logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 28 gości 
Literackie podróże - Słońce na końcu drogi Drukuj
Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 

Słońce na końcu drogi

Pewnego razu przyszedł na moją skrzynkę pocztową e-mail. Nieznany mi człowiek pytał, czy mogłabym przyjść do niego na wizytę domową. Pisał, że jeździ na wózku inwalidzkim i czuje się osamotniony w towarzystwie wyrachowanych, obcych osób. Wiadomość charakteryzowała się zwięzłą, wyszukaną formą. Ktoś „po tamtej stronie” sieci musiał być wykształconym, inteligentnym człowiekiem. Zaznaczał też, że „chyba ma depresję” i jest człowiekiem niewierzącym. Nie rozumiałam, co miało oznaczać oświadczenie dotyczące poglądów religijnych, ale widocznie, to była w jego odczuciu ważna informacja. Rzadko decyduję się na wizyty domowe do osób, których nie znam. Ale ten człowiek mnie przekonał, do dziś nie wiem czym. Wymieniliśmy kilka krótkich maili i umówiliśmy się na piątkowe popołudnie.

Mój przyszły pacjent nie pisał w mailach o miejscu zamieszkania, byłam zatem trochę zaskoczona, gdy dotarłam w końcu pod wskazany adres. Mieszkał w prywatnym Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym tuż pod Wrocławiem. ZOL prowadzony był przez siostry zakonne. Przewrotna myśl zrodziła się wówczas w mojej głowie: „idealne miejsce dla zdeklarowanego ateisty”. Mężczyzna czekał na mnie w altance położonej wśród gęstej zieleni dużego ogrodu. Był lipiec, zewsząd unosił się zapach kwitnących lip, które rosły wzdłuż dość długiej alei w centrum tego dość wiekowego ogrodu. Dookoła znajdowały się dokładnie przystrzyżone trawniki.

Mężczyzna był wyposażony w laptop i telefon. Okrągły, kamienny stolik zakrywały książki. Siedział na wózku inwalidzkim. Miał ok. sześćdziesięciu lat, mocno wychudzony, o szaro-żółtym, niezdrowym odcieniu cery. Jego koszula i spodnie były dość dobrze odprasowane, mało wygodne do jeżdżenia na wózku, ale myślę, że ten człowiek po prostu ubierał się tak kiedyś na co dzień. Miał głęboki, przyjemny głos, zgaszony wzrok, w którym czasami zapalały się ogniki przekory i nieznanej mi tajemnicy.

– Pewnie dziwi się pani, że u schyłku życia zapragnąłem porozmawiać z psychiatrą?

Patrzył na mnie pytająco.

– Właściwie, nie mam za wielu chętnych do rozmowy… Od pół roku mieszkam tu zupełnie sam. Nie widuje innych mieszkańców, nie mam na to ochoty. Nie interesują mnie. Czasem wpada ksiądz, ale jestem niewierzący i trudno mi przyjmować jego punkt widzenia. Człowiek z niego jest jednak w porządku, inteligentny, nie narzuca się.

Przejechał się wózkiem po altance, zawrócił w moją stronę.

– Ostatnio zupełnie nie mogę spać, nie chce mi się dbać o siebie, nie chce mi się czytać, nawet nie chce mi się myśleć.

Westchnął. Po chwili kontynuował swój monolog.

– Właściwie o czym miałbym myśleć, nie widzę niczego, co miałoby jeszcze dla mnie jakieś znaczenie. Dwa lata temu wszystko się zmieniło. Byłem znanym i bogatym człowiekiem, prowadziłem dobrze prosperującą firmę budowlaną. Moje budynki znajdzie pani w całej Polsce, mieszkają w nich tysiące ludzi… Miałem opinię uczciwego oraz solidnego człowieka. Żona, dwoje dorosłych synów. Moja małżonka jest projektantką, właściwie całe życie projektowała dla przyjemności. Nie musiała zarabiać pieniędzy, ja dbałem o wszystko. Miałem sporo przyjaciół, a może tak mi się tylko wtedy wydawało. Jeździłem po świecie, zwiedzałem miejsca, o których marzyłem w młodości, było mnie na to stać. Nie zastanawiałem się nad wieloma sprawami, mogłem odżegnać się od rzeczy, których nie chciałem widzieć. Uważałem, że cały świat powinien być dostosowany do mojej osoby…

Mężczyzna mówił do mnie, a może rozmawiał sam ze sobą. Przez chwilę miałam wrażenie, że zapomniał o moim istnieniu, że mnie nie zauważa. Nie chciałam wyrywać go z zadumy, siedziałam bez ruchu. Patrzył gdzieś obok mnie, w jakąś niewidzialną dla mnie przestrzeń, patrzył w sobie tylko znaną przeszłość.

– Byłem na polowaniu, czekaliśmy z kolegami na ambonie myśliwskiej aż nadejdą dziki. Nastała noc, a wraz z nią robiło się coraz chłodniej, zza przybladłych chmur wyłonił się prawie cały księżyc. Idealne warunki na oddanie strzału. Ale dzików nie było. Po kilku godzinach zdecydowałem, że zejdę do samochodu po cieplejsze ubranie i coś mocniejszego do picia. W stalowej manierce znajdowała się w bagażniku herbata z niewielką ilością rumu. Zszedłem, dostałem się do auta. Odnalazłem jeszcze koce i po cichu wracałem do ambonki. Starałem się nie robić hałasu, delikatnie stawiałem stopy na pokrytej liśćmi ziemi. Usłyszałem dobiegające z oddali niezidentyfikowane dźwięki. Nagle – nie wiadomo skąd, pojawiła się wokół mnie cała wataha dzików. Zostałem uderzony wielokrotnie, podrzucony kilka razy do góry. W jednym momencie rozszarpały mi spodnie i lewe udo. Wszystko działo się w zawrotnym tempie. Później wszystko zniknęło, zgasło, wyłączyłem się, chyba straciłem przytomność…

Po chwili milczenia.

– Doszedłem do siebie w szpitalu. Miałem złamany kręgosłup w odcinku piersiowym, byłem sparaliżowany prawie od samej szyi w dół, wiele ran szarpanych pozszywanych zanim oprzytomniałem, straciłem dużo krwi. Minęło dwadzieścia siedem godzin, zanim odzyskałem przytomność. Nie mogłem wstać, nie czułem nóg, znajdowałem się w jakimś obcym mi ciele. Najpierw niczego nie rozumiałem, później złościłem się strasznie, a później wyłem z bezsilności. Jeszcze później zapadłem się gdzieś w środek bezwładnego ciała i powoli poddałem się. Zamykałem oczy, pogrążałem się w swoich myślach i przeszłości. To był świat, którego nikt nie mógł mi zabrać… to był świat, którego już nie było, zachował się jedynie w moich wspomnieniach… Żałowałem, że dziki nie rozszarpały mnie na śmierć. Niezdarne stworzenia.

– Później już całkiem prosta historia. Żona mnie zostawiła. Okazało się, że przez wiele lat „znosiła moje fanaberie, że właściwie była ze mną tylko ze względu na dzieci”. Nie chciała więcej marnować życia, zwłaszcza, że potrzebowałem opieki. Z wielkiego człowieka interesu stałem się ułomnym mężczyzną, który nie mógł sam poruszać się po pokoju i który sikał do pampersów… Cała moja firma stała się własnością żony, mieliśmy rozdzielność majątkową. I, chyba sama pani rozumie, że wraz z odejściem żony straciłem wszystko. Nie miałem nawet dokąd wrócić po wyjściu z neurochirurgii. Spędziłem w szpitalach kilka miesięcy. Jeden z moich przyjaciół, z tych nielicznych, którzy mnie nie opuścili, załatwiał mi rehabilitację w dobrych ośrodkach na własny koszt, zresztą Marcin do dziś odwiedza mnie i płaci wszystkie moje rachunki. Na szczęście potrwa to już nie długo. Na moje szczęście zbliża się śmierć i tym razem jej nie umknę. To, akurat mnie pociesza. Podczas rehabilitacji odkryto, że mam raka skóry – czerniak, ostatnie stadium…

Zauważyłam, że ten monolog go wyczerpał. Był wyraźnie zmęczony, jeszcze bledszy niż poprzednio, na jego czole pojawiły się kropelki potu.

– Nie potrafię zrozumieć, dlaczego synowie nigdy mnie nie odwiedzili. Dbałem o chłopców, mieli możliwość studiowania w najlepszych szkołach, pomogłem im wybudować domy, myślałem, że jesteśmy ze sobą bardzo związani. Może nie byłem najlepszym ojcem, ale przez te wszystkie lata bardzo się starałem ojcem być.. Musiałem jednak zrobić coś nie tak… To, że moje dzieci nie mają dla mnie czasu boli najbardziej… Z upływem miesięcy udało się mnie trochę „odrestaurować”. Mogę siedzieć na wózku, umiem go prowadzić. Wprawdzie jest elektryczny, ale umiejętności motoryczne zawsze przypisuję sobie. Umiem jeść, ale ręce są jeszcze dość niesprawne. Mogę pisać, chociaż napisanie do pani maila zabiera mi sporo czasu… Moje życie było ciekawe, dość intensywne. Udało mi się zrealizować wiele planów, udało mi się zobaczyć różne zakątki świata. Gdy studiowałem na Politechnice Wrocławskiej, nie miałem za co żyć, nie miałem pieniędzy na wynajęcie stancji. Pracowałem nocami jako ochroniarz, sprzątałem, rozładowywałem pociągi, pomagałem przy budowie budynków, raz nawet pracowałem jako niańka dla czteroletniego chłopca. To była moja najkrótsza praca, trwała cztery dni, na piąty dzień zostałem zwolniony, bowiem chłopak strasznie krzyczał na mój widok. Nigdy nie rozumiałem dlaczego. Wszystko w życiu mi się udało, jeszcze kilka miesięcy wcześniej myślałem, że poślubiłem właściwą kobietę, że dobrze wychowałem synów. Ale myliłem się, nie udało mi się zbudować prawdziwej rodziny.

Mój współrozmówca zamilkł, może znowu pogrążył się w zadumie, a może, odpoczywał. W oddali było słychać śpiew słowików, w koronach ogromnych, wiekowych lip hulał wiatr. Przez moment łudziłam się, że ta historia nie wydarzyła się naprawdę.

– Myślę, że popełniłem jeden błąd, myślę, że skrzywdziłem kogoś, kogo kochałem i kto kochał mnie…

– Jakieś piętnaście lat temu spotkałem kobietę. Była sporo młodsza. Zakochałem się, ale uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, gdy ją straciłem. Myślałem, że to przygoda, że to przeminie, że mam rodzinę i ułożone życie, że nie wygodnie jest to wszystko rujnować. Poza tym nie byłbym już „człowiekiem bez skazy”. Chciałem się zabawić i już. Tak robi większość moich znajomych. To nic takiego. Zabawiłem się, wdałem się w romans. Po jakimś czasie tamta kobieta wycofała się, zrozumiała, że jestem zdolny tylko do romansu. Sam jej powiedziałem, że nie byłem, nie jestem i nie będę w niej zakochany, że to taka męska gra. Dało się zauważyć, że ta opowieść kosztuję mężczyznę najwięcej wysiłku.

– Przestała się ze mną spotykać. Myślałem, że z czasem zmieni zdanie. Dałem jej trochę czasu i przestrzeni. Zdania nie zmieniła. Dowiedziałem się później, że po rozstaniu ze mną załamała się, popadła w głęboką depresję, miesiącami nie wychodziła z domu, nie jadła, nie spała, nie dbała o siebie, straciła pracę, nie miała za co żyć, a w końcu zachorowała na nowotwór krwi, nie chciała się leczyć. Ja nigdy nie próbowałem jej pomóc. Myślę, że byłem tchórzem, oszukiwałem samego siebie, nie było mnie stać na odważną decyzję, aby przyznać się przed samym sobą, że ją kocham, że chce z nią być, że jest kobietą, na którą czekałem całe moje życie. I którą zraniłem najbardziej na świecie.

Mężczyzna stał się prawie przezroczysty, wyostrzyły się rysy jego twarzy. Czułam jego cierpienie.

– Wiem, że Marta żyje, nigdy nie związała się z żadnym mężczyzną, nie miała dzieci, chociaż bardzo ich pragnęła. Chciałbym cofnąć czas, chciałbym to naprawić, ale to nie możliwe. Nawet nie mam okazji, aby jej wszystko wytłumaczyć, przeprosić. Za późno, o wiele lat za późno. Wiem, że mi wybaczyła, przeze mnie nigdy nie była jednak szczęśliwa, chciałbym to wszystko naprawić…

Błękitno-seledynowo-kremowy motyl krążył nad stolikiem, jakby przysłuchując się mojemu rozmówcy. Bałam się poruszyć, aby nie zakłócić tej chwili.

– Byłem młody, przyjaźniłem się z moją żoną od piaskownicy, jakoś tak wyszło, że zaszła w ciążę. Nie zostawiłem jej, ożeniłem się, chciałem być odpowiedzialny. Ale ja nigdy jej nie kochałem. Dziś myślę, iż miała rację, twierdząc że zmarnowałem jej życie. Jej i swoje. Może chociaż majątek, który zgromadziłem i który mi zabrała jakoś wynagrodzi jej te wszystkie lata udawanego szczęścia, chociaż pewnie nie istnieje taka cena, która zwróciłaby czas jej życia. Na pewno zmarnowałem życie Marty, kobiety, którą kochałem i kocham do dziś.

Z wnętrza budynku dochodził śpiew, wyglądało mi to na wieczorną modlitwę sióstr – nieszpory. Mężczyzna również zwrócił uwagę na modlitwę. Przez chwilę słuchał.

– Siostry śpiewają tak każdego wieczoru i rano, czasem także w południe. Często się modlą. Ja nigdy nie widziałem Boga, nigdy Go nie spotkałem. Trochę ich nie rozumiem… Czasem myślę, że chciałbym móc uwierzyć… chciałbym wiedzieć, że po śmierci nie będę sam, że znowu będę wolny, będę mógł chodzić, chciałbym wierzyć, że po śmierci jest inne życie. Tak jak te siostry. Ale nie wierzę. Poza tym pewnie Bóg nie chciałby ze mną rozmawiać chociażby z tego powodu, że byłem próżny i myślałem najwięcej o sobie samym, że zraniłem, a może zabiłem kobietę, która była na świecie stworzona dla mnie…

Złe samopoczucie mężczyzny przerwało monolog. Uznał, że musi się położyć. Prosił mnie o jakieś leki nasenne. I jeszcze prosił, żebym przyszła na jego pogrzeb, bo chciałby bardzo, by była na nim kobieta. Nawet nie zdążyłam się pożegnać. Na wezwanie dzwonka przybiegła siostra, która była również pielęgniarką, i szybko zabrała mężczyznę do jego pokoju. Więcej nie zobaczyłam tego człowieka. Po tygodniu siostry zakonne powiadomiły mnie o terminie jego pogrzebu. Obiecałam mojemu pacjentowi, że przyjadę, zatem nie zastanawiałam się, kupiłam bordowe róże i pojechałam na cmentarz.

Utknęłam w korkach i trochę się spóźniłam. Dzień od rana był bardzo pochmurny, szary, cały czas padał deszcz, nie ustawał chłodny wiatr. Przy kaplicy cmentarnej zastałam osiem osób, sami mężczyźni. Ksiądz kończył modlitwę, nie pamiętam, co dokładnie powiedział. Nie zabrałam płaszcza i zdążyłam zmarznąć, próbowałam „wbić się” w moją marynarkę, ale to nie pomagało. W którymś momencie grabarze ubrani w świąteczne ubrania i białe rękawiczki wynieśli trumnę z ciałem i złożyli ją na specjalnym powozie. I stało się coś dziwnego. Nagle, jak na jakiś wyraźny rozkaz, zapadła cisza, zrobiło się zupełnie cicho. Jakby w jednym momencie rozstąpiły się chmury, odsłaniając słońce. Przestało padać. Dziesiątki, setki tysięcy małych kropli po deszczu nagle zabłysły w słońcu, jakby miliony małych słońc zapaliło się na ziemi. Błyszczała trawa, drzewa, kwiaty, wieńce i kropelki wody na trumnie. Nawet moja marynarka i róże błyszczały, świeciły się i odbijały blaskiem. Zrobił się cudowny, lipcowy dzień. Po chwili odezwały się ptaki, jakieś pszczoły, a na skraju cmentarza pojawiła się piękna, mieniąca się wyrazistymi, jaskrawymi barwami tęcza. Już nie było mi zimno…

Wieczorem odebrałam e-maile, nie otwierałam skrzynki przez kilka dni. Miałam kilka wiadomości. Jedna z nich była od mojego pacjenta, którego spotkałam dwa razy w moim życiu – w ogrodzie w pobliżu lipowej alei i na jego pogrzebie. Z jakimś niepokojem otworzyłam wiadomość i zaczęłam czytać. „Wciąż mam wątpliwości. Może jednak jest jakieś inne życie, może nie wiem wszystkiego. Błagam więc Boga, którego nie znam i nie wiem czy On istnieje o jakieś światło, o jakiś znak. Nie mam za wiele czasu, On musi się pospieszyć. Błagam Boga o słońce na końcu mojej drogi, żebym mógł uwierzyć…”.

Dzisiaj na wiejskim cmentarzu pod Wrocławiem widziałam słońce, widziałam miliony słońc na samym końcu drogi Aleksandra. Tak miał na imię człowiek, który odszedł.

Olga Pasławska

 

Zaloguj się aby komentować.