logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 38 gości 
PATOMORFOLOGIA – SPECJALNOŚĆ BEZ PRZYSZŁOŚCI? Drukuj
Ocena użytkowników: / 94
SłabyŚwietny 

PATOMORFOLOGIA – SPECJALNOŚĆ BEZ PRZYSZŁOŚCI?

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie zła sytuacja panująca obecnie na Dolnym Śląsku w zakresie patomorfologii. Każdy lekarz wie doskonale, kim jest patomorfolog i na czym, przynajmniej w ogólnym zarysie, polega jego praca. Mitem jest i zarazem dowodem braku wiedzy na temat tej specjalności przeświadczenie, że lekarz patomorfolog zajmuje się wyłącznie sekcjami zwłok. Stanowią one margines naszej pracy i w zasadzie powinny być wykonywane tylko wtedy, gdy uczestniczą w nich lekarze klinicyści, których pacjent zmarł, lub studenci w ramach obowiązkowych ćwiczeń prosektoryjnych. Jest to osobny temat, do którego powrócę w dalszej części artykułu.

Deficyt patomorfologów

Od czasu gdy byłem doktorantem, notabene ostatnim, i prawdopodobnie ostatnim lekarzem specjalizującym się u śp. prof. dr hab. Bożenny Zawirskiej, światowa patomorfologia zmieniła diametralnie swoje oblicze. Liczba patologów w krajach starej Unii, w Stanach Zjednoczonych i wielu państwach pozaeuropejskich, rośnie, zmienia się rola patomorfologa w procesie diagnozowania i leczenia pacjentów, zwłaszcza onkologicznych, zmieniają się metody badań. Trochę inaczej przedstawia się to wszystko w Polsce.

Na przestrzeni ostatnich lat coraz częściej pojawiają się informacje, że liczba patomorfologów w Polsce rośnie. Jest to tylko częściowo prawda, ponieważ jednocześnie bardzo duża grupa specjalistów odchodzi na emerytury, zaś inna pokaźna grupa, zwłaszcza młodych patomorfologów, wyjeżdża do zagranicznych ośrodków.

Sam jestem świadkiem tego procesu, ponieważ w ośrodku o najwyższym stopniu referencyjności na Dolnym Śląsku, tj. w Katedrze i Zakładzie Patomorfologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, na 5 miejsc rezydenckich zajęte jest tylko jedno, dwie osoby związane niegdyś z tym ośrodkiem pracują od kilku lat poza granicami Polski, a kilka innych przeszło na emeryturę bądź jest w wieku przedemerytalnym. Krótko mówiąc, brakuje lekarzy patomorfologów. Jest to szczególnie dotkliwe w ośrodku akademickim, gdzie poza pracą usługową, przynoszącą relatywnie największe dochody, istnieje jeszcze wymóg pracy naukowej i dydaktycznej. Zwłaszcza ta ostatnia sprawia niektórym młodym lekarzom sporo trudności i wręcz zniechęca do pozostawania na uczelni.

Pozwoliłem sobie przytoczyć poniżej kilka opinii, które cytuję według oryginalnych źródeł oraz zestawień pochodzących ze Stanów Zjednoczonych. Ten ostatni kraj wybrałem nieprzypadkowo, ponieważ akurat w USA zarobki patomorfologów stale rosną, a rola patomorfologa w szeroko rozumianej diagnostyce jest odpowiednio doceniona.

W 2012 r. Medscape przeprowadził badanie na temat wynagrodzeń medyków w Stanach Zjednoczonych. Wzięło w nim udział ponad 24 tys. doktorów reprezentujących 25 różnych specjalności. Podobnie jak w roku 2011, tak i w 2012 roku na szczycie listy znaleźli się ex aequo radiolodzy i ortopedzi. Ich roczne wynagrodzenie wynosiło w 2011 roku 315 tys. USD. Drugie miejsce w zestawieniu należało do kardiologów, których zarobki były o tys. USD niższe niż ich kolegów z czołowej specjalizacji. Trzecią najlepiej opłacaną specjalnością były w 2011 roku anestezjologia i urologia. Średnie płace specjalistów z tych działów medycyny wynosiły 309 tys. USD, natomiast patomorfolodzy plasowali się nie na końcu stawki, tak jak w Polsce, lecz w środku z wynagrodzeniem średnio 221 tys. USD, czyli znacznie więcej niż pediatrzy (156 tys. USD), specjaliści w zakresie medycyny rodzinnej (158 tys. USD), medycyny wewnętrznej (165 tys. USD) oraz endokrynolodzy (168 tys. USD)/(http://www.wynagrodzenia.pl/artykul.php/wpis.2597).

Według innych źródeł patomorfolodzy amerykańscy zarobili jeszcze więcej, tj. 247 tys. USD. Warto zwrócić uwagę na to, że około 12 proc. patologów zarabiało 400 tys. lub więcej, a tylko 9 proc. – 100 tys. USD lub mniej (http://www.medscape.com/features/slideshow/compensation/2013/pathology).

„W Polsce mamy około 500 patomorfologów, aktywnych jest jednak około 350. Jedna trzecia tej liczby to osoby w wieku przedemerytalnym lub emeryci” – mówiła prof. Anna Nasierowska-Guttmejer – prezes Polskiego Towarzystwa Patomorfologicznego (PTP) w wywiadzie dla internetowego „Rynku Zdrowia” w roku 2013. „Te liczby to efekt zapaści w szkoleniu patomorfologów, jaka była w latach 70. i 80. Jedna trzecia patomorfologów pracuje w województwie mazowieckim. W dużych ośrodkach akademickich jest ich zazwyczaj 30-40”. W regionach, gdzie takich ośrodków nie ma jest jeszcze gorzej: badania patomorfologiczne są trudno dostępne, np. w całym województwie warmińsko- mazurskim jest 10 specjalistów, a w lubuskim – 8.

Decydujące są wynagrodzenia!

Wiele osób zwraca uwagę, że chociaż działalność patomorfologów ma kluczowe znaczenie w procesie leczenia wielu chorób, to ani płatnik, ani szpitale nie chcą ponosić kosztów związanych z badaniami przez nich wykonywanymi, a przecież wciąż są to badania tanie, w zasadzie najtańsze z dostępnych metod diagnostycznych. (Katarzyna Lisowska/„Rynek Zdrowia”, 01.11.2013 r.). Stałym elementem krajobrazu jest natomiast rosnąca presja wywierana przez szpitale i inne ośrodki zlecające badania, żeby było szybko, tanio i jak najlepiej. Tego nie da się pogodzić! To się wzajemnie wyklucza!

Polskim problemem jest ogromny niedobór kadry. Tymczasem, by zapewnić właściwy poziom usług w tym zakresie, powinno być ponad tysiąc patomorfologów w kraju! Powodem tego stanu rzeczy nie jest bynajmniej fakt, że to trudna specjalizacja. To kolejny mit! Wiele innych jest równie trudnych, a może nawet trudniejszych. Decydujące są wynagrodzenia! I nie zmienią tego żadne pobożne życzenia, prośby, groźby i nakazy. Dopóki nie będzie to dobrze opłacana specjalność, dopóty nie będzie chętnych do jej wykonywania. Prof. Włodzimierz Olszewski, jeden z najbardziej znanych polskich patomorfologów, powiedział w jednym z wywiadów, że „patomorfologia powinna pozostawać w rękach lekarzy, a jednocześnie trudno sobie wyobrazić, by ktoś, kto czuje powołanie medyczne, chciał być patomorfologiem, ponieważ specjalność ta stanowi „drugą linię”, podobnie jak inne działy diagnostyczne” (http://ptok.pl/edukacja/wywiady/wspolczesna_patomorfologia). Można powiedzieć, że patomorfolog pozostaje w całym procesie diagnostyczno-terapeutycznym osobą przeważnie całkowicie anonimową. Chyba, że się pomyli, wtedy łatwo go wskazać i napiętnować. Jest łatwym celem.

Prof. Radzisław Kordek – konsultant krajowy w zakresie patomorfologii stwierdził, że „są rejony z dużymi szpitalami, które obsługuje jeden patomorfolog albo nie ma tam żadnego na stałe zatrudnionego specjalisty”. Widać zatem zapaść kadrową, w wyniku czego w tych województwach, niekiedy nawet w dużych wielospecjalistycznych szpitalach, dużą część diagnostyki wykonują firmy zewnętrzne z innych odległych województw. Budzi to oczywiste pytania o możliwość wykonywania wszystkich procedur (np. badania śródoperacyjne) i właściwy kontakt pomiędzy lekarzami klinicystami i patomorfologami” (http://www.oil.org.pl/xml/nil/gazeta/numery/n2013/n201302/n20130219). Z mojego własnego wieloletniego doświadczenia wynika, że na Dolnym Śląsku mamy dokładnie taką sytuację – a przecież to jest dramat.

Specjalność traktowana po macoszemu

Problemem jest także deprecjonowanie zawodu lekarza patomorfologa. Przykład: większość specjalistów z tej branży dorabia, pracując w różnych prywatnych firmach. Nie będąc pracownikami określonego szpitala, instytutu, uczelni bądź przychodni podpisują (lub w ich imieniu ktoś podpisuje) umowy na wykonywanie badań cytologicznych oraz histopatologicznych na warunkach, które mówiąc delikatnie, zabezpieczają interesy zleceniodawcy, ale nie dają praktycznie żadnych praw zleceniobiorcom. Ci ostatni za żenujące wynagrodzenie MUSZĄ szybko, i nie mając dostępu do historii choroby, i często w ogóle żadnych informacji na temat schorzenia pacjenta, rozpoznać to schorzenie. Dobrze jeżeli podany jest wiek pacjenta, a na skierowaniu znajdzie się podpis lub pieczątka lekarza zlecającego badanie. Istotne, żeby nie powiedzieć kuriozalne, jest także to, iż cała diagnostyka patomorfologiczna odbywa się poza NFZ, który nie wycenia tych usług. Patomorfologia jest gdzieś „podczepiona” pod specjalności zabiegowe, a wycena usług jest kompromitująca. Przykład: za ocenę preparatów z zapalnie zmienionym wyrostkiem robaczkowym specjalista dostaje kilka złotych brutto, co może jest jeszcze do zaakceptowania, ale za rozpoznanie kilku preparatów z bardzo złośliwymi nowotworami, jak czerniak, chłoniak lub rak otrzymuje takie samo wynagrodzenie. Rozpoznanie, które zadecyduje o zdrowiu, a nawet o życiu pacjenta jest wycenione na np. 4 złote brutto! Takie są realia polskiej medycyny XXI wieku. System, w którym lekarz patomorfolog traktowany jest niekiedy gorzej niż średni personel medyczny, w którym nie jest partnerem lecz „laborantem” jest nie do przyjęcia. I to jest inna przyczyna, obok niewątpliwie niskich wynagrodzeń, dla której młodzi lekarze, absolwenci uczelni medycznych szerokim łukiem omijają naszą specjalizację.

Ostatnio o pilnej potrzebie wprowadzenia zmian w systemie leczenia pacjentów z nowotworami złośliwymi wypowiadał się m.in. prof. Jacek Jassem. Propozycje zmian są interesujące i same w sobie bardzo budujące. Szczęśliwie prof. Jassem zauważył, że nawet najlepszy system nie będzie dobrze funkcjonował, ponieważ będzie brakowało lekarzy patomorfologów. Chociaż bardziej od słowa „szczęśliwie” pasuje tutaj słowo „niestety”.

Dydaktyka bez sekcji zwłok

W Polsce od lat obserwujemy niepokojącą tendencję, nieprzystającą do tego, co dzieje się w krajach starej Unii i w USA, a mianowicie stały spadek liczby sekcji zwłok dla celów dydaktycznych. W wielu krajach Europy są całe regiony, gdzie badaniu sekcyjnemu podlega większość populacji zmarłych, dzięki temu możliwa jest analiza przyczyn zgonów, a także kontrola jakości badań diagnostycznych w oparciu o wyniki badań pośmiertnych, które rozwijają naukę i pozwalają kształtować politykę zdrowotną dla danej populacji.

„Rola sekcji zwłok jest nie do przecenienia także w dydaktyce. Lekarz musi wiedzieć co leczył, a student to zobaczyć” – zaznacza prof. Krzysztof Zieliński – kierownik Zakładu Patomorfologii i Cytopatologii Klinicznej w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. Wojskowej Akademii Medycznej – Centralny Szpital Weteranów w Łodzi. (Katarzyna Lisowska/Rynek Zdrowia, 01.11.2013). Na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu nieliczne i coraz rzadsze sekcje zwłok wykonywane są niemal wyłącznie dzięki temu, że kilka wrocławskich szpitali, niewchodzących w skład Uniwersytetu Medycznego, zleca ich przeprowadzenie w ośrodku akademickim. Za kilka lat będziemy mogli przeprowadzać jedynie teoretyczne sekcje zwłok, posługując się filmami z internetu bądź opowiadając, jak to dawniej bywało…

Prof. dr hab. Piotr Ziółkowski

Czytelników zainteresowanych tematem patomorfologii odsyłamy do strony internetowej „Medium”, na której znajduje się artykuł Marzeny Sygut pt. „Patomorfolog – najsłabsze ogniwo pakietu kolejkowego?”. Pośród ekspertów zabierających głos w tej sprawie znalazł się m.in. dr hab. Andrzej Wojnar – dolnośląski konsultant wojewódzki ds. patomorfologii. Tekst ukazał się pierwotnie na portalu „Rynek Zdrowia”, uzyskaliśmy zgodę na jego publikację.

 

Komentarze 

 
# Miriam 2015-09-07 16:31
Kto Pana zdaniem Panie Profesorze powinien i ma na tyle siły przebicia, aby zawalczyć o pozytywne zmiany w polskiej patomorfologii?
Zgłoś administratorowi
 
 
# lekarzpiekarz 2016-07-03 16:56
Nasierowska płacze, że nie ma patomorfologów, a jednocześnie podkłada nogę lekarzom specjalizującym się. Kto robił specjalizacje w Wawie i zetknala sie z Wolaska ten wie jak to wyglada naprawde.
Zgłoś administratorowi
 

Zaloguj się aby komentować.