiększony reżim sanitarny będzie utrzymany, należy się liczyć z kolejkami do dentysty. – Kiedy zawiesiłam przyjmowanie pacjentów, miałam kalendarz wypełniony do końca kwietnia – mówi lek. dent. Violetta Duży. – W pierwszej kolejności zacząć przyjmować tych, którzy byli umówieni. Myślę, że przy godzinnych przerwach po każdym pacjencie, następnych umówię na listopad.

Lekcja przewidywania

Lek. dent. Sadri Rayad i lek. dent. Amadeusz Kuźniarski mówią o lekcji, jaką wyciągnęli na przyszłość – należy tworzyć procedury, które pozwolą w szybki sposób zareagować na zaistniałą sytuację tak, aby działania stomatologiczne nie ustały w trudniejszych czasach. – Nikt z nas wcześniej nie miał styczności z epidemią, więc naturalne jest to, że wyniknęły pewne obawy zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów – mówi prezes APS. – Od momentu pojawienia się problemu w postaci ogólnoświatowo ogłoszonej pandemii postanowiłem przede wszystkim nie zaprzestawać leczenia, odpowiednio zabezpieczyć swój personel i wprowadzić w jednostce procedury, które pomogą połączyć pierwszy aspekt z drugim – dodaje.

– W pierwszych dwóch tygodniach naszym celem było zabezpieczenie jak największej liczby naszych pacjentów, u których prowadzimy leczenie. Wymagało to bardzo dużej pracy całej jednostki i jednocześnie umożliwiło zwiększenie liczby przyjęć w trybie pilnym – relacjonuje koordynator ds. optymalizacji procesów leczenia w APS.

Lek. dent. Sadri Rayad uważa, że trzeba się nauczyć myśleć, co się wydarzy za dwa tygodnie, może za miesiąc. – Zaczęliśmy się szykować do pracy w stanie epidemii już 5 marca, dzień po ogłoszeniu pierwszego wystąpienia przypadku SARS-CoV-2 w Polsce. – mówi. – Już po kilku dniach wdrażaliśmy pierwsze procedury, takie jak mierzenie pacjentom temperatury oraz zbieranie rozszerzonego wywiadu epidemiologicznego – nie dlatego że wszyscy mogli być zakażeni, ale po to, żeby nauczyć zespół pracy w warunkach podwyższonej gotowości i przygotować ich do nowej sytuacji wystąpienia znacznego przyrostu SARS-CoV-2 w Polsce – na co, jak przewidziałem, niedługo trzeba było czekać. Jeżeli będziemy w stanie przewidywać pewne sytuacje, które mogą wyniknąć, będziemy mogli ograniczyć ryzyko, a mając zweryfikowane procedury, jest szansa, że unikniemy wielu błędów.