logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 36 gości 
Widziane z Kazimierza 45 - Lato… lato… Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Lato… lato…

 

W ostatnim felietonie pisałem, że niewątpliwie czuć już wakacje, a tu proszę… lato powoli za nami. Lato gorące nie tylko z racji słońca, ale też z powodu wydarzeń, jakie miały miejsce w okresie kanikuły. „Gorących” tematów medycznych nie brakowało… Na początku chcę jednak wspomnieć pierwszego przewodniczącego Dolnośląskiej Rady Lekarskiej dr. Władysława Sidorowicza, który 24 lipca odszedł na „swój wieczny dyżur”. Myślę, że znają Go wszyscy dolnośląscy lekarze. I choć był czas, że nasze „drogi samorządowe” się rozeszły, to bez wątpienia Kolega Władek ma swoje trwałe miejsce w historii Izby. W tym numerze „Medium” wspomina Zmarłego kol. Włodek Bednorz.

Tematem wiodącym była oczywiście „Deklaracja wiary”, którą podpisali – w trakcie pielgrzymki na Jasną Górę (25 maja) i później, pracownicy ochrony zdrowia. W mediach wybuchła z tego tytułu niezrozumiała dla mnie histeria. I dziwne, że dotycząca tylko lekarzy. Przecież na liście nie brakuje: ratowników medycznych, rehabilitantów czy pielęgniarek. „Gazeta Wyborcza” opublikowała w swoim dodatku lokalnym wykaz 67 lekarzy z Dolnego Śląska, którzy złożyli podpis pod deklaracją. Dziennikarze wykonali ogromną pracę, aby z listy ponad 3 tys. pracowników ochrony zdrowia, na której oprócz imienia i nazwiska widnieje jeszcze tylko specjalizacja, „wyłuskać” Dolnoślązaków. W przypadku znanych, profesorskich nazwisk poczynienie tych ustaleń było łatwe. Ale dzięki „trudowi” dziennikarzy „GW” poznałem także nazwiska lekarzy – sygnatariuszy deklaracji z powiatów np. lwóweckiego czy kamiennogórskiego.

Przy okazji tego szumu pojawiła się propozycja, aby lekarz, który podpisał się pod deklaracją, umieścił na drzwiach swego gabinetu informację mówiącą o tym, że w swoich działaniach medycznych bardziej opiera się na modlitwie aniżeli na wiedzy medycznej. Wszystko po to, by pacjent był świadomy, do kogo się udaje. Hmmm… pomyślałem czemu nie. Ale właściwie rozszerzyłbym ten postulat. Dlaczego nie pisać na drzwiach gabinetu np. płci doktora. W przypadku nazwisk z końcówką fleksyjną -ski lub -ska sprawa jest w zasadzie jasna. Ale gdy jest napisane np. lek J. Nowak, to właściwie nie wiadomo, czy to pan czy pani doktor, a pacjent ma prawo wiedzieć. Podobnie rzecz się ma z kolorem skóry. W końcu żyjemy w Europie, a pacjent nie wie, czy za drzwiami znajduje się biały doktor czy innej barwy. A może na drzwiach gabinetu powinna się znaleźć informacja na temat orientacji seksualnej lekarza. Wówczas chory będzie wiedział, czy dany medyk woli leczyć pacjentów czy pacjentki.

Ale odłóżmy te żarty na bok, bo sprawa jest bardzo poważna. Zafundowano nam zastępczą dyskusję, zamiast skupić się na tym, co jest istotne: gdzie kończy się życie?; gdzie kończy leczenie, a zaczyna „uporczywa terapia”?; czy lekarz, jako tzw. urzędnik państwowy, ma obowiązek wypisywać na życzenie pacjentki środki antykoncepcyjne czy wczesnoporonne (czy to są leki?)?; czy musimy leczyć za „wszelką cenę”? itd. Zamiast poważnej, merytorycznej dyskusji rozpoczęła się medialna histeria.

Niedawno pisałem o mojej wizycie w Belgii. Jak wiemy jest to „cywilizowany” kraj, w którym prawo do eutanazji mają też nieuleczalnie, ciężko chore dzieci. Gdybym był tam lekarzem, mógłbym otrzymać od rodziców małego, nierokującego pacjenta odpowiedni urzędowy dokument ze zgodą na eutanazję. Rodziciele oczekiwaliby, że jako urzędnik państwowy spełnię ich „prawo”. No zaraz… posiadam prawo wykonywania zawodu lekarza nie… kata.

Niejako przy okazji „Deklaracji wiary” media zainteresowały się wyborem kierownika jednej z ponad 40 działających na naszym uniwersytecie medycznym klinik. List do władz uczelni skierowały w tej sprawie przedstawicielki organizacji feministycznych. Wkrótce po tym zobaczyłem JM Rektora w lokalnej TVP, jak dyskutuje z reprezentantką takiej organizacji o decyzji Rady Wydziału. A ja sobie myślę – gdzie tu autonomia uczelni wyższej?

I jeszcze jedna tragedia – tych, szczególnie w okresie wakacyjnym – nie brakuje. Młody chłopak ulega wypadkowi samochodowemu i gdy lekarze, postępujący zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki medycznej, orzekają „śmierć mózgową”, rozpętuje się burza. Na Facebooku pojawia się strona społecznościowa „Wybudzimy Kamila” i młodzi ludzie, pewnie z potrzeby serca, starają się pomóc swojemu koledze. Warto poczytać komentarze, jakie wypisywane są tam pod naszym adresem. Zarzuty o eutanazję i handel narządami to najdelikatniejsze z nich. Ale jak to często w takich sytuacjach bywa, coś co powstaje z potrzeby serca młodzieży, wymyka się spod kontroli i media zaczynają sprawę rozgrywać po swojemu. Pojawia się nawet lekarz z tytułem profesora i ksiądz, którzy kwestionują pojęcie „śmierci mózgowej”. No cóż… pamiętam, jak jeden z nieżyjących już niestety profesorów powiedział po swojej nominacji: „Teraz mogę robić wszystko, bo dostałem tytuł na bezkarność”. Po tym wydarzeniu na pewno będziemy mieli kolejny „efekt Ziobry”. O ile dobrze orientuję się w kwestiach prawnych, to sytuacja wyszła następująco: przez 3 dni zwłoki chłopca były zaintubowane i podłączone do respiratora. Teraz nie wiem, czy mamy do czynienia z możliwością popełnienia przestępstwa z art. 262 Kodeksu karnego mówiącego o bezczeszczeniu zwłok, co jest zagrożone karą od grzywny do 2 lat więzienia. Mam wrażenie, że prof. Janowi Talarowi bliżej do „Deklaracji wiary” niż prof. Bogdanowi Chazanowi.

I w tym wielkim zamieszaniu minister zdrowia „przepycha” po cichu przez sejm swoją ustawę antykolejkową, właściwie bez żadnych społecznych konsultacji. Na „szczęście” wybucha afera taśmowa i media trochę odpuszczają lekarzom. Przynajmniej na jakiś czas.

No cóż… już dawno temu Czesław Niemien śpiewał: „Dziwny jest ten świat…”.

Jacek Chodorski

 

Zaloguj się aby komentować.