logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 27 gości 
Mistrzowie wrocławskiej medycyny – szkice do portretów - HENRYK MIERZECKI Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

HENRYK MIERZECKI

1891-1977. Doktor medycyny, profesor, specjalista chorób skórnych i wenerycznych

Absolwent Wydziału Lekarskiego UJK we Lwowie. W 1919 r. uzyskał stopień doktora medycyny. Zmobilizowany do służby wojskowej w armii austriackiej pracował na Oddziale Chorób Skórnych i Wenerycznych Szpitala Wojskowego, którego ordynatorem był wiedeński dermatolog docent Wiktor Mucha, a następnie podczas służby w sztabie VI Armii Wojska Polskiego w Zakładzie Anatomii Patologicznej UJK (kierownik: profesor Witold Nowicki) we Lwowie. W 1921 r. został asystentem Kliniki Dermatologicznej UJK (kierownik: profesor Włodzimierz Łukasiewicz, a po nim profesor Jan Lenartowicz). Odbył staż naukowy w Klinice Charite w Berlinie. Od 1924 r. prowadził samodzielne badania naukowe, pracując w Kasie Chorych we Lwowie, w zakresie dermatologii pracowniczej – wyniki badań przedstawiał na zjazdach naukowych. W latach okupacji niemieckiej korzystał wraz z rodziną ze schronienia w klasztorze Bernardynów, a następnie przebywał pod przybranym nazwiskiem w Warszawie; pracował w wytwórni kosmetyków.

 

Fot. Historia Wydziału Lekarskiego... W. KozuschekPo wojnie – w 1945 r. – habilitował się na UJ w Krakowie z zakresu medycyny społecznej i przemysłowej. W 1949 r. jako profesor objął kierownictwo Kliniki Dermatologicznej we Wrocławiu, kontynuując głównie badania z zakresu dermatologii przemysłowej. Od pierwszych lat pracy zawodowej był członkiem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego i Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego – parokrotnie pełnił obowiązki prezesa we lwowskim i wrocławskim oddziale tych stowarzyszeń, został również członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Był członkiem Komisji Medycyny Pracy PAN oraz w 1964 r. ekspertem Światowej Organizacji Zdrowia. Po przejściu na emeryturę w 1961 r. nadal kierował przychodnią chorób zawodowych i pracownią dermatoz przemysłowych przy Klinice Dermatologicznej we Wrocławiu.

Zainteresowania i osiągnięcia naukowe: medycyna pracy, dermatologia przemysłowa; kosmetologia. Autor (wspólnie z żoną Janiną, znaną artystką, fotografikiem) pionierskiej monografii-albumu „Ręka pracująca”(1938,1946). Autor lub współautor kilku podręczników, m.in.: „Pracownicze choroby skóry”, „Kosmetyka lekarska” oraz pamiętnika „Czasy i klimaty – pamiętnik lekarza”.

Źródła: Henryk Mierzecki: Czasy i klimaty – pamiętnik lekarza. Kwartalnik Historii, Nauki i Techniki, R. 26: 1981, nr 3-4, s. 502-532. (www.wiw.pl/wielcy/kwartalnik/MierzeckiHenryk.asp).

Zebrał i opracował Jerzy Bogdan Kos

HENRYK MIERZECKI W ANEGDOTACH

Z PAMIĘTNIKA

(…) W czasie mojej pracy w Zakładzie Anatomii Patologicznej (we Lwowie – JBK) zwrócił się do mnie profesor Nowicki z propozycją profesora Włodzimierza Łukasiewicza, dyrektora Kliniki Dermatologicznej, objęcia w tejże Klinice stanowiska asystenta naukowego o pewnym anatomicznym przygotowaniu. Wahałem się, czy proponowany mi etat objąć. Stanowisko asystenta u prof. Łukasiewicza było dużym wyróżnieniem i lekarze, nawet o długim stażu klinicznym, nie otrzymywali etatu asystenta. Miałem wprawdzie przygotowanie dermatologiczne od prof. Muchy, ale nie zamierzałem poświęcić się dermatologii i wenerologii, lecz pedagogice i lecznictwu dzieci umysłowo upośledzonych. (…)

Zgłosiłem się do szefa Kliniki prof. Łukasiewicza. Był to człowiek średniego wzrostu o arystokratycznym wyglądzie, wytworny, przypominający dawnych wiedeńskich hofratów. Profesor Łukasiewicz był wychowankiem kliniki wiedeńskiej, docentem znakomitego dermatologa Maurycego Kaposiego – współpracownika, a następnie zięcia twórcy dermatologii prof. Ferdynanda Hebry. (Do czasów prof. Hebry dermatologia nie była samodzielną dyscypliną, stała się nią dopiero pod wpływem prof. Hebry). Prof. Łukasiewicz, po pobycie w Wiedniu i współpracy z Kaposim, objął Klinikę Dermatologii w Innsbrucku, a z chwilą organizacji Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu we Lwowie (1896 r.) – katedrę lwowską. Cieszył się sławą nie tylko w Polsce, ale i w dawnej monarchii austriacko-węgierskiej, jako wybitny diagnosta i terapeuta. (…)

Zgodnie z kierunkiem kliniki, a przygotowaniem moim na oddziale doc. Wiktora Muchy, zająłem się badaniami chorób wenerycznych i stąd też pierwsze moje publikacje w piśmiennictwie polskim („Polska Gazeta Lekarska”) i austriackim („Wiener Klinik Wochenschrift”), niemieckim („Dermatologische Wohenschrift”) i francuskim („Annales de Maladies Vennerienes”) objęły zagadnienia wenerologii (kiły i rzeżączki). Badania doświadczalne i teoretyczne oparłem, z braku urządzonej pracowni naukowej , o pracownię w Zakładzie Anatomii Patologicznej (prof. Witold Nowicki) i Zakładzie Higieny (prof. Zdzisław Steusing). (…)

Z zakresu serologii kiły zajmowałem się odczynami kłaczkującymi. Istniał wówczas spór w nauce, czy kłaczek pojawiający się w surowicy krwi jest pochodzenia białkowego, czy tłuszczowego. Postanowiłem zagadnienie to rozwiązać w sposób tinktorialny (barwnikowy). Najwyraźniejsza reakcja wystąpiła po zastosowaniu błękitu Nilu, wybitnego odczynnika tłuszczowego. Kłaczek rzeczywiście zabarwił się na kolor niebieski. Wyniki tej pracy ogłosiłem w piśmiennictwie polskim („Polska Gazeta Lekarska”) i niemieckim („Dermatologische Wochenschrift”). Barwna odmiana odczynu kłaczkowatego wprowadzona została do Reagenzbuch Mercka pod nazwą „Mierzecki’s Reaktion auf Syphilis”. (…)

W czasie wojny światowej nauka poczyniła postępy i by się z nimi zapoznać należało wyjechać za granicę. Najchętniej wyjechałbym do Wiednia. Po zakończeniu wojny monarchia austriacko-węgierska rozpadła się. Wiedeń zubożał, a sławne kliniki wiedeńskie straciły swój splendor. Wobec tego jako miejsce właściwe do szkolenia wybrałem Berlin, który – mimo występujących tam licznych zaburzeń społecznych i gospodarczych – utrzymywał jeszcze kliniki na wysokim poziomie. Do wyjazdu do Berlina zachęcał mnie również profesor i z listami polecającymi od niego wybrałem się w 1922 roku do berlińskiej kliniki dermatologicznej prowadzonej przez prof. Georga Arndta.

Henryk Mierzecki: Czasy i klimaty – „pamiętnik lekarza.” Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” R. 26: 1981 nr 3-4 s. 503-532.

RĘCE

Wykłady i ćwiczenia z chorób skórnych i wenerycznych prowadził profesor Henryk Mierzecki, zwany popularnie przez studentów „Syfilutkiem”. Niski, korpulentny pan z dużą, ładną brodą był wybitnym specjalistą w zakresie zawodowych chorób skóry, w szczególności dłoni.

Zbliżał się egzamin z tego przedmiotu. Waldek B. bał się bardzo tego egzaminu i wpadł na genialny pomysł. Pomyślał: jeśli profesor zainteresuje się moimi dłońmi, to poprzestanie na pytaniach dotyczących tej problematyki. Przez kilka dni nacierał ręce węglem, a przed egzaminem lekko je umył. Był 22 marca, piękny, słoneczny dzień 1950 roku. Zdawaliśmy w czwórkę. Waldek siadł na krześle nieco dalej od biurka i wyeksponował swoje dłonie na jasnych spodniach. Profesor zadał pytanie Starościńskiemu, ale nie słuchał uważnie jego odpowiedzi, tylko ciągle zerkał w stronę Waldka zafascynowany jego dłońmi.

Gdy Kazik skończył profesor powiedział: – Bardzo dobrze! – i podszedł do Waldka. Wziął jego dłonie, oglądał z jednej, potem z drugiej strony. Zdziwiony podszedł do biurka i wziął lupę, by z jej pomocą jeszcze raz obejrzeć ręce Waldka. Gdy siadł ponownie za biurkiem, zaśmiał się rubasznie i głaszcząc swoją długą siwą brodę powiedział:

– Myślałem początkowo, panie kolego B., że jest pan górnikiem, ale ma pan zbyt delikatne ręce i brak na nich odcisków. Po prostu miał pan kontakt z węglem i to przez okres bardzo krótki.

Waldek skruszony opowiedział całą prawdę i dzięki temu oraz dużemu poczuciu humoru profesora po kilku pytaniach egzamin wypadł nam bardzo pomyślnie.

Czesław Kempisty: Przeżyć dzień. Wspomnienia z lat 1941-1951. Wrocław 1989, s. 266-267.

EGZAMIN TO ŚWIĘTO

Egzamin z dermatologii. Mieliśmy wyznaczony termin na lipiec, a więc musieliśmy specjalnie przyjechać do Wrocławia z wakacyjnych praktyk szpitalnych. Nie każdy mieszkał w stolicy Dolnego Śląska i dlatego jeden z kolegów przyszedł na egzamin ubrany raczej sportowo – w barwną koszulę kratę. Profesor Henryk Mierzecki tego nie znosił. Dla niego egzamin to była rzecz święta, a dla studenta miała być świętem. Nie zdziwiliśmy się, kiedy Profesor wchodząc do sekretariatu zlustrował nas bystrym wzrokiem i powiedział:

– Panowie, nikogo nie przyjmę na egzamin, dopóki kolega nie będzie odpowiednio ubrany.

W pośpiechu zrobiliśmy zrzutkę i nasz nieszczęsny „sportowiec” pojechał do sklepu po białą koszulę i krawat. Po jego powrocie zameldowaliśmy Profesorowi, że wszyscy są już odpowiednio ubrani. Udobruchany Profesor nawet nie był taki groźny – po dwóch kolejkach pytań zdaliśmy egzamin. A przy okazji przypomniał nam o szacunku do macierzystej Uczelni. I miał rację – Uczelnia to nie freblówka.

Ryszard Orzeł: Egzamin – to święto (w:) Szósty Rocznik pod red. Jerzego Bogdana Kosa, Wrocław 1995, s. 117.

„SYFILUTEK”

Profesor Henryk Mierzecki – dermatolog i wenerolog, miał wśród studentów przezwisko „Syfilutek”. Było ono zbitką dwóch słów: „syfilis” i „Filutek”. „Syfilis” był aluzją do zawodu Profesora, zaś drugi człon przezwiska nawiązywał do bardzo popularnej w tym czasie postaci zabawnego Profesora Filutka z „Przekroju”. Z tym, że o ile dowcipy serwowane czytelnikom przez Profesora Filutka odznaczały się wdziękiem, finezją i inteligencją, o tyle próbki dowcipów, którymi starał się czasami ubarwić swoje wykłady profesor Mierzecki były najczęściej nie najwyższego lotu. Stąd też rzadko kiedy reagowano na nie śmiechem i aplauzem.

Podczas jednego z wykładów poświęconego kile i jej późnym następstwom Profesor mówił o trudnej decyzji, jaką musiał podjąć po przypadkowym skaleczeniu się i zakażeniu krwią pacjenta chorego na kiłę. Nie jestem wenerologiem i nie powtórzę wiernie – po wielu latach, jakie upłynęły od tamtego wydarzenia, co wtedy mówił Profesor. Problem sprowadzał się do tego, czy poddać się bezzwłocznie profilaktycznemu leczeniu przeciw kile, które było uciążliwe i nieobojętne dla organizmu, czy zaryzykować, że w określonych warunkach do zakażenia nie dojdzie i leczenia zapobiegawczego można nie zaczynać. Swoją opowieść Profesor zakończył radosnym stwierdzeniem:

– Jak państwo widzicie, decyzja ta była słuszna i żadne objawy kiły u mnie nie wystąpiły. Do dzisiaj zachowałem pełne zdrowie fizyczne i intelektualne!

A wtedy, gdzieś z głębi sali wykładowej, z ostatnich rzędów ławek rozległy się wypowiedziane tubalnym głosem dwa słowa:

– No, no!?

Na tle radosnej relacji Profesora, sposób w jaki zostały wypowiedziane, był tak zabawną mieszaniną podziwu i powątpiewania, że wiele osób parsknęło śmiechem, co nieco speszyło Profesora, który spojrzał na zgromadzonych i zapytał:

– Czy są jakieś wątpliwości?

A ponieważ nikt się nie odezwał – zakończył na tym wykład.

Roman Hajzik

 

Zaloguj się aby komentować.