W cieniu koronawirusa - Trzeba obśmiać chorobę, jeśli nie można jej inaczej pokonać Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

DR MARIA KMITA Humorolog i śmiechoterapeuta. Od 2008 roku zajmuje się badaniem humoru. W 2015 obroniła doktorat na temat: „Znaczenie humoru w pokojach nauczycielskich” na Uniwersytecie w Plymouth, w Anglii. Od 2015 prowadzi autorskie warsztaty humoru dla dzieci i dorosłych w ramach Humour4Work. Od 2017 roku prowadzi pierwszy na świecie fakultet śmiechoterapii dla przyszłych lekarzy na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu. Pierwsza w Polsce przeprowadziła śmiechoterapię dla pacjentów Kliniki Psychiatrii we Wrocławiu. Od 2019 roku członek AATH (The Association for Applied and Therapeutic Humour), światowej organizacji zrzeszającej specjalistów od humoru terapeutycznego. Niedawno stworzyła pozytywną grę o chorobach „Najgorzej” (The Lame Game). Teraz w ramach projektu „Śmiech a zdrowie” prowadzi warsztaty śmiechoterapii dla wrocławskich seniorów. Prowadzi też swój kanał „Optymisja” na YouTube. (Fot. Tomasz Walów/UMW)

Trzeba obśmiać chorobę,

jeśli nie można jej inaczej pokonać

„Nie dziwi mnie wcale, że wiele memów i dowcipów o koronawirusie tworzą i rozpowszechniają pracownicy służby zdrowia. To najlepszy sposób na pozbycie się stresu i „ogranie” przeciwnika, którego nie można się pozbyć” – mówi dr Maria Kmita, humorolog, twórczyni fakultetu śmiechoterapii dla studiów na kierunku lekarskim Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu w rozmowie z Maciejem Sasem.

Maciej Sas: Straszny wirus z opowieści, które zewsząd słyszymy od kilku tygodni, stał się powodem memów i dowcipów. Co ciekawe, w wielu przypadkach ich autorami albo tymi, którzy je rozpowszechniają, są lekarze. Nie dziwi to Pani?

Dr Maria Kmita: A skąd, w ogóle! To jest normalna reakcja na stres. Jedynie słuszna teoria reakcji pokazuje, że humor jest często używany wtedy, kiedy potrzebujemy się odstresować, rozładować napięcie związane z jakimś większym problemem. Często są to problemy społeczne. Myślę, że świetnie się to sprawdza w przypadku koronawirusa, wielkiego problemu, nad którym kompletnie nie mamy kontroli. W takim przypadku jedynym wyjściem jest się z tego śmiać. Dlaczego? Dlatego że wtedy w pewien sposób pomniejszamy ten kłopot. Proszę sobie przypomnieć, że podobnie było podczas epidemii świńskiej grypy czy wirusa eboli. Ale także wcześniej w historii mieliśmy wiele przypadków, kiedy ludzie w sytuacji poza ich kontrolą śmiali się z tego, co ich spotykało. Mam na myśli szczególnie II wojnę światową, obozy koncentracyjne, okupację – wtedy w obiegu było mnóstwo żartów na temat oprawców. Czyli z jednej strony ludzie zupełnie nie mieli szans w starciu z nimi, a z drugiej potrafili się z nich nabijać w swoim gronie, dzięki czemu zyskiwali chociażby chwilową przewagę nad tymi ludźmi i nad dramatycznie trudną sytuacją. Dawało im to namiastkę poczucia normalności.

M.S.: Wentyl bezpieczeństwa?

M.K.: Tak, badacze humoru nazywają to chwilą wolności, normalizacją. A jeżeli chodzi o wentyl bezpieczeństwa, to dobrze, że pan o tym wspomniał, bo przecież w czasach komunizmu pojawiały się i koncerty, i kabarety wyśmiewające rządzących i reżim. I to one stanowiły pewien wentyl bezpieczeństwa. Bo z jednej strony pokazywały przecież olbrzymią odwagę występujących, żeby się śmiać z reżimu (mówię szczególnie o kabarecie TEY, a więc Zenonie Laskowiku i Bohdanie Smoleniu), a z drugiej strony, to dawało szansę, żeby ludzie jakoś na chwilę odetchnęli.

M.S.: A może władza na niektóre takie rzeczy po prostu się zgadzała?

M.K.: To jest ciekawe, rzeczywiście, ale tego nie wiem... Pewnie nigdy się nie dowiemy, czy tak było. Ale możliwe, że władza manipulowała pewnego rodzaju rozrywką, żeby uzyskać rozładowanie napięcia. To jednak nie umniejsza starań ludzi, którzy byli odważni na tyle, żeby żartować z tej władzy, znając konsekwencje, szczególnie że władza i tak wszystko cenzurowała, a za nieocenzurowane treści były kary. Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że kabarety były marionetkami władzy, bo która reżimowa władza chce marionetki, która się z niej wyśmiewa i ją obnaża?

M.S.: Czyli to jest umniejszanie, poniżanie: to, co oni nam robią, to my im możemy zrobić, w ten sposób, chociaż przez chwilę, czując się lepiej? Tak samo jest z tymi strasznymi chorobami, z których też się śmiejemy?

M.K.: Rzeczywiście, to wciąż jest ten sam wzór, a więc mamy coś, nad czym nie panujemy, nie kontrolujemy, bo ani pan, ani ja nie znajdziemy na to szczepionki. Natomiast możemy się z tego pośmiać. I chwilowo to przynosi ulgę, satysfakcję z faktu, że przynajmniej udał nam się ten żart. Dlatego mamy taki wielki wysyp żartów o wirusie. Nie dziwi mnie wcale, że służba zdrowia śmieje się z niego, zwłaszcza, że produkuje własne żarty na jego temat, bo to ci ludzie są szczególnie narażeni na niesamowity stres. I dlatego zawsze będę bronić czarnego humoru w zawodach medycznych. Bo często mówi się, że z pewnych rzeczy nie wolno żartować...

M.S.: Sam słyszałem ostatnio od moich znajomych: „Nie śmiejemy się z koronawirusa, nie śmiejemy się ze śmierci, nie wolno się śmiać z tych strasznych chorób, na przykład onkologicznych, bo to jest ludzki dramat”. Ale z tego, co Pani mówi, nie zawsze śmiech i dramaty się wykluczają.

M.K.: Oczywiście, że nie. Kiedy przyjrzymy się tym konkretnym memom i żartom z bliska, to zobaczymy, że żaden z nich nie dotyczy jakiejś konkretnej ofiary wirusa z imienia i nazwiska. My się nie śmiejemy z konkretnego Janusza czy Halyny, którzy zachorowali, ale ze skojarzeń, które się nam nasuwają w związku z tą chorobą albo z nowych rozporządzeń na ten temat. To wynika też z codziennych obserwacji na temat tego, jak radzimy sobie z maseczkami, z obostrzeniami typu: zakaz wyjścia do lasu czy wykupywaniem papieru toaletowego ze sklepu. I tutaj nie można powiedzieć, że ktoś może się na to obrazić, bo nie atakujemy w ten sposób personalnie nikogo, a jedynie sytuacja wymusza na nas takie inne patrzenie, inną perspektywę.

M.S.: Rozmawiamy w tym przypadku i o rzeczach medycznych i o tym, że śmiejemy się z choroby czy sytuacji, które ta choroba wywołuje. Ale też o tym, że często lekarze są autorami dowcipów albo tymi, którzy przekazują je dalej. Czy to by oznaczało, że śmiech rzeczywiście ma wpływ na zdrowie? A może to zbyt daleko posunięty wniosek?

M.K.: Zdecydowanie nie jest zbyt daleko posunięty, ale „posunięty bardzo blisko” (śmiech). Myślę, że po prostu humor bardzo poprawia nam nastrój, a nasz nastrój wpływa na wszystko. Sami możemy poddać się eksperymentowi, co jesteśmy w stanie zrobić, gdy towarzyszy nam dobry nastrój, a czego za nic nie zrobimy, kiedy jesteśmy w złym. Jak bardzo to wpływa na nasze decyzje, na naszą chęć do życia, chęć podejmowania jakichś wyzwań… Oczywiście, często ludzie uważają, że humor to jest tylko pośmianie się przez chwilę, ale tak naprawdę to jest też styl podchodzenia do problemów, pewien styl życia i on wpływa zdecydowanie na jakość naszej egzystencji. Sądzę, że jeżeli porozmawiamy z ludźmi, którzy mają na koncie traumatyczne przeżycia, czy chodzi o leczenie onkologiczne, czy jakieś straszne sytuacje z czasów II wojny światowej, a później musieli sobie jakoś z tym poradzić i wrócić do normalności, to może się okazać właśnie, że ich podejście, ich nastrój, ich perspektywa miała niesamowity wpływ na to, jak przeżywali to wszystko, w jaki sposób potrafili wrócić do normalności. Warto więc nie skreślać jednak humoru jako czegoś głupiutkiego czy niefrasobliwego, ale zdecydowanie warto potraktować go jako sposób na lepsze życie. Ważne jest to, co pan powiedział o memach, że nie tylko powstają na ten sam temat (tylko oczywiście mamy do czynienia z różnymi ich odsłonami), ale ludzie poszukują tych memów. Nawet teraz, gdyby wymyślili najlepszy żart o teściowej, to on nie miałby szansy się przebić! My potrzebujemy żartów na ten konkretny temat, odwołujących się do bieżących wydarzeń, żeby rozładować stres związany z sytuacją.

M.S.: Ma Pani na myśli taki plaster na bolącą duszę? Pytam o to w kontekście medyków nie bez przyczyny. Bo Pani, prowadząc zajęcia fakultatywne dla przyszłych lekarzy związane z humorem, ma w zamyśle bardzo określony cel. Czy więc lekarz, który ma poczucie humoru, który potrafi się śmiać, to jest też ktoś, kto będzie skuteczniej leczył swoich pacjentów?

M.K.: Na pewno jest to lekarz, który będzie lepiej komunikował się z pacjentem. Proszę zauważyć, że my zawsze poszukujemy ludzi z poczuciem humoru. Tacy są dla nas po prostu bardziej atrakcyjni. To jest udowodnione naukowo (uśmiech).

M.S.: Dowcipny lekarz będzie dla nas bardziej do zaakceptowania i lepiej się z nim rozmawia?

M.K.: Na pewno. Poza tym proszę sobie wyobrazić, że tematy związane z chorobą często są nieprzyjemne, niewygodne, krępujące. Jeśli lekarz potrafi wprowadzić atmosferę życzliwości i humoru (bo też jest istotne, że to nie może być humor, który wyśmiewa konkretnego pacjenta), to łatwiej do nas dotrze.

M.S.: Mówi Pani, że trzeba unikać sytuacji, które moja babcia nazywała: „śmieje się jak głupi do sera”?

M.K.: (śmiech) Tak, no chyba że do goudy... Chodzi o to, że wszystko, co się rozgrywa między lekarzem a pacjentem, to jest komunikacja. A to podstawa skutecznego leczenia.

M.S.: I wiele od tego zależy...

M.K.: I jeszcze od tego, że pacjent będzie miał poczucie humoru i będzie potrafił podchwycić żarty. I od tego, że lekarz wypatrzy w tym pacjencie taką chęć do „śmieszkowania”. I oczywiście od samego lekarza, który będzie potrafił swoim nastrojem, swoim poczuciem humoru zbliżyć się do pacjenta, zachęcić go do terapii, do innego patrzenia na chorobę – to ma ogromne znaczenie. Ale także dla lekarza, jeśli chodzi o wypalenie zawodowe. Bo zobaczmy, że taki lekarz, który pracuje na dyżurach, pracuje w olbrzymim stresie, musi mieć coś ponad to, coś, co będzie go trzymało w tym zawodzie, co będzie mu dawało szczęście. Jeśli pan chce, można tu zacytować najnowsze badania o poziomie »
stresu i depresji wśród studentów medycyny i pokazać śmiechoterapię jako sposób na rozładowanie napięć związanych ze studiami, ale także z sytuacjami w zawodzie lekarza. Ja sama mam mamę stomatologa. Ona twierdzi, że ani pieniądze, ani zaszczyt chodzenia w fartuchu lekarskim nie trzymają jej w zawodzie. Chodzi o to, że ona może pójść do pracy, pośmiać się z innymi ludźmi, którzy są w tej samej sytuacji, rozumieją jej stres. W istocie to solidarność zbudowana przez humor. To jest ten pokój socjalny, teraz w formie esemesów, memów, linków, śmiesznych filmików.

M.S.: Wirtualny pokój socjalny?

M.K.: Właśnie tak – to coś, co łączy lekarzy i daje im po prostu siłę, żeby kolejnego dnia stawać do walki. Myślę, że gdyby ich zapytać, jak sobie to wszystko wyobrażają bez humoru albo z zakazem żartowania, to w większości powiedzieliby pewnie, że rzuciliby tę pracę następnego dnia.

M.S.: Pani, prowadząc swoje „śmieszkowate” zajęcia, widzi też młodych lekarzy. Jak oni do tego podchodzą? To jest swego rodzaju nowe podejście, żeby uczyć czegoś takiego, to po pierwsze. A po drugie, czy człowieka można w ogóle nauczyć poczucia humoru?

M.K.: Są teorie, że właśnie poprzez treningi, szkolenia można ludziom dać wiedzę o tym, jak tworzy się żarty, jak wykorzystywać pewne sytuacje do żartowania. Ale nie oszukujmy się – człowiek jest też genetycznie uwarunkowany tym, jakie jest jego otoczenie, środowisko naturalne, a więc jak żartuje, jak się zachowuje społecznie. Miałam wielkie szczęście, że w domu byłam do tego szkolona (uśmiech). Mój tata miał taki sposób na nasze wychowanie, że nam i innym ludziom z otoczenia robił różne numery, na przykład szczekał przez domofon na przechodniów i obserwował przez okno razem z nami, jak reagują. Myślę, że nie każdy doświadcza czegoś takiego (śmiech). Ale to naprawdę ma olbrzymi wpływ na to, jak później odbieramy świat. Dlatego na zajęciach z przyszłymi lekarzami staram się łączyć praktykę z teorią, czyli z jednej strony analizujemy żarty, filmiki, kabarety, a z drugiej śmiejemy się z różnych gadżetów, bawimy się w różne rzeczy, wymyślamy rozmaite gry i zabawy (np. robimy bieliznę na NFZ z maseczek i rękawiczek chirurgicznych).

M.S.: Stara się Pani wzmagać kreatywność u tych ludzi po to, żeby instrumentalnie mogli to potem wykorzystać w pracy?

M.K.: To prawda. Ale do tego jest też potrzebne stworzenie odpowiedniej atmosfery. Oni muszą się czuć bezpiecznie, czuć, że w tym miejscu i czasie wolno im wszystko. I to również jest zadanie dla mnie – muszę dać im do zrozumienia: „tutaj możecie się wyżyć w tym temacie, możecie czuć się swobodnie”. Studentów zawsze zapraszam do tego, żeby pokazywali prezentacje o swoim poczuciu humoru, o tym, co ich śmieszy. I z tego mają oceny na fakultecie. Prezentacje te przedstawiają ulubione memy, kabarety, stand-upy, piosenki i inne rzeczy. Studenci pokazują je i analizują na forum grupy. Dzięki temu jestem na bieżąco z tym, co studentów medycyny śmieszy. To dla mnie bardzo wartościowe!

M.S.: A co ich śmieszy – zwykle rzeczy związane z medycyną?

M.K.: W większości tak. Fajnie, że dzisiaj prowadzimy tę rozmowę, bo przyszły właśnie wyniki naszego eksperymentu na uczelni. Prawie 500 studentów medycyny oceniło około 50 memów medycznych. Okazało się, że wyłania się z tego jeden generalny wzór mówiący, że studenci im są starsi (zwłaszcza na ostatnich latach studiów), tym mniej ich śmieszą żarty studentów medycyny i ich samych, jak i mniej ich śmieszą żarty dotyczące lekarzy. To jest prawdopodobnie związane z tym, że tworzy się, buduje się ich tożsamość w późniejszych latach i wraz z tym mniej śmieszą ich już te żarty. Może w przyszłości będę miała szansę zbadać, jak ten humor ewoluuje, kiedy już zostają młodymi lekarzami, a i później, gdy już są starszymi i bardziej doświadczonymi. Bo z kolei wyniki innych badań pokazują, że ten czarny humor, również dotyczący pacjentów, pojawia się już w pracy, kiedy lekarze pracują z nimi w szpitalu.

M.S.: Humor dojrzewa niejako z człowiekiem?

M.K.: Wiąże się ze wzrostem świadomości, poczuciem tożsamości zawodowej. Na początku, kiedy studenci są na 1. czy 2. roku, śmieszą ich żarty o studentach medycyny, bo to jest im bardzo bliskie. Tutaj ważna jest też teoria Hollanda, która mówi, że śmiejemy się często z tego, z czym się identyfikujemy. Trudno, żeby ktoś, kto nie jest rodzicem, śmiał się z brzęczących, grających zabawek dzieci. Tylko rodzice są w stanie opowiadać sobie milion historii na ten temat, jak na przykład zabierali dzieciom baterie z zabawek, żeby nigdy się nie dowiedziały, że ta zabawka wyje (śmiech).

M.S.: Bo ktoś, kto tego nie doświadczył, nie ma pojęcia, o co w ogóle chodzi...

M.K.: Dlatego tak bardzo ważne jest, by dopasować humor do sytuacji. Profesjonalni komicy wiedzą, że muszą dostosować humor do ogółu widowni lub, jeśli mają do czynienia z konkretną grupą zawodową, posługiwać się humorem im bliskim, zrozumiałym dla tych widzów.

M.S.: Wspomniała już pani o ludziach, którzy cierpią na choroby serca, nowotwory, czasami są paliatywnie chorzy, czują, że śmierć jest blisko, a jednak się śmieją. Bo przecież coś takiego jest, prawda? Czy to znaczy, że każdy może się z tego śmiać?

M.K.: Często jest tak, że ludzie, którzy przeszli tę pierwszą traumę związaną z chorobą i ją zaakceptowali, zaczynają żartować. I znowu wracamy do tego, że to jest sposób na kontrolowanie sytuacji, której nie da się w inny sposób kontrolować, na powrót do normalności. Bo śmianie się jest czymś normalnym. Kiedy widzimy dwoje śmiejących się ludzi, to myślimy, że są w tym momencie szczęśliwi. To jest oznaka spokoju, spełnienia, radości.

M.S.: I śmiejąc się, dajemy sygnał innym, że jesteśmy ludźmi, z którymi warto rozmawiać?

M.K.: Zdecydowanie! Jest to coś niesamowicie pociągającego, co sprawia, że nasz „rating” wzrasta na mocne 3 na 10 (śmiech).

M.S.: Przeskoczę do innego wątku: podobno to, czy dowcip jest dowcipem, zależy od tego, kto go opowiedział. Czyli np. pacjent onkologiczny ma prawo śmiać się z choroby i tego, co z nią związane, a ci, których to nie dotyczy, już nie? W przypadku niepełnosprawnych itd. mechanizm jest, jak podejrzewam, podobny.

M.K.: Ma pan rację. Istnieje kilka Zasad Ludzkiego Humoru (sugerowanych przez różnych badaczy humoru), aby unikać obrażania ludzi. Jedna z nich mówi, że można się śmiać z czegoś, jeśli doświadczenia danej grupy są naszymi własnymi. Czyli: jeżeli reprezentuję daną grupę, obojętnie czy są to pacjenci chorzy na raka, czy osoby danej rasy lub wyznania, bo to mogą być różne kategorie, ta osoba ma większe prawo śmiania się z tego. Nie można jej później zarzucić, że „ty nie wiesz, o czym mówisz”, bo ona może odpowiedzieć: „Przecież ja reprezentuję tę rasę, wyznanie, bycie chorym na taką chorobę”.

M.S.: Prowadzi pani też zajęcia z grupą, która jest w szczególnie trudnej sytuacji w czasie epidemii, czyli z seniorami. Oni często są oskarżani o to, że nie lubią się śmiać, takie „smutne dziadki, które opowiadają, co było 50 lat temu”. Ale skoro Pani prowadzi te zajęcia, to po pierwsze im się to przydaje do czegoś, a po drugie znaczy, że wcale nie wszyscy są smutasami?

M.K.: Zdecydowanie mam wspaniałe doświadczenia z pracy z seniorami. Prowadzę teraz zajęcia online w ramach Wrocławskiego Centrum Seniora. Seniorzy się po prostu logują (proszę to sobie wyobrazić!) na platformie, mają podłączone wideo albo audio. Bardzo chętnie biorą udział w różnych zabawach. Oczywiście nie są to takie zajęcia, jak w realu, bo jednak tam jest o wiele lepiej – mamy bezpośrednią styczność ze sobą. Ale muszę ich pochwalić, że bardzo chętnie uczestniczą w tych zajęciach, jest dużo śmiechu i potrafią podać wiele przykładów z własnego życia. Oni mają taki szczery, wyrobiony przez lata dystans do wielu spraw.

M.S.: Co ułatwia im radzenie sobie z coraz większymi trudnościami życiowymi…

M.K.: Tak, ale z drugiej strony kto ma sobie poradzić, jak nie oni? Prawie połowę swojego życia przestali w kolejkach w PRL-u, to oni mają jakieś doświadczenia traumatyczne (jeśli nie wojenne, to powojenne).

M.S.: Wróćmy do świata medycznego – lekarz, który się do nich uśmiechnie i zażartuje w odpowiedni sposób, pewnie może jednym ruchem zyskać ich sympatię?

M.K.: Ależ oczywiście! Uważam, że to jest w ogóle sposób na prywatne gabinety, jeżeli ktoś chce się wyróżnić. Nie wiem, jak pan, ale ja na każdym kroku spostrzegam ostatnio rozmaite prywatne gabinety. Nie muszę ich już szukać w internecie, bo wystarczy wyjść na ulicę i wybrać sobie dowolnego lekarza.

M.S.: Casting?

M.K.: Coś takiego właśnie. Sadzę, że humor to jest sposób na przyciąganie do siebie klienteli. Bo tak naprawdę lekarz, który jest zabawny, który ma podejście, który cieszy się renomą (szczególnie wśród dzieci, które potrzebują tego, żeby oswoić je z tematem badań i przerażających procedur), ma szansę się wybić. Każdy, kto widział portal „ZnanyLekarz.pl”, zauważył pewnie, że często są tam komentowane takie rzeczy, jak poczucie humoru. I są to komentarze różne. Kiedyś ze studentami analizowałam przypadek lekarza, który miał tam skrajnie różne opinie. Niektórzy pacjenci byli zachwyceni jego poczuciem humoru, a inni na to właśnie narzekali. Ale wszyscy zwracali uwagę na humor! I proszę zauważyć, co się ocenia w tych opiniach. Bardzo bym chciała, żeby moi studenci zwracali uwagę właśnie na to, że tam oceny są związane z takimi kompetencjami społecznymi jak otwartość, komunikatywność, poczucie humoru, uśmiech. To są rzeczy, które nie są wpisane w naukę, w studia medyczne. Teraz, kiedy mamy zajęcia ze śmiechoterapii, możemy zwracać na to uwagę, a to jest naprawdę niezwykle ważne! Myślę, że każdy (możemy nawet zrobić głosowanie) chce iść raczej do lekarza, który się uśmiecha, a nie do smutnego, zawsze poważnego.

M.S.: A więc tak naprawdę każdy może wystawić bezpłatną receptę na bezpłatny lek bez skierowania?

M.K.: Tak. Ale to poprawia też jakość naszego życia. Ile razy był pan u lekarza, którego humor się panu udzielił, wprawił w dobry nastrój, bo się razem pośmialiście? Jeżeli lekarz potrafi się czasami pośmiać z pacjentem, to dzień jest od razu lepszy, lepiej idzie mu praca.