W cieniu koronawirusa - W OKOWACH... COVID-19 Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

„Mamy świadomość, jak groźny jest wirus” – mówią lekarze. Uczymy się żyć w nowej, innej codzienności, bo epidemia jeszcze się nie skończyła. Napięcie rośnie. Mojemu poczuciu niepewności i lękom towarzyszyły cały czas myśli o medykach na pierwszej linii frontu. Jak sobie radzą w takim stresie, w nowej sytuacji, jakie towarzyszą im emocje i wyzwania? W końcu jestem dziennikarką. Zastanawiałam się, gdzie szukać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, i wtedy przyszła mi do głowy wiceprezes DRL dr Bożena Kaniak. Poznałyśmy się w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego, gdzie jeszcze do niedawna była ordynatorem IX Oddziału Chorób Wewnętrznych. Wymieniłyśmy spostrzeżenia telefonicznie. Inspirująca rozmowa dała początek kolejnym. O walkę z niewidzialnym wrogiem zapytałam ordynatorów i rezydentów ze szpitala przy Koszarowej i ordynatora szpitala powiatowego w Oleśnicy.

W OKOWACH... COVID-19

Rzeczywistość pod znakiem COVID-19

ROZMÓWCY

LEK. WOJCIECH PAWLAK Pełniący obowiązki ordynator IX Oddziału Chorób Wewnętrznych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu

DR. N. MED. KRZYSZTOF KRAUSE Ordynator Oddziału VI Chorób Wewnętrznych, Reumatologii i Geriatrii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu

PIOTR WRÓBEL Lekarz rezydent IX Oddziału Chorób Wewnętrznych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu

LEK. MARCIN FUCHS Ordynator Oddziału Wewnętrznego Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy

MAGDALENA NOWAK Lekarz rezydent IX Oddziału Chorób Wewnętrznych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu

Fot. z archiwum rozmówców

IX Oddział Chorób Wewnętrznych szpitala przy Koszarowej liczył wcześniej 45 łóżek. Obecnie, po przekształceniu w jednoimienny oddział „covidowy”, może hospitalizować do 28 pacjentów. Personel oddziału stanowi 6 lekarzy i 25 pielęgniarek. Pełniący obowiązki ordynator oddziału lek. Wojciech Pawlak dodaje, że zmiana wynika chociażby z konieczności zapewnienia wszystkim chorym dostępu do tlenu, czy też zagwarantowania minimum komfortu podczas wielodniowej izolacji na sali, bez możliwości jej opuszczania. Pacjenci oczekujący na wynik wymazu w kierunku SARS-CoV-2 muszą przebywać w salach pojedynczo. Po uzyskaniu wyników pozytywnych mogą być kohortowani w salach kilkuosobowych. Do szpitala przyjmowani są obecnie wyłącznie pacjenci z podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2 lub już z wynikiem pozytywnym.

– Zanim zostaliśmy szpitalem jednoimiennym, oddział wewnętrzny przekształcono w oddział zakaźny, którego jestem ordynatorem – mówi dr n. med. Krzysztof Krause, ordynator Oddziału VI Chorób Wewnętrznych, Reumatologii i Geriatrii. – Tradycyjnie o 8 rano mamy odprawę. Jestem informowany, co wydarzyło się na dyżurze, planujemy dalsze działania, wypisy i konsultacje, czyli gdzie należałoby pójść na wizytę, jako że nie wizytujemy teraz wszystkich pacjentów ze względu na sytuację. W lżejszych przypadkach porozumiewam się telefonicznie z pacjentem i mogę go zobaczyć przez szybę. Mając informacje i wyniki jestem w stanie ułożyć dalszą terapię. Pozostaje jeszcze sporo spraw formalnych do załatwienia. Do pacjentów z COVID-19 idą lekarze prowadzący. Lekarz i pielęgniarka muszą ubrać i później zdjąć kombinezony, co zajmuje ok. 30 minut, muszą sprawdzić, czy są dobrze ubrani, a bywa, że mają trzech, czterech takich pacjentów. Mieliśmy pacjentów pod monitorem, a do nich trzeba wejść kilka razy w ciągu dnia. Najwięcej „wejść” mają jednak pielęgniarki. Moją rolą jest rozdysponowanie zadań i zorganizowanie pracy personelu. Musimy być bardzo rozważni w zlecaniu diagnostyki. Nie zawsze wiemy, jaki pacjent do nas trafił, zanim nie wykonamy testu. – Jesteśmy w okowach wirusa, to nie nasza interna – podsumowuje dr Krause.

– Czuję, że jestem na właściwym miejscu – mówi z uśmiechem Piotr Wróbel, lekarz rezydent IX Oddziału Chorób Wewnętrznych WSS im. J. Gromkowskiego. – W tym szpitalu pracuję od prawie pięciu lat i jestem na ostatnim roku rezydentury z chorób wewnętrznych. W czasie pandemii mamy zmienioną organizację pracy. Znalazłem się w grupie lekarzy i pielęgniarek, którzy z różnych jednostek organizacyjnych szpitala są oddelegowani do pracy w izbie przyjęć. Pracujemy w trybie dyżurowym – dyżury trwają 12 godzin, w dzień lub w nocy. Izba przyjęć dzieli się na część „czystą” i „brudną”. Do części „brudnej”, gdzie mamy bezpośredni kontakt z osobami zakażonymi i podejrzanymi o zakażenie wchodzimy, jednorazowo na kilka godzin, ubrani w pełne środki ochrony osobistej. Resztę czasu spędzamy w części „czystej”, gdzie możemy się zregenerować i wypocząć. Na początku stanu epidemii koledzy z oddziałów zakaźnych przeszkolili nas, jak wkładać i ściągać ubrania ochronne i jak się poruszać po izbie przyjęć. W tym miejscu mamy bardzo różny przekrój pacjentów. Choć z założenia izba przyjęć naszego szpitala przeznaczona jest obecnie dla pacjentów podejrzanych o zakażenie SARS-CoV-2, w praktyce spotykamy się z bardzo szerokim przekrojem problemów medycznych. Pacjentom pobieramy wymaz w kierunku zakażenia, prowadzimy podstawową wstępną diagnostykę i oceniamy pod kątem wskazań do hospitalizacji.

Inaczej wygląda sytuacja w mniejszych szpitalach. Lekarz Marcin Fuchs, internista, ordynator Oddziału Wewnętrznego Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy (obecnie szpitala buforowego) mówi, że w tej placówce jest od marca, a wcześniej pracował w szpitalu przy ul. Koszarowej i dodaje: – Szpital w Oleśnicy jest placówką powiatową, technicznie i organizacyjnie zupełnie nieprzygotowaną do takiej sytuacji. Dostaliśmy z Urzędu Wojewódzkiego i z sanepidu bardzo ogólne informacje. Zorganizowałem szkolenie dla lekarzy, mając doświadczenie z oddziału wewnętrznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego. Pomogli mi koledzy, którzy również stamtąd przeszli do szpitala w Oleśnicy. Z pomocą dyrekcji zorganizowaliśmy się sami, w ramach własnych możliwości. Niestety, epidemia rozwijała się szybciej i na samym początku było wielu pacjentów, od których zaraziło się kilka pielęgniarek. Szpital zakaźny we Wrocławiu nie mógł przyjąć od razu zakażonych pacjentów. Potrzebowaliśmy trzech tygodni, aby się z tym uporać – mówi ordynator. – Dopiero teraz mamy oddział obserwacyjny, „czystą internę”, „czystą chirurgię”. Dyrekcja pomogła nam wybudować śluzę w ekspresowym tempie. Dyrektor Krzysztof Wywrot ściągnął duże ilości środków ochronnych. Dzięki temu udało się powstrzymać zakażenia wśród personelu. Udało nam się zakupić specjalną śluzę oczyszczającą dla wchodzących do szpitala. To najnowszy wynalazek polskich inżynierów mechaników – opowiada ordynator Marcin Fuchs.

– Cały czas mamy na sobie jednorazowe ubiory ochronne i maseczki. Każdy pacjent, który trafia na izbę przyjęć, jest wstępnie oceniany, na ile może być potencjalnie zakaźny. Działamy bardzo ostrożnie, robimy wywiad i traktujemy go jako potencjalnie zakaźnego, początkowo ograniczamy również diagnostykę do pilnej. Na oddziale „czystym” wykonujemy już pełny zakres badań, ale zachowując więcej środków ostrożności i środków ochronnych. Kiedy na początku byli u nas pacjenci zakażeni, kontaktowali się z nimi moi asystenci w środkach pełnej ochrony. Ja pełniłem rolę bardziej koordynującą. Ponieważ dyżuruję też na oddziale obserwacyjnym, siłą rzeczy miałem kontakt bezpośredni z pacjentami, raz dziennie wkładałem cały kombinezon ochronny. Obecnie, szczęśliwie, nie mamy żadnego pacjenta COVID-dodatniego, jednakże wszyscy pacjenci przed uzyskaniem ujemnego wyniku badania PCR, są traktowani jako potencjalnie dodatni i wobec nich stosowane są pełne środki ochrony bezpośredniej. Dopiero taki pacjent, z ujemnym wynikiem, może zostać przekazany na „czysty” oddział.

„Inna interna”

– Na początku pojawił się naturalny lęk. Jesteśmy internistami, przyzwyczajonymi do ciężkiej i stresującej pracy na co dzień, szczególnie na dyżurach. Stres w naszej pracy to norma. Nowością jest obawa o siebie i rodziny. Przecież ta choroba może dotknąć także nas. Lęk istnieje dalej, ale po dwóch miesiącach oswoiliśmy go. To niezbędne, aby móc pracować i nieść pomoc chorym – wyjaśnia ordynator lek. Wojciech Pawlak. Mówi, że ważnym czynnikiem pozwalającym oswoić lęk jest dokładne stosowanie procedur bezpieczeństwa, które jak do tej pory się sprawdzają. – Nie zauważyłem przez te dwa miesiące, aby ktokolwiek z personelu lekceważył zagrożenie. Mamy świadomość, jak groźny jest wirus. Praca nie jest znacznie bardziej męcząca niż wcześniej, ale nieustanne pilnowanie procedur bezpieczeństwa i świadomość zagrożenia czyni ją bardzo obciążającą psychicznie. Towarzyszy nam też niepewność, jak dalej będzie się rozwijać epidemia. Nie mamy żadnej pewności, jak długo to potrwa. Nie wiadomo również w jakiej kondycji ekonomicznej i personalnej będzie po epidemii nasz szpital. Przekształcenie było dużą rewolucją organizacyjną. Czy uda się odtworzyć stan sprzed epidemii? Czy wszyscy wytrwają, a potem zechcą pozostać w pracy? Ludzie zwyczajnie martwią się o swoje miejsce pracy. Trzeba również pamiętać o młodych lekarzach, którzy nie » mogą obecnie normalnie wypełniać programów specjalizacji, uczestniczyć w kursach i stażach.

– Lekarze „zakaźnicy” pomogli nam odnaleźć drogę w pandemii – zaznacza w rozmowie Magdalena Nowak, lekarz rezydent pracujący na IX Oddziale Chorób Wewnętrznych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu, jest w trakcie specjalizacji z chorób wewnętrznych. – Początkowo do pracy szłam z uczuciem niepewności, ponieważ nikt nie wiedział, jak rozwinie się sytuacja i co nas czeka w danym dniu. Był to czas, kiedy dyrekcja stopniowo zmieniała organizację naszej pracy i czasami zmiany pojawiały się z godziny na godzinę, a dodatkowo personel medyczny dopracowywał procedury bezpieczeństwa. Było to bardzo męczące, ponieważ generowało stres o wiele większy niż ten, który towarzyszy nam w pracy poza okresem epidemii. Po dwóch miesiącach przyzwyczailiśmy się już do panujących warunków i jest o wiele lepiej, odczuwamy mniej niepokoju o siebie i bliskich. Z powodu ograniczeń sanitarnych mamy mniejszy kontakt z pacjentami. Musimy się koncentrować, aby wszystko co mamy zrobić, wykonać przy jednym wejściu do pacjenta. Najbardziej brakuje mi właśnie tego bezpośredniego kontaktu, dotyku, rozmowy, uśmiechu. To jest inna rzeczywistość niż normalna interna, kiedy mogę wejść do pacjenta zawsze wtedy, kiedy chcę i rozmawiać z nim jak długo chcę lub jak długo pacjent tego potrzebuje. Jako zespół lekarzy i pielęgniarek od początku staraliśmy się wzajemnie wspierać. Dla wszystkich jest to trudna sytuacja, ponieważ byliśmy przyzwyczajeni do innej pracy, zanim nasz szpital został przekształcony w szpital jednoimienny. Na szczęście współpraca z kolegami z oddziałów zakaźnych układa się bardzo dobrze i zawsze możemy liczyć na ich poradę oraz wsparcie. Ponadto lekarze z tych oddziałów opracowali praktyczne wskazówki postępowania z pacjentami, które znacznie ułatwiają codzienną pracę. Szczególne podziękowania przekazuję doktor Katarzynie Klepczyk z II Oddziału Chorób Zakaźnych, która na początku pandemii przeprowadziła dla nas szkolenia z zakresu zakładania i zdejmowania kombinezonów oraz przekazała nam wiele informacji – to wszystko razem pozwoliło nam nieco oswoić się z nową rzeczywistością. Teraz, gdy już przyzwyczaiłam się do nowych realiów, powracają bardziej prozaiczne problemy. Myślę, że nie tylko ja, ale i wielu moich kolegów, zaczynamy się zastanawiać, jak dalej będzie wyglądać nasze szkolenie specjalizacyjne, które na czas epidemii zostało zakłócone lub całkowicie wstrzymane.

– Pyta pani o emocje… Ten stan zastał mnie podczas stażu z pulmonologii – wspomina lekarz rezydent Piotr Wróbel. –  Na początku odczuwałem duży niepokój w związku z całą tą sytuacją. Wszystko było dla mnie nieznane i nie wiedziałem, jak dalej potoczy się sytuacja. Kiedy zapadała decyzja, że będę pracował na izbie przyjęć oddziałów zakaźnych, początkowo odczuwałem lęk, ale kiedy zająłem się konkretną pracą i zagrożenie zostało oswojone, bardziej się zmobilizowałem i pracowałem spokojniej. Widziałem i czułem wszystko blisko siebie, uświadomiłem sobie, że pracujemy w specyficznych warunkach. Praca w kombinezonie jest uciążliwa, jest gorąco i niewygodnie. Cały czas wiedziałem o ryzyku zakażenia się wirusem. Jak dotąd, wg mojej wiedzy, nikt z pracujących w izbie przyjęć nie zachorował, więc widać, że środki ochrony osobistej są skuteczne. Kiedy już wdrożyłem się do pracy w innych warunkach, wszedłem w jej rytm, poczułem się na właściwym miejscu. Praca jest stresująca, ale można się do tego przyzwyczaić. Sytuacja jest inna, ale specyfika pracy podobna jak na co dzień w internistycznej izbie przyjęć.

Doktor n. med. Krzysztof Krause przyznał, że stara się nie myśleć o rzeczach, które mogą go zdekoncentrować, niemniej jest trudno, bo to jest dla nich lekarzy zupełnie nowy, inny pacjent, inne pole działania. – Jesteśmy internistami a nie zakaźnikami. Ale uczymy się, radzimy się naszych kolegów, mamy z nimi stały kontakt. Nie zawsze możemy diagnozować i leczyć pacjentów dodatnich sami. Musimy konsultować. Koledzy nas wspierają i pomagają. To praca w stresie, na początku było trudniej, ale przyzwyczailiśmy się. Nie czuję się wypalony i nie mam zwątpienia. Mam bardzo dobry zespół. Nie ma defetyzmu czy pesymizmu. Przecież za ścianą mieliśmy zawsze oddziały zakaźne. Taką pracę wybraliśmy i nie ma odwrotu. Z tym należało się liczyć, kiedy przystępowaliśmy do egzaminu na uczelnię – konkluduje dr Krause.

Zupełnie inne emocje towarzyszyły w tym czasie ordynatorowi Oddziału Wewnętrznego szpitala buforowego w Oleśnicy, lek. Marcinowi Fuchsowi. – Kiedy pojawili się pierwsi pacjenci z dodatnim wynikiem, byłem bardzo zdenerwowany. Część chorych przesłałem do szpitala zakaźnego we Wrocławiu. Reszcie zrobiliśmy wymazy. Najprawdopodobniej „pacjentem zero” była osoba z DPS, gdzie było dużo przypadków wirusa, ale przy przyjęciu nie wiedzieliśmy, że jest zakażony (o epidemii w tym ośrodku dowiedzieliśmy się post factum) – opowiada ordynator ze szpitala w Oleśnicy. – W momencie pogorszenia się jego stanu zdrowia, trafił na Oddział Intensywnej Terapii, wykonano test PCR i wyszedł dodatni. Musieliśmy przebadać cały oddział. Akurat zaczynały się święta. Pamiętam, że w nocy w Wielką Sobotę przyjechałem pomagać koledze na oddziale. Sytuacja była mocno nerwowa, panie pielęgniarki też były zdenerwowane. Kiedy robiłem sobie test i czekałem na wynik, moje zdenerwowanie było takie jak podczas oczekiwania na wynik egzaminu specjalizacyjnego. Obecnie emocje trochę opadły, przygotowałem sobie małe izolatorium na wypadek zakażenia. Żona też jest lekarzem i ma kontakt z pacjentami, ale podchodzimy do tego spokojniej. Bardziej bałem się o mamę i teściową, która choruje. Dobrze, że mogliśmy cały czas robić sobie testy, które nie są tak dostępne, ale w naszym szpitalu jest to możliwe. Dzięki staraniom dyrektora i lekarzy szybko podpisano umowę z diagnostyką na Opolskiej. Dostaliśmy multum testów, które były refundowane przez NFZ i nie było problemu. Niestety, nie wszystkie szpitale mają możliwość wykonywania testów na taką skalę. Wiele zależy też od starań i determinacji władz powiatowych i dyrektora szpitala.

Wyzwania i bolączki

Zapytałam ordynatorów i rezydentów o wyzwania z ich punktu widzenia. – Najważniejsze, abyśmy byli skoncentrowani i nie dali się zakazić, abyśmy mogli pomóc pacjentom. Jeżeli popełnimy jakiś błąd, to nastąpi reakcja łańcuchowa – wylicza dr n. med. Krzysztof Krause. – Na samym początku dwóch moich kolegów uległo zakażeniu i w pewnym momencie zostaliśmy na oddziale w cztery osoby, mając dwudziestu pacjentów pod opieką. Musieliśmy sobie radzić przez ok. 10 dni. Łatwo sobie wyobrazić, co się wydarzy, jeśli nie będziemy się starać. Trzeba być czujnym. W kwestii bolączek oddziału, początkowo zaopatrzenie w środki ochrony osobistej było nieregularne. Towarzyszył nam strach, czy następnego dnia będą skafandry i rękawice. Na szczęście udawało się załatwiać wszystko często w ostatniej chwili. Opatrzność nad nami czuwała i wystarczało tych materiałów. Teraz już jest lepiej. Bardzo nam pomógł ruch społeczny i otrzymaliśmy sporo darów. Przyłbice, które cały czas otrzymujemy, maski i buty do kombinezonów. Byliśmy na granicy psychicznej wytrzymałości w oczekiwaniu na wsparcie. Jednak nie czułem przerażenia, bo zawsze coś można wymyślić, trzeba być pomysłowym. Szczęśliwie nie byliśmy zmuszeni do desperackich kroków. Poza tym na początku w całej tej sytuacji, kiedy nagle musieliśmy przejść na inny tryb pracy, nie wiedzieliśmy, co zrobić. To była inna sytuacja, nie nasza, ale działaliśmy zespołowo. Co innego może być wyzwaniem? Przecież tę robotę wykonuję od 30 lat. Poza tym mam mądrych i wykształconych kolegów, którzy są nieodzowną pomocą. Wspieramy się nawzajem – po prostu.

– W pracy jestem szczęściarzem, w komfortowej sytuacji – opowiada ordynator z Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy lek. Marcin Fuchs. – Mam zespół specjalistów, znamy się z pracy w poprzednim szpitalu, a nowi lekarze z innych placówek to również solidne, życzliwe i kompetentne osoby. Znaleźliśmy wspólny język. Rezydenci, których mamy, to też bardzo pracowite osoby, otwarte na współpracę. Nasz zespół pielęgniarek jest zdziesiątkowany przez zakażenie, są na kwarantannie. Wrócą w czerwcu. Technicznie było nam ciężko utrzymać odpowiednie warunki, dorównujące tym w szpitalu na Koszarowej. To nieporównywalny poziom szpitala. Awaryjnie część pielęgniarek została oddelegowana z Sycowa do nas. Normalnie mamy 47 łóżek, a teraz personel jest w stanie zaopiekować się 25 pacjentami.

Lekarz rezydent Magdalena Nowak podkreśla, że największym wyzwaniem jest to, aby w gąszczu wielu procedur nie zatracić dobra pacjentów. Mówi, że nie tylko lekarzom jest ciężko. Pacjenci są w tej chorobie bardzo samotni i brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem, a przede wszystkim z ich bliskimi, którzy w czasie poza epidemią są ważnym ogniwem procesu leczniczego. – Lekarze i pielęgniarki wchodzą do pacjentów tak rzadko, jak to tylko możliwe, by zapewnić bezpieczną ochronę. Jesteśmy ubrani w kombinezon i maseczkę, która zasłania twarz i nie pozwala pacjentowi na odczytanie emocji i np. dodanie otuchy uśmiechem. Magdalena Nowak zauważa też, że rozmawia z pacjentem, ale gdzieś w niej jest obawa, że może się zarazić i czasem pojawia się pragnienie, by jak najszybciej wyjść z sali, zdjąć kombinezon i wrócić do normalności. Dodaje: – Nie wierzę, kiedy ktoś mówi, że się nie boi. Jednak staram się nie panikować i nie popadać w przesadę. Każdy z nas, kto pracuje w szpitalu jednoimiennym, widział pacjenta, który umierał z powodu COVID-19 i wie, że stan zdrowia takiego pacjenta może się pogorszyć w ciągu kilku godzin. To nie jest błaha choroba, jak sądzą niektórzy, tylko część osób przechodzi ją łagodnie, a część bardzo ciężko i gwałtownie. Jednak podczas robienia zakupów czy spacerów zauważyłam, że niektórzy ludzie są niefrasobliwi i nie przestrzegają ograniczeń sanitarnych, co budzi we mnie poczucie frustracji. A prywatnie wyzwaniem jest dla mnie znaczne ograniczenie kontaktu z rodziną i znajomymi. Swojej rodziny nie widziałam prawie trzy miesiące. Dużo rozmawiamy telefonicznie.

Pełna mobilizacja i zgrany zespół

– Miałem obawy, że ktoś nie będzie sobie radził, będzie tym najsłabszym ogniwem, które spowoduje, że wszystko runie jak domek z kart, ale taka sytuacja nie miała miejsca. Nie było żadnych spięć, raczej pełna konsolidacja, zwarcie szeregów, pomoc, nikt nie grymasił. Duże zrozumienie dla sytuacji na zasadzie: – Szefie, rozumiemy, wspieramy się i działamy! Zero narzekania. Zespół sprawdził się w stu procentach – tak ocenia i docenia kolegów dr n. med. Krzysztof Krause.

A tak o swoim zespole mówi p.o. ordynator lek. Wojciech Pawlak. – Nie od dziś wiemy, że cały nasz system ochrony zdrowia opiera się w głównej mierze na zaangażowaniu i poświęceniu ludzi w nim pracujących. Jeszcze dobitniej ujawnia się to teraz. Tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi wszystkich, poczynając od lekarzy i pielęgniarek na pierwszej linii frontu, poprzez zespoły w laboratorium, działach diagnostyki, w aptece, administracji, po dyrekcję, po pracowników kuchni i firm porządkowych, jesteśmy w stanie sprostać temu wyjątkowemu wyzwaniu. Teraz ujawnia się prawdziwa wartość każdego z nas, w tym często ukryte zdolności, talenty. Dostrzegamy nawet zmiany charakteru. Ludzie stają się dla siebie życzliwsi, serdeczni, skłonni do zrozumienia i pomocy. Oczywiście są też nieliczne wyjątki i zmiany na gorsze, ale to margines. Muszę przyznać, że większość z nas okazała się lepsza niż pewnie sami przypuszczali, a ich wartość naprawdę duża. To też codziennie dodaje sił i daje nadzieję na lepsze.

Antidotum na stres

Każdy walczy ze stresem inaczej. Jednak, jak wspomniał jeden z rozmówców: – Jesteśmy przyzwyczajeni do stresu. A lekarz nigdy całkowicie nie odcina się od swojej pracy, nawet w czasie wolnym. Odpowiedzialność za naszych chorych towarzyszy nam zawsze. Z drugiej strony jedynym sposobem, by móc dobrze wykonywać ten zawód, i jak to się potocznie mówi, nie zwariować, jest umiejętność oddzielenia czasu pracy od wolnego i znalezienie całkiem innych zajęć. To wydaje się pozornie sprzeczne. Musimy więc znajdować złoty środek – podsumował Wojciech Pawlak. – Po pracy czekają na nas sprawy domowe i rodzinne, sporty, hobby, wszelkie obowiązki i przyjemności, dzięki którym możemy, a nawet musimy zapominać o pracy i związanych z nią stresach i lękach.

Magdalena Orlicz-Benedycka