logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 77 gości 
Pomruk salonów Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Początek roku to czas karnawału i organizacji różnego rodzaju balów. Nasz wrocławski VII Bal Lekarza skupił skromną, ale zgraną liczbę osób. Zupełnie inny wymiar miał tegoroczny bal zorganizowany przez Izbę Lekarską w Wiedniu. Nasi austriaccy koledzy organizowali tę imprezę już po raz 66. Na patrona wydarzenia wybrali twórcę psychoanalizy Zygmunta Freuda, chcąc w ten sposób uczcić 160. rocznicę urodzin uczonego. Miejscem balu były sale reprezentacyjne zamku cesarskiego Hofburg. Od lat ostatnia sobota stycznia zarezerwowana jest dla lekarzy. W balu wzięło udział cztery tysiące (sic!) osób, w tym 800 osób z zagranicy, a w tym nasza wrocławska czwórka. Do Wiednia pojechaliśmy na zaproszenie mojego kolegi z roku, który mieszka tam od lat. Dzięki internetowi i ekranom projekcyjnym, stanowiącym łącznik pomiędzy salami, staliśmy się uczestnikami tego wielkiego wydarzenia. Obowiązywały oczywiście stroje wieczorowe, panie w długich sukniach, panowie wyłącznie we frakach i smokingach. Było oficjalnie, początek balu obwieściły dźwięki orkiestry. Przy jej akompaniamencie do sali głównej podążali kolejno przedstawiciele władz Izby, potem profesura Uniwersytetu Wiedeńskiego, a następnie zaproszeni goście. W mogącej pomieścić nawet tysiąc osób sali, tzw. debiutanci – w większości studentki i studenci medycyny, ubrani w jednakowe stroje nawiązujące do lat 20. – zaprezentowali swoje umiejętności taneczne. Ich pokaz, poprzedzony zapewne wieloma godzinami prób, robił wrażenie. Podobnie jak stylowe pląsy wielu par, które bawiły się na kilku parkietach zamku Hofburg. O północy wystąpili artyści scen wiedeńskich z kabaretowym programem z „Belle Epoque”. Trwający do godz. 5.00 bal upłynął pod znakiem szyku i elegancji. Jego zwieńczeniem był kadryl w wykonaniu ponad tysiąca uczestników prowadzonych przez wodzireja. Jak sądzę, warto zadbać o to, by w przyszłym roku reprezentanci naszej Izby znaleźli się wśród gości organizowanego z takim rozmachem balu.

Pewnym zaskoczeniem był dla nas brak odgórnie ustalonego menu. Dania można było zamawiać oddzielnie, miejsce przy stoliku wymagało osobnej rezerwacji. Potrawy nie były ani zbyt wytworne, ani zbyt drogie. W sumie udział w tym wydarzeniu nie przekraczał kosztów eleganckiego balu sylwestrowego w Polsce.

Pobyt w stolicy Austrii stał się również pretekstem do odwiedzenia apartamentów pary cesarskiej. Słynna cesarzowa Sissi, której życie znamy z różnych filmów, czuła się w Wiedniu co najmniej nieswojo. Jej małżonek, cesarz Franciszek Józef I rządził 68 lat, za jego panowania nastąpił największy rozwój monarchii austro-węgierskiej. Liczyła ona wtedy 56 milionów ludzi różnej narodowości. Każda narodowość mogła kultywować swoje narodowe tradycje. Przykładem mogą być dwa polskie uniwersytety w Krakowie i we Lwowie (ówczesna stolica Galicji). Wraz ze śmiercią Franciszka Józefa I i schyłkiem pierwszej wojny światowej skończył się okres świetności Austrii. Austriacy do dziś leczą kompleksy z tym związane. Na osłodę zostały im wspaniałe budowle w Wiedniu, a w tym Hofburg, gdzie bawiliśmy się do białego rana. Zachęcam do udziału w przyszłorocznym balu.

Wrocław nie dorównuje wprawdzie Wiedniowi, ale też ma swoje uroki. Obchodzący swoje dziesięciolecie „Dom Wina” zaprosił nas na noc z muzyką i winem. Przed koncertem mogliśmy zwiedzić Narodowe Forum Muzyki, które ma w chwili obecnej najnowszą i najlepszą ponoć akustycznie salę muzyczną na świecie. Licząca 1800 miejsc sala jest podwójną kapsułą osadzoną na potężnych kauczukowych słupach, które wygaszają absolutnie wszystkie, najmniejsze nawet drgania zewnętrzne. Orkiestra naszego Forum, która zaliczana jest do najlepszych w Polsce, wykonała V Symfonię i suitę do baletu „Dziadek do orzechów” Piotra Czajkowskiego. Orkiestrą dyrygował Daniel Raiskin. Emocjonalność muzyki Czajkowskiego nie jest jedynie wyrazem skomplikowanej osobowości twórcy czy emanacją rosyjskiej kultury. Jest to także odpowiedź na jedno z założeń epoki, stawiającej uczucia w centrum wszelkiej sztuki. Sam Czajkowski popełnił ponoć tzw. honorowe samobójstwo, nakłoniony przez rosyjskie władze obawiające się obyczajowego skandalu wynikającego z możliwości ujawnienia homoseksualizmu muzyka. V Symfonię Czajkowski pisał u szczytu sławy. Utwór ma charakter bardzo osobisty i jest z pewnością odbiciem jego wewnętrznych rozterek. Po koncercie, w sąsiadującej restauracji na ulicy Włodkowica, degustowaliśmy wina pochodzące z obu stron Pirenejów. Moim kubkom smakowym najbardziej przypasowało białe wino „Colombelle L’Original” z Gaskonii, doskonała jagnięcina dopełniła szczęścia na podniebieniu. Połączenie muzyki z winem sprawiło, że przeżyliśmy wspaniały wieczór. Życzę Wam wielu takich wieczorów.

Wasz Bywalec

 

Zaloguj się aby komentować.