logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości 
Wspomnienie pośmiertne - Zbigniew Stuchly Drukuj
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 

Zbigniew Stuchly

05.05.1907-07.08.2005 r.
Profesor biologii. Porucznik rezerwy piechoty. Harcerz II, a następnie I Lwowskiej Drużyny Harcerzy. Założyciel i członek Polskiej Korporacji Akademickiej Cresovia Leopoliensis. Studiował medycynę, a ostatecznie ukończył biologię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W latach 1927-1944 asystent Zakładu Biologii Ogólnej Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Organizator i długoletni kierownik Katedry i Zakładu Biologii Ogólnej wrocławskiej Akademii Medycznej.

Nauczyciel nas wszystkich

Gorący wiatr wiał od pustyni, a kupcy podążali na bazar, gdy młody inżynier pracował przy desce kreślarskiej. Nagle doszły go dźwięki rozmowy po polsku, bez żadnego akcentu! Wyszedł na podwórze:

– Panowie mieszkali w Polsce?

– Skończyłem medycynę we Wrocławiu – odpowiedział Sudańczyk.

– Kto wtedy wykładał biologię?!

Już w Polsce wnuk Zbyszek zdał relację dziadkowi Zbigniewowi. – Mój Boże… Przeszło 6 000 lekarzy to moi uczniowie – powiedział ze wzruszeniem 90-letni profesor.

Zbigniew Stuchly (Fot. z archiwum Rodziny)Wśród Orląt

– Zbigniew? Cóż za pogańskie imię! – protestuje ksiądz. Chłopiec urodzony 5 maja 1907 r. we Lwowie zostaje ochrzczony jako Adam Zbigniew, lecz i tak będzie używać drugiego imienia. Z początku pisze się „Stuchły”, przez „ł”. Tak spolszczano nazwisko, które przyszło zza Alp.

Mieszkają przy ul. Leona Sapiehy 53, potem przy Zbaraskiej 6. Z 11 dzieci Michała i Julii z Kolasów jest najmłodszy. W 1914 r. starsi bracia idą na front. To Stanisław (ur. 1888 r.), chirurg, asystent prof. Ludwika Rydygiera na Uniwersytecie Lwowskim, i student prawa Jerzy (on już nie wróci). Zbyszek wstępuje do II Lwowskiej Drużyny Skautów i w czasie wojny z Ukraińcami o Lwów jest gońcem. W czasie wojny bolszewickiej pomaga w biurze werbunkowym. To jego udział w obronie kraju.

Z medycyny na biologię

Kończy Szkołę im. Kordeckiego, a potem IX Gimnazjum im. Jana Kochanowskiego. W I Lwowskiej Drużynie Harcerskiej, dokąd przeszedł, obejmie wkrótce referat prasowy. Jeździ na obozy, wędruje, z pasją obserwuje przyrodę.

W rodzinie przybywa medyków: najpierw Staszek z żoną, Heleną z Miszelów (okulistka), potem brat cioteczny Tadeusz Marciniak (ur. 1895 r.), przyszły profesor wrocławskiej AM. Po maturze w 1926 r. Zbigniew też zapisuje się na Wydział Lekarski UJK, ale po 2 latach przechodzi na Matematyczno-Przyrodniczy. Od 1927 r. pracuje w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym prof. Rudolfa Weigla, na razie jako wolontariusz. Instytut, przyjaźnie z „weiglowcami” to osobny rozdział w życiu. Będzie powodem do satysfakcji, ale i goryczy.

Studia kończy z tytułem magistra filozofii – według ówczesnej nomenklatury. Kończy też Szkołę Podchorążych w Łobzowie. „Uczciwy, prawy, doskonale wykształcony, bez uzależnień” – raportuje przełożony. Po II wojnie dokument trafia do Ludowego Wojska Polskiego. Kuszą Stuchlego awansem na kapitana. Odmawia.

Asystent profesora Weigla

Z Ireną Nałęcz-Rychłowską, dziennikarką PR Lwów, pobierają się w 1938 r. – biedni jak myszy kościelne. Zbigniew dopiero zdobywa uprawnienia nauczycielskie. Znajomi z tego okresu to nauczyciele Bolesław Wiśniewski i Jan Kinel. Oni też po latach odnajdą się we Wrocławiu. Pierwszy jako kierownik studium języków obcych AM, drugi jako entomolog, profesor UWr.

– To był dobry czas – określi kiedyś ostatnie lata przed wojną. Dostał właśnie posadę w Gimnazjum Salezjanów i asystenta w Zakładzie Biologii UJK. Jeździ z Weiglem na Huculszczyznę, by szczepić ludność (vide archiwalny film). Wiktor Weigl: „Miał jednak Ojciec kilku asystentów, bez których nie mógł się obejść. Zbigniew Stuchly, którego jak mi się wydaje, Ojciec typował jako swojego następcę na katedrze – do którego miał olbrzymie zaufanie – nie tylko w sprawach naukowych. Cenił go za jego podejście do spraw nauki, ale i za jego postawę moralną, zasady życiowe. Miał dla niego dużo szacunku, liczył się z jego zdaniem i mam wrażenie, że jego jedynego odrobinę się bał” („Wspomnienia o moim Ojcu”, lwow.home.pl). Konstruuje przyrząd używany w Instytucie Weigla do zakażania wszy odpowiednim szczepem riketsji, aparat klawiszowy (którego inspiracją był… karabin maszynowy).

Kończy się piękne lato 1939 r. 1 września, w mundurze porucznika, Zbigniew przychodzi pożegnać się z Profesorem. – Nie idziesz na wojnę – Weigl pokazuje dokument. – Załatwiłem odroczenie. Jesteś niezbędny w Instytucie.

Z kompanii CKM, którą miał dowodzić por. Stuchly, nie przeżył nikt. Wszyscy zginęli pod Kutnem.

Karmiciele i kurierzy

Sowieci i Niemcy boją się tyfusu. Panicznie! Prof. Weigl, jasno deklarujący się jako Polak, może kontynuować badania mimo okupacji. Stuchly jest kierownikiem Działu Produkcji Szczepionki, jego żona preparatorką. Przez Instytut w ciągu 6 lat przewiną się tysiące. Zatrudniani jako karmiciele wszy, strzykacze, preparatorzy... unikną aresztowań, zsyłki, obozów śmierci. Polacy i ukrywani w pomieszczeniach Żydzi.

Stuchlowie spotkają tu znajomych i przyjaciół na całe życie. U Weigla pracują Janina Ihnatowicz i jej przyszły mąż, Wacław Ogielski, po wojnie doktor nauk medycznych i wieloletni kierownik Kliniki Chirurgii Urazowej i Ortopedii Szpitala Wojskowego we Wrocławiu. Dalej, internista Jan Reutt, po wojnie kierownik sanatorium w Kudowie-Zdroju. Edward Zubik, biolog, po wojnie profesor UWr. Władysław Wolff, biolog UJK. Jeszcze po wojnie Zbigniew ma kontakt z dr. Henrykiem Mosingiem. Ten lekarz, społecznik, potem zakonspirowany duchowny, został we Lwowie. Wielka postać, bohater.

Kolejne tysiące ratuje Weigl, przekazując szczepionkę dla partyzantów, więzień, gett i obozów śmierci. Stuchly na polecenie przełożonego nosi ją do lwowskiego getta, tak jak inni pracownicy. Ma tam wykłady dla żydowskich lekarzy, w tym internisty Adama Finkela, z którym na prośbę Weigla utrzymuje kontakt tak długo, jak jest to możliwe. Posłańcy ze szczepionką kursują przez Kresy, do Warszawy, Nowego Sącza, Oświęcimia, Majdanka, i kto wie dokąd jeszcze. Bezcenną substancję przewożą jako... kawę w termosie.

„I wiem teraz, jak wygląda piekło”

Razem z Ireną bardzo boleśnie przeżywają przedwczesną śmierć żony prof. Weigla, zbrodnie rosyjskie i ukraińsko-niemieckie. Mieszkają w blokach Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Małachowskiego, brama VII, III p. Nad ranem 4 lipca 1941 r. Zbigniewa budzą strzały. Z ukrycia widzi egzekucję, którą potomni nazwą kaźnią profesorów lwowskich.

Profesor Cieszyński…

Rok później – getta. We Lwowie woń palonych ciał i roje much. W Warszawie samobójstwo popełnia Wiktor Feliks Reiss, okulista i bakteriolog, z żoną Karoliną Reissową, biologiem i pracownicą Weigla. Stuchlowie nigdy ich nie zapomną. Przyjaciele…

Przez rok Zbigniew prowadzi tajne komplety ze studentami. Zaangażował go prof. Kazimierz Sembrat, zoolog (to on po wojnie ściągnie go na UWr). Kiedy w 1944 r. rusza front sowiecki, a Instytut Weigla zostaje ewakuowany do Częstochowy, Stuchlowie z 2 dzieci opuszczają Lwów. Przygarnia ich brat Stanisław, od 1928 r. dyrektor szpitala w Nowym Sączu. Utrzymał posadę dzięki dawnej służbie w armii austriackiej i biegłej znajomości języka niemieckiego. Działa w AK i nocami operuje „leśnych”. Na szczęście ma zaufany personel, w tym Jana Słowikowskiego, przyszłego profesora wrocławskiej AM.

Imieniny Rudolfa Weigla. Przełom lat 20. i 30. Od lewej: siedzą – K. Reissowa, prof. R. Weigl, A. Herzig, Z. Weiglowa, R. Bockówna, NN. Stoją: W. Kuzia, W. Wolff, B. Finkel, T. Załuska, J. Starzyk, E. Zubik, NN, B. Chrzanowski, Z. Stuchly.

„Będę cię habilitował”

Niemcy uciekają, do Sącza wchodzą Rosjanie. Zbigniew zatrudnia się w Szkole im. Królowej Jadwigi i pracuje 12 godzin dziennie, przez 6 dni w tygodniu. Po roku przenoszą się do Lublina – jest wakat w Zakładzie Biologii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Dostają mieszkanie służbowe w budynku UMCS-u. Mieszkają tam z rodzinami również prof. Alfred Trawiński, dr Lucjan Motyka (późniejszy profesor), prof. Mydlarski, prof. Urbański, inni.

Jest już 4 dzieci. Zbigniew dodatkowo uczy biologii w prywatnym żeńskim gimnazjum i ma zlecone wykłady na KUL-u. Przyjaźni się z jego rektorem, ks. Antonim Słomkowskim i prof. Teresą Ścibor-Rylską. W 1948 r. broni dysertacji na temat wyzwalania metamorfozy płazów neotenicznych (aksolotli). Zostaje doktorem nauk ścisłych. Na rozprawie jest Rudolf Weigl. Gdy żegnają się, Profesor szepce do ucha: „Ja cię będę habilitował”. Nie zrealizuje marzenia. Umrze w 1957 r., oskarżany przez władze o kolaborację z Niemcami. Oskarżenia kładą się cieniem na karierach jego uczniów.

Do Wrocławia

Odrzuciwszy ofertę „nie do odrzucenia” ze strony władz UMCS-u, Zbigniew przenosi się na Uniwersytet Wrocławski. Od października 1949 r. jest adiunktem w Zakładzie Zoologii, u prof. Kazimierza Sembrata. Walczy o byt. Jego uczeń z Nowego Sącza, teraz malarz pokojowy w Nowej Hucie, ma pensję 7 000 zł. Nauczyciel Zbigniew Stuchly, jedyny żywiciel sześcioosobowej rodziny, zarabia na UWr 1800 zł miesięcznie.

Pod koniec roku otwiera się możliwość samodzielnej pracy na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej (gdzie wykłady z parazytologii prowadzi lwowianin, Gustaw Poluszyński). Kupuje dom w kolonii akademickiej Oporów i sprowadza rodzinę.

Zostaje członkiem utworzonego w 1953 r. Towarzystwa Parazytologicznego, Towarzystwa Zoologicznego, a także Towarzystwa Historii Medycyny. Od podstaw tworzy Katedrę i Zakład Biologii Ogólnej na Wydziale Lekarskim. Będzie nią kierował 27 lat. To jego opus magnum.

Przy Bujwida 9

Zakład nie ma własnej siedziby. Zbigniew Stuchly zabiega o lokal – dostaje na ten cel piętro i poddasze w budynku przy ul. Bujwida 9. W tej samej kamienicy mieszczą się Zakład Fizyki i Zakład Chemii. Sale ćwiczeń biologów są wspólne z Zakładem Histologii, ale w innym budynku.

Tworzy się zespół: Andrzej Wiktor, moluskolog, późniejszy profesor UWr, Andrzej Dyrcz, ornitolog, również przyszły profesor, Jadwiga Kwiecińska, wkrótce Wiktorowa, Maria Firichówna, Bogumiła Bednarzówna, Andrzej Górski, Janusz Radłowski, Anna Pióro, Maria Modelska. Zakład Biologii udaje się rozbudować: poddasze zaadaptowano na indywidualne pracownie asystenckie i jest własna sala ćwiczeń.

Przychodzi rewelacyjna asystentka techniczna – Ludmiła Szuszkiewicz. Robi doskonałe preparaty parazytologiczne, niezbędne do ćwiczeń. Po niej następni: Barbara Brańska, Marta Skowrońska, Alicja Lucińska, Barbara Smereka-Jakacka, Alicja Raczycka, Anna Małkiewicz, Janusz Marek, Jerzy Okulewicz, Władysław Maruszewski, Włodzimierz Fal, Agnieszka Stuchly-Szkotak… To już są nowi.

W zakładzie i w górach

Nauczanie jest z początku podporządkowane wytycznym radzieckim. Zbigniew znalazł sposób. – To są najnowsze odkrycia. A teraz porównamy je z dotychczas obowiązującymi – mówił do studentów i omawiał teorie genetyków zachodnich. Wymaga uwagi i uczenia się podczas wykładów. Wzbogaca je wiedzą z innych dziedzin. Przychodzą słuchacze innych uczelni, fakultetów. Latem proszony jest o wykłady w domach wczasowych. Czyta bardzo dużo. W domu książki zajmują każdy kąt.

W kolejnych latach dochodzą mu wykłady z parazytologii na Wydziale Farmaceutycznym. Prowadzi egzaminy wstępne dla kandydatów na studia i egzaminy końcowe, po I roku studiów. Żmudna praca, coroczny, sezonowo zwiększony wysiłek. Corocznie ma pierwszy, inauguracyjny wykład dla beanów. Corocznie mówi o właściwej higienie. O przeznaczaniu odpowiedniej ilości czasu na naukę i na odpoczynek, na sen i na fizyczną aktywność. Zwraca uwagę na szkodliwość używek – tytoniu, alkoholu… Jeden z jego uczniów, dr Witold Zatoński, zrobi karierę międzynarodową, propagując zdrowy tryb życia bez nikotyny.

Podczas 27 lat pracy na samej Akademii przez Katedrę przejdzie ok. 10 000 osób. To studenci Wydziału Lekarskiego, Stomatologicznego, Pediatrycznego oraz Farmacji. To również felczerzy – kandydaci na studia lekarskie, którzy przyjmowani byli po przygotowaniu na tzw. roku zerowym. Jeszcze we wczesnych latach 50. Profesor, w ramach Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, wyjeżdża z wykładami popularno-naukowymi w teren. Był czas, gdy prowadził wykłady i zajęcia z biologii w pomaturalnym Studium Nauczycielskim, którym kierowała prof. Janina Poluszyńska.

Wśród kolegów z uczelni znajduje przyjaciół. To prof. Ignacy Pietrzycki, stomatolog, i okulista prof. Witold Kapuściński, z którym chodzi po Tatrach. W latach 60. wędruje wspólnie z prof. Edwardem Szczeklikiem, Antonim Falkiewiczem, Rudolfem Arendem i Tadeuszem Bodalskim z Farmacji. – Wspaniale prowadził wycieczki, ale nie ominął żadnej księgarni – podsumują córki.

W kole literackim i kręgu kresowym

Rok 1977. 70. urodziny i przepisowa emerytura. Razem z Ireną odnawiają znajomości, korespondują, podróżują. Bywają w kręgu literackim, który skupia wokół siebie prof. Kapuściński. Współtworzą Krąg Byłych Skautów – Harcerzy Najstarszej Polskiej Drużyny Harcerskiej l. Lwowskiej im. Tadeusza Kościuszki. Są w nim radiolog, prof. Zbigniew Hirnle, dr Jerzy Masior, dr Wacław Ogielski, Jan Reutt – ostatni przewodniczący (zm. w 2003 r.).

Wychodzą z podziemia „weiglowcy”. Organizują zjazdy z referatami. Odżywają kresowianie. Powstaje Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Zbigniew z Ireną uczestniczą w spotkaniach i uroczystościach. „Budził podziw swoimi wystąpieniami pełnymi erudycji i wygłaszanymi piękną polszczyzną” – napisze na łamach „Semper Fidelis” prof. Bolesław Broś. W domu Stuchlych pojawiają się dziennikarze. Powstają materiały o Weiglu (np. red. Marii Woś z PR Wrocław), o Lwowie (np. „4 lipca o świcie, we Lwowie”, TVP 1991; „Być we Lwowie”, TVP 1993; „Asystent profesora Weigla”, red. Anna Fastnacht-Stupnicka, „Słowo Polskie”). Sam, dużym wysiłkiem wydaje książkę „Zwyciężyć tyfus. Instytut Rudolfa Weigla we Lwowie” („Sudety”, Wrocław 2001). W ostatniej chwili, bo niebawem całkowicie straci wzrok.

Dziadek

Razem z Ireną wykształcili 4 córki. Julia i Maria skończyły medycynę, Maria obroniła doktorat. Wśród 10 wnuków, 3 doktorów: w tym biolog i lekarz. Rodzi się 5 najstarszych prawnuków.

Przez ostatnie 5 lat przykuty do łóżka i fizycznie bardzo słaby, zachowuje pełną sprawność umysłu i rewelacyjną pamięć. Słucha, komentuje, dyskutuje. Gawędzi o dawnym Lwowie i swojej pracy. – Co słychać na uczelni?! – dopytuje wnuków. Radzi, jak przygotować się do egzaminu, jak się zaprezentować. Uczy biologii, łaciny i historii. To jego druga fascynacja. – Gdyby nie Weigl studiowałbym historię – przyznaje. Rozweselony, śpiewa:

Bernardyński mijam plac, idzie jakiś graf.

Mówi do mnie: „Batiar, weg!”. Ja w cylinder – paf!

Cieszy się z życzeń od „pani doktor Danusi”, jak nazywa wierną uczennicę. Danuta Zachara-Hajek pisze regularnie do Profesora, dodając, że dzięki jego radom skończyła stomatologię „terminowo i bezkolizyjnie”. A Profesor teraz jest pacjentem! Coraz częstsze wizyty domowe. Lekarze wpadają, zostawiają recepty, a czasem kilka słów osobistych i słońce w niewidomych oczach nauczyciela: „Przeszło 6 000 to moi uczniowie”.

Inter pares

5 maja 2005 r. skończył 98 lat. 7 sierpnia odszedł, miesiąc po żonie. Spoczywa na Grabiszynie.

10 lat później na Oporowie powstał Gaj Akademicki, założony ku czci naukowców – pionierów akademickiego osiedla. Zbigniew Stuchly ma tu swoje symboliczne drzewo między Franciszkiem Mrazem, Stanisławem Karpiakiem, Władysławem Chachajem, Ignacym Pietrzyckim i innymi zacnymi sąsiadami.

Jego uczniowie sami już przeszli na emerytury. Ciekawe, czy ów lekarz z dalekiego Sudanu pamięta zaproszenia adresowane: „Prof. Zbigniew Stuchly, ojciec studentów afrykańskich”? Przychodziły cyklicznie. „Ojciec” gościł na studenckich spotkaniach, gdzie grały bębny i parowała arabska herbata. „Nauczyciel nas wszystkich” – powiedział o nim prof. Leszek Paradowski, rektor Akademii. Tak, to są słowa najprostsze i najbardziej prawdziwe.

Aleksandra Solarewicz

 

Zaloguj się aby komentować.