logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 108 gości 
Rola etyki i bioetyki w medycynie XXI w.: Wywiady i listy z etyką lekarską w tle Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Wywiady i listy z etyką lekarską w tle

W wywiadzie dla miesięcznika Rynek Zdrowia profesor Jan Hartman spuentował swoje wypowiedzi na temat medycyny, jej korporacyjności, etyki lekarskiej i Kodeksu, tudzież bioetyki, mówiąc: „Tylko przez prawdę i ekspresję, w tym również emocjonalną, można zrobić nowe otwarcie, oczyścić atmosferę. Potrzebujemy autentycznej, szczerej awantury wokół medycyny”. Ani szczerej rozmowy o etyce lekarskiej, ani autentyczności dyskusji nie ma – oprócz emocji i ekspresji. Jest za to awantura o Hartmana. To już druga. Pierwsza była o Basię.

Atmosfera

Nie jestem skory do publicystycznego języka, który sprzyja pochopności sądów i porywczości opinii. Tuszę zaś (mam nadzieję), że sens da się wypowiedzieć bez gniewu. Dlatego też obawiam się sanacji myśli, zazwyczaj kierującej się jednym wystarczającym kryterium – poprawnością ideologiczną, a ta, jeśli nie znajdzie posłuchu, w zacietrzewienie się obraca. Stąd zapewne biorą się ekspresywne prowokacje ideowe, widowiskowe i medialne, a co najważniejsze – zyskujące polityczną obecność, ale również czyniące duszną atmosferę dysput.

Tezy profesora Hartmana odnoszące się do słabości zapisów Kodeksu etyki lekarskiej znane są od lat i nie są wyłącznie jego własnymi. Podzielane są przez wielu etyków i bioetyków. Gdy jednak profesor Hartman ubrał owe tezy w niewysmakowane figury publicystyczne, okrasił przaśnością dosadnych słów, a przede wszystkim – i to jest tutaj najistotniejsze – zaadresował je do środowiska lekarskiego en bloc, wzbudził tym uzasadnione oburzenie. Zareagował prezes NRL, pisząc do rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego: „Pragnę podkreślić, że nie boli krytyka, ponieważ jesteśmy otwarci na zmiany i doprecyzowywanie najróżniejszych przepisów, które regulują pracę lekarzy, ale bolą wypowiedzi w formie uwłaczającej godności naszego zawodu i tysięcy wspaniale pracujących lekarzy, na co dzień z trudem ratujących zdrowie i życie ludzi”.

Rektor UJ przychylił się do oceny prezesa NRL: „Zauważam potrzebę merytorycznej dyskusji nad Kodeksem etyki lekarskiej, jednak forma wypowiedzi Profesora Hartmana budzi sprzeciw i oburzenie, gdyż odwraca uwagę od rzeczywistego problemu. Mając jednak na względzie fakt, że prof. dr hab. Jan Hartman jest nauczycielem akademickim, który ma wpływ na kształcenie studentów, a forma wypowiedzi zaprezentowana we wspomnianym wywiadzie budzi zastrzeżenia, pragnę zapewnić, że zostanie On poinformowany, by zabierając głos w sprawach doniosłych społecznie, kierował się zasadami ujętymi w Kodeksie dobrych praktyk w szkołach wyższych z 2007 r., w tym zasadą bezstronności i obiektywizmu oraz dbałością o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Zaprawdę nie można spodziewać się innej reakcji, jak i zakwestionować to oburzenie (notabene ekspresję), jeśli lekarz dowiaduje się o sobie, że żyje w krainie bufonady i hipokryzji, w której okopuje się w swoich lękach i urażonej dumie, trzęsąc się ze strachu przed odpowiedzialnością i tuląc się w ramionach korporacji w celu tuszowania swoich pomyłek. Wydaje się, że poważny błąd, jaki popełnił profesor Hartman, dając upust porywczości sądów, polega na tym, że z dość jednostronnej i wybiórczej interpretacji zapisów kodeksowych wyprowadził rzeczywiste postępowanie lekarzy oraz przyjął, że zawarte tam normy chronią postępowanie naganne, szczególnie te, które wywołuje silną reakcję opinii publicznej.

Wtóruje temu list ministra „Do przyjaciół lekarzy”, w którym mowa jest o koniecznej potrzebie zmiany mentalności lekarzy tkwiących w okowach zmowy milczenia. Taka postawa medyków jest przeszkodą dla usunięcia wielu problemów w medycynie. Zaufanie do nich niszczy bowiem „zmowa milczenia, źle pojęta zawodowa solidarność. Tymczasem brak otwartości, bagatelizowanie i ukrywanie problemów (nie mówiąc już o ich tuszowaniu) uniemożliwiają wykrycie i eliminację ich źródeł, znalezienie skutecznych rozwiązań”.

List to jednak nader niezrozumiały w intencjach, bo przecież zaczynający się od słów: „Wiele się mówi o błędach w systemie ochrony zdrowia, o zbyt niskich nakładach na leczenie i słabo wycenionych procedurach. Szukanie rozwiązań tych istotnych problemów to zadanie ministra zdrowia, rządu i parlamentu. Staramy się temu sprostać”. A powinien, szczerze i autentycznie, bez zmowy milczenia, zaczynać się od słów: „Przyznajemy się do błędów w systemie ochrony zdrowia, których skutkiem jest niedostępność świadczeń medycznych i najniższe nakłady na opiekę medyczną w Unii Europejskiej. Nie sprostaliśmy”. Nie zauważa się w nim nadto podstawowego dylematu w pracy lekarza – podejmowania działań w systemie organizacyjnej niespójności i stąd wynikającego rozproszenia odpowiedzialności, niewystarczających środków finansowych na świadczenia oraz presji rynkowej. Warto wspomnieć, że nieco wcześniej za ten stan rzeczy prezes NRL odpowiedzialnym uczynił właśnie ministra zdrowia. Ten czyni zaś odpowiedzialnym mentalność lekarzy.

Można zrozumieć apel ministra, brzmiący: „Współczesna medycyna stawia nam wyzwania natury moralnej. By im podołać, środowisko medyczne musi doskonalić się nie tylko w zakresie wiedzy i umiejętności profesjonalnych, lecz także etycznie. Musi również podjąć trud rewizji Kodeksu etyki lekarskiej, udoskonalenia go w taki sposób, by mógł być dla nas źródłem mądrości zawodowej i etycznej, a dla pacjentów – rękojmią. Etycy mówią, że słaby kodeks działa jak tarcza – można się nim zasłaniać, żeby „być w porządku”. Natomiast dobry kodeks jest jak ostroga – pobudza do etycznej refleksji i etycznego działania. Liczę, że samorząd lekarski, który jest twórcą Kodeksu, podejmie to wyzwanie. Apeluję do Was, Koledzy lekarze, o aktywną współpracę i zaangażowanie”. Jest jednak w tym apelu jawne założenie, pochopnie wypowiedziane, zgodnie z którym współczesny Kodeks wyczerpał swoje funkcje. Kryje się w nim również dyskretne założenie, naiwnie przyjęte, zgodnie z którym nowy kodeks – ten zrewidowany – uniemożliwi naganne postępowanie lekarzy.

Być może tropem interpretacji owego apelu pozostaje Mickiewicza „List do Przyjaciół Moskali”:

Teraz na świat wylewam ten kielich trucizny,
Żrąca jest i paląca mojej gorycz mowy,
Gorycz wyssana ze krwi i z łez mej ojczyzny,
Niech zrze i pali, nie was, lecz wasze okowy.

Atmosfera „dyskusji”, którą zagęszczają apele, wywiady, komentarze i listy, nie tworzy sprzyjających warunków rozważań nad etyką lekarską i bioetyką, jak również nad stanem ochrony zdrowia. Listy i apele niczego nie zmienią, niezależnie od tego, czy będą adresowane do premiera, czy publikowane w prasie, czy do uczelni lub ministra kierowane. Bodaj nie gwarantują one rzetelnej dyskusji, ani nie podnoszą poziomu zaufania, ani nie przybliżają do jakichkolwiek rozstrzygnięć. List profesora Hartmana do prezesa NRL to potwierdza: „A więc nie spodobały się Panu moje uwagi. Czy zareagował Pan na nie listem skierowanym do ich autora? Nie! Napisał Pan w tej sprawie list do rektora UJ! Ciekawe dlaczego właśnie do niego? Niech zgadnę. Pewnie z nadzieją, że zostanę poddany jakimś szykanom? Czyż nie? A może dlatego, że wydaje się Panu, że żyjemy jeszcze w PRL, gdzie władze uczelni cenzurowały poglądy swoich pracowników?”. Mimo wszystko nie uznałbym listu prezesa NRL za próbę „nagonki” na profesora Hartmana. Jest to otwarte, krytyczne wystąpienie przedstawiciela środowiska lekarskiego odmawiające profesorowi Hartmanowi posiadania mandatu do wypowiedzi na temat etyki lekarskiej. Czy może to sprawić? – wątpię. A jeśli ów list uznać należy za nagonkę, to czymże jest postępowanie wobec profesora K. Jasiewicza?

Wydaje się więc, że po owej awanturze wszyscy sobie będą niechętni, wszyscy zranieni słowami, latami chowający w sobie urazy. Nie jest to sposób, by prawić o moralności lekarzy i o naprawie medycyny. Dwuwiersz Horacego jest dobrą puentą zapalczywości listownej:

Jednego pali miłość, zaś gniew oba pany:
Za wszystkie królów głupstwa płaci gmin poddany.

Kontekst listownej dyskusji

Z wielości problemów, które namnożyły się w ostatnich miesiącach, wyłuskać można kilka najistotniejszych. Mają miejsce zdarzenia medyczne, które co kilka miesięcy, a nawet częściej, bulwersują opinię publiczną. Brak właściwej opieki medycznej nad chorym, prowadzący do trwałego kalectwa, śmierci bądź niedostępność świadczeń medycznych rzutują negatywnie nie tylko na obraz medycyny polskiej, lekarzy i inny personel medyczny, ale i na pracę Ministerstwa Zdrowia. Samorząd lekarski obciąża odpowiedzialnością za te zdarzenia Ministerstwo Zdrowia i NFZ, a Minister Zdrowia tych zaś lekarzy, którzy postępują nieodpowiedzialnie, ukrywając problemy, a nawet tuszując w imię źle pojętej solidarności zawodowej. Niepokoi jednak to, że owym diagnozom towarzyszy jakaś bezradność i niezdolność do podjęcia właściwych decyzji.

NRL apeluje więc o zmianę polityki zdrowotnej, resort zdrowia natomiast o zmianę Kodeksu etyki lekarskiej, próbując zainicjować dyskusję w środowisku lekarskim nad etycznymi standardami lekarskiego postępowania. Służyć ma temu utworzona przy Ministrze Zdrowia Komisja do spraw etyki w ochronie zdrowia. Samorząd lekarski upatruje w tych działaniach próbę ograniczenia, ustawowo gwarantowanego, prawa i obowiązku do formułowania etycznych reguł postępowania lekarza. Powołanie bowiem Komisji do spraw etyki w ochronie zdrowia jest próbą złamania monopolu środowiska lekarskiego w zakresie regulacji etyczno-lekarskich, co jest spełnieniem postulatów wielu bioetyków. Lecz forma zaistnienia tej Komisji, jej prasowe apelacje, która nadto (sic!) nie przyznaje się do publicznych wystąpień swoich członków, tę szansę zbudowania społecznej płaszczyzny dla wypracowywania bioetycznych konsensusów może skutecznie zablokować na lata.

Należy jednak dostrzec, że katalog tematów, wątków i zagadnień, jakim ma zajmować się Komisja jest imponujący: konflikt interesów w ochronie zdrowia, zaufanie w ochronie zdrowia, etyka i etycy w ochronie zdrowia, kształcenie w zawodach medycznych, etyczne zasady prowadzenia badań biomedycznych, partnerstwo w ochronie zdrowia, nowe technologie biomedyczne, dostęp do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, etyka działalności naukowej w medycynie, kultura prawna w medycynie, problematyka końca życia. To inicjatywa odważna, potrzebna i rokowałaby lepiej, gdyby nie wystąpienie przed szereg profesora Hartmana, który zwymyślał środowisko lekarskie, a w wywiadzie dla Angory nadto uznał Kodeks etyki lekarskiej za źródło deprawacji, wieszcząc proroczo radykalizm zmian i odgrażając się jednocześnie: „Korporacja zobaczy, co naprawdę jest poważną sprawą”. To utrudnia polemikę, a nawet i przyznanie słuszności sądów, ponieważ kreując się na bioetyczną Sybillę, profesor Hartman uniemożliwia rozsądny dyskurs. Po prostu, zbyteczna jest dyskusja – wystarczy czekać.

Wystąpienie profesora Hartmana jako członka tej Komisji nabrało politycznego wymiaru, ponieważ konsekwencją jego głosu będzie przekonanie opinii publicznej, że ministrowi zdrowia na sercu leżą problemy ochrony zdrowia, a jedynym politycznym oponentem jest samorząd lekarski. Dlatego profesor Hartman użył takiej, a nie innej formuły wypowiedzi i odwołał się do krytycznej argumentacji upatrującej w samorządności lekarskiej jedynie korporacyjną obronę interesu zawodowego. Wystąpieniem swym postawił jednak dwa inne problemy, które z pewnością warto uczynić przedmiotem rozważań: po pierwsze – wprost – jaką rolę ma pełnić samorząd lekarski w społeczeństwie o tym właściwym nam typie demokracji, czyli na czym polegać ma ochrona interesów zawodowych lekarzy?; a po drugie, mimochodem, jaką formułę dyskusji społecznej nad standardami lekarskiego postępowania należy przyjąć?

Kodeks, etyka lekarska i bioetyka

Profesor Hartman podejmując krytykę Kodeksu przywołał znane od lat zastrzeżenia odnoszące się do wielu tkwiących w Kodeksie nieścisłości i niejasności, nieprzystawalności jego zapisów do systemu prawnego, do archaicznego brzmienia niektórych normatywów. Zarzuty są proste, ale powody dla których Kodeks ma tę postać są złożone i nie da się je wyjaśnić, okraszając jedynie epitetami, że jest „mową-trawą”, wyrazem fobii korporacyjnych, przykładem amatorszczyzny i oportunizmu, napisanym na kolanie w postaci biurokratycznego tekstu, który skrywa hipokryzję i egoizm korporacyjny, gdzie „idea prania brudów we własnym domu jest w nim najsilniej wyeksponowana, a godność zawodu kojarzona jest z milkliwą powściągliwością”.

Jest to ocena niesprawiedliwa, nieprawdziwa i niewłaściwa. To, że Kodeks nie spełnia wielu oczekiwań, jest oczywistością, lecz nie uprawnia to do tak jednowymiarowej oceny jego etycznego przesłania. Pisze nadto profesor Hartman: „Nie ma tu autentycznego mierzenia się z tragicznymi nieraz konfliktami etycznymi zawodu lekarza, żadnej odwagi etycznej ani tej powagi prawdomówności – nazywania rzeczy po imieniu – tak charakterystycznej dla tekstów na wysokim poziomie etycznym”. A przecież lekarze nie mają wyłączności na opowiadanie się za rozstrzygnięciami aksjologicznych konfliktów moralnych w medycynie – uczynić to powinno społeczeństwo, wszystkie instytucje oraz grupy społeczne i zawodowe zaangażowane w ochronę zdrowia, także rządzący – zgodnie z wolą społeczeństwa. A ta wola nie jest moralnie jednoznaczna. Stąd i rozbieżności, wikłające często w niejasności: przykładowo, treść art. 32 Kodeksu („W stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii i stosowania środków nadzwyczajnych”) nie odpowiada treści art. 30 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Kodeks bowiem dopuszcza zaprzestanie działań w tych stanach, norma zaś Ustawy wyraża bezwzględną konieczność podejmowania działań w sytuacji zagrożenia życia, którą to stany terminalne są.

Na postawione przeze mnie lat temu kilka pytanie dotyczące właśnie niejasności w art. 32 KEL, dlaczego jest opór przed zmianami w Kodeksie, odpowiedź jedną usłyszałem – bo zrobi się z tego sprawa polityczna, nie etyczna, ale właśnie partyjna. Wszyscy będą wtedy chcieli ugrać na aksjologicznych konfliktach swój partyjny interes. Dowód prosty: co się stało z latami trwającymi deklaracjami prawnego uregulowania procedury zapłodnienia in vitro?

Jest zatem kilka powodów, dla których zaszczepiona jest w środowisku lekarskim swoista ociężałość niesprzyjająca dyskusji nad zmianami w Kodeksie. Po pierwsze, upolitycznianie deontologii lekarskiej odstręcza od wysiłku regulacji w tych obszarach medycznej działalności, które budzą konflikty światopoglądowe i aksjologiczne. Po drugie, Kodeks nie może wyprzedzać systemu prawa (tj. być z nim de facto sprzeczny), jeśli prawo to nie reguluje wielu aspektów medycznej rzeczywistości albo reguluje w sposób niewystarczający, o czym świadczą orzeczenia Sądu Najwyższego (np. w sprawie oświadczeń pro futuro). Po trzecie, nie można jednoznacznie rozstrzygnąć czegoś, co dylematem się jawi w społecznej moralności. Nieuzasadniony jest bowiem optymizm przedstawicieli woluntaryzmu prawnego, którzy wierzą, że rozstrzygnięcia aksjologiczne można zadekretować gestem legislacyjnym, a moralność ludzka zmieni jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki.

Tkwi w tym poważny problem filozoficzny: kto i dlaczego ma być dysponentem prawdy moralnej? Bioetycy odmawiają środowisku lekarskiemu przywileju wyłącznego decydowania o etycznych zasadach postępowania lekarskiego (tzw. przywileju epistemologicznego), twierdząc, że te zasady muszą być przedmiotem społecznego konsensusu. To stanowisko profesor K. Szewczyk uzasadnia następująco: „Otwarcie się medycyny jako integralnej części systemu opieki zdrowotnej na jej otoczenie polityczne, kulturowe i społeczne, powoduje przeniesienie autorytetu moralnego na społeczeństwo, uczyniło go tym suwerenem moralnym” (Bioetyka. Medycyna na granicach życia). Profesja medyczna nie jest autorytetem moralnym obdarzonym „przywilejem depozytariusza reguł etycznych, do których powinno się przykrawać prawo demokratyczne tworzone przez całe społeczeństwo” (tamże). Dlatego reguły etycznego postępowania lekarzy nie mogą być już ustanawiane przez nich samych, a muszą być wynegocjowane w dyskursie społecznym. Rola bioetyków polega na inicjowaniu i porządkowaniu dyskusji w społecznej debacie nad regulacjami etycznymi oraz na wypracowywaniu konsensusu akceptowanego przez wszystkich uczestników debaty. Profesor Szewczyk wyodrębnia cztery etapy debaty społecznej: 1. Publiczna dyskusja nad kontrowersyjnymi problemami, zazwyczaj związanymi ze zdarzeniami bulwersującymi opinię publiczną; 2. Formułowanie propozycji zmian w regulacjach etycznych i prawnych; 3. Powoływanie zespołów ekspertów reprezentujących różne profesje rekomendujących zmiany w tychże regulacjach; 4. Publiczna dyskusja nad tymi rekomendacjami.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Komisja do spraw etyki w ochronie zdrowia przy ministrze zdrowia zrealizuje ten wzorzec. Póki co, listy, apele i wywiady przecież nie prowokują dyskusji nad tymi problemami, które wymagają uregulowania etycznego lub prawnego, lecz bardziej wywołują dysputę nad piszącymi je oraz ich intencjami.

Budzi się jednak pewna wątpliwość, nad którą należy się pochylić. Jeśli profesor Hartman jako bioetyk podejmuje się recenzji Kodeksu etyki lekarskiej w oparciu o filozoficzne założenia, to w swej krytyce wskazuje jednocześnie na zakres filozoficznej kompetencji bioetyki. Można odnieść nieodparte wrażenie, że tą kompetencją jest przywilej filozoficznej krytyki, którym jedynie bioetyka zdaje się dysponować najwłaściwiej. Mówi bowiem w wywiadzie dla Angory o „korporacji lekarskiej, która boi się, że lekarze zaczną podlegać społecznej kontroli, a w tym zwłaszcza ocenie bioetyków, którzy często nie są lekarzami”. Krytyczna myśl bioetyków jako forma kontroli środowiska lekarskiego to już przedmiot polityki. Warto jednak zauważyć, że w kontekście medycyny jest to również kontrola nad pacjentami. Także, nad NFZ i – ostatecznie – nad Ministerstwem Zdrowia. Jaką więc kontrolę sprawuje suweren, czyli społeczeństwo, nad bioetykami?

Pojawia się więc pytanie o sposób uzyskania mandatu do sprawowania takiej kontroli. I tutaj musi być przywołane to zastrzeżenie, które zgłosił O. Marquard. Filozofia niesiona przywilejem krytyki, uciekłszy od posiadania sumienia, sama staje się sumieniem (Rozstanie z filozofią pierwszych zasad): „Krytyka podejrzewa wszystko i nad wszystkim sprawuje sąd (…). Sąd krytyki staje się więc samosądem” (tamże). Wtedy jest to uzurpacja, a komisja bioetyczna – oby tak się nie stało – przeobrazi się w inkwizycję bioetyczną. Tak pojmowana krytyczność staje się dogmatyzmem jedynego, absolutnego, sumienia, które tylko wtedy istnieje, jeśli odmówi możliwości istnienia jakiegokolwiek innego sumienia: „To, co nie służy krytyce, jest przeciw niej, czyli jest grzechem” (tamże), przeciwko jedynie słusznej przyszłości. Zdradą staje się zająknięcie, jakakolwiek wątpliwość. To jest dopiero nagonka.

Może budzić ciekawość, skąd nadto siła tej filozoficznej krytyki? Marquard podpowiada: w pojęciach emancypacji, w przeczuciu postępu, w wywęszeniu nowoczesności, w pewności poprawności – to jej oręż i narzędzie kary dla oponentów, a wtedy nie tylko recenzja staje się cenzurą, ale – i tu pada sedno – krytyka ta prowadzi „od tyrani wartości do tyranii miejsc w hierarchii wartości”(tamże). Proroctwo tylko wtedy uzyskuje siłę, kiedy ma pewność, że rozpoznało przyszłość.

Przedmiotowość bioetyki ma inklinacje absolutystyczne, wchłaniając te obszary refleksji, które własne instrumenty krytyki, oceny, recenzji wypracowują. Dlatego etyka lekarska ma być częścią refleksji bioetycznej, jej podporządkowaną, a deontologia winna rozpuścić się w systemie prawa, Kodeks zaś – tak, jak dotąd był stanowiony – nie powinien mieć racji bytu. Bioetycznie rozumiany obowiązek moralny lekarza jest bowiem zdefiniowany jako obowiązek zawodowy rozpisany przez procedury i standardy postępowania. Nie ma tu już miejsca na powinności moralne: coś, co nie jest konieczne, nie określa obowiązku. Poświęcenie, odwaga, zdolność do budzenia zaufania, do odczuwania empatii, współczucie znikają z przestrzeni etycznej lekarza. Także altruizm nie może być uznany za istotę lekarskiego profesjonalizmu. Lekarze, argumentuje się, nie są i nie mogą być altruistami w ich codziennym kontakcie z pacjentem, ponieważ podejmują działania zgodne z profesjonalizmem, a ten zawiera tylko obowiązek wobec pacjentów. Lekarze są odpowiedzialni za działania w najlepszym interesie pacjentów – altruizm jest czymś jedynie możliwym (W. Glannon, L.F. Ross, Are doctor altruistic?, J. Med. Ethics 2002, 28).

Profesor Szewczyk określa etykę lekarską następująco: „jest dziedziną bioetyki formującą oraz teoretycznie uzasadniającą podstawowe standardy profesjonalnych obowiązków lekarzy względem pacjenta, społeczeństwa, profesji i jej członków”. Na mocy tej definicji, nie mówimy już o wartościowych postawach, lecz o procedurach; nie o wartościach charakteru, lecz o wartościach przypisanych sytuacjom medycznym, w których uczestniczy lekarz i pacjent. Procedury są do zastosowania, cechy charakteru moralnego – do wykształcenia. Nie uniknie się więc konfliktu między refleksją nad obowiązkiem moralnym o Kantowskiej proweniencji a teorią cnoty tkwiącej w tradycji Arystotelesa.

Kodeks etyki lekarskiej nie tylko formułuje obowiązek moralny, który ma swój analogon w systemie prawa, ale nadto zakres powinności moralnych, które są istotne dla budowania relacji terapeutycznej, a które powinny skłaniać do wyrażania pożądanych wartości w postawach, zachowaniach i postępowaniu lekarza. Bez motywacji charakterologicznej nie tylko normy pozostaną wyłącznie na papierze, także wszelkie zalecane standardy i procedury, które wyznaczają ramy obowiązku zawodowego. To wartościowa motywacja uniemożliwia uchylenie się od obowiązków i powinności, a nie jakikolwiek zapis. Wartościowych postaw nie da się zadekretować, motywowanego nimi zaangażowania lekarza nie da się zalecić rekomendacją – trzeba je ukształtować. I do tego służy etyka lekarska, która wskazuje na związek konieczny między wartościową moralnie postawą lekarza a powodzeniem terapeutycznym. Jeśli więc etyka lekarska uznaje zaufanie do lekarza za jedną z najcenniejszych wartości, to nie dlatego, aby chronić lekarzy przed odpowiedzialnością za błędy lekarskie, ale dlatego, aby pacjent obdarzający lekarza zaufaniem, skłonny był powierzyć mu swoje troski, przyzwolić na wkroczenie lekarza w świat jego intymności. To gwarant szczerości konieczny jako przesłanka decyzji diagnostycznej (A. Steciwko, J. Barański, Relacja lekarz-pacjent. Zrozumienie i współpraca).

Wiele jest głosów krytycznych, które uznają niektóre zapisy Kodeksu za zbyteczne i oczywiste. Przykładowo, art. 12 ponoć nosi takie cechy: „1. Lekarz powinien życzliwie i kulturalnie traktować pacjentów, szanując ich godność osobistą, prawo do intymności i prywatności. 2. Relacje między pacjentem, a lekarzem powinny opierać się na ich wzajemnym zaufaniu; dlatego pacjent powinien mieć prawo do wyboru lekarza”. Norma ta mówi o powinności wartościowego postępowania istotnego nie dla wizerunku obyczajowego lekarza, lecz dla budowania więzi terapeutycznej. Zdolność bowiem do odpowiedzialnej i niezależnej decyzji lekarskiej, do wytworzenia zaufania w pacjencie i życzliwe podejście do niego staje się przesłanką uszanowania godności chorego, a dzięki temu przecież możliwe będzie zachowanie intymności i prywatności pacjenta. Dopiero wtedy, gdy pacjent ufa lekarzowi, a lekarz życzliwie go traktuje, zachowując jego intymność i prywatność, możliwe jest właściwe respektowanie praw pacjenta i uszanowanie jego autonomii.

Normy Kodeksu powinny upominać się o wartościowe postawy lekarzy, aby chronić pacjentów i lekarzy przed sytuacjami moralnego ryzyka, takimi, w których nie tylko można popełnić błąd lekarski, ale – po prostu – skrzywdzić chorego. Przykładem takiej normy jest art. 8 KEL: „Lekarz powinien przeprowadzać wszelkie postępowanie diagnostyczne, lecznicze i zapobiegawcze z należytą starannością, poświęcając im niezbędny czas”. Spełnienie tej normy wymaga również kompetencji etycznych lekarza, czyli zdolności do urzeczywistniania wartości ustanawiających relację między lekarzem a pacjentem. Lekarz inspirowany tymi wartościami, zorientowany na ich respektowanie w praktyce lekarskiej, przyjmuje pracę pro bono jako kluczową do właściwego posługiwania się medyczną wiedzą (E. Pellegrino).

Dlatego potrzebna jest etyka lekarska. O tym, w moim przekonaniu, mówi i powinien prawić Kodeks etyki lekarskiej. Jest on bowiem sposobem wypowiedzenia moralnego wzorca lekarza, przekazem etycznym mówiącym o tym, jakie dyspozycje moralne mają cechować lekarza; jakie musi on w sobie kształtować, aby być lekarzem troskliwym, wyrozumiałym, cierpliwym, odważnym, zdolnym do współczucia, życzliwym, szanującym ludzi i ich autonomię, chroniącym intymność i prywatność chorego itd. Taki Kodeks ma fundamentalną funkcję dydaktyczną dla studentów uczelni medycznych. Jak pisał Mikołaj Rej: „I wosk, póki miękki, tedy w się rychlej pieczęć przyjmie, niźli kiedy stwardnieje” (Żywot człowieka poczciwego). Zawsze pojawić się może sceptyczna uwaga, którą zgłosił profesor P. Łuków: „kodeksowe nakazy i zakazy mogą tylko w niewielkim stopniu wpływać na postawy lekarzy. Lekarze, którzy dysponują cnotami, kodeksów nie potrzebują, a lekarze, którzy cnót nie posiedli, nie będą w stanie sprostać autentycznej trosce o ideały etyki lekarskiej” (Komu jest potrzebny kodeks etyki lekarskiej?). Z pewnością jedni i drudzy o tym wiedzą, lecz po to właśnie jest Kodeks, aby tym, którzy nie potrafią sprostać, ukazać cel i środki, aby byli poczciwymi ludźmi i lepszymi lekarzami.

Dr hab. Jarosław Barański

 

Zaloguj się aby komentować.