logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 39 gości 
Czas pracy a wypalenie zawodowe - JAK ZADBAĆ O SIEBIE, POMAGAJĄC INNYM? Drukuj
Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 

JAK ZADBAĆ O SIEBIE,
POMAGAJĄC INNYM?

Łatwo w pogoni za samorealizacją oraz spełnieniem oczekiwań pacjentów, pracodawcy, urzędów, rodziny i znajomych zatracić równowagę. Dodatkowo, małe sukcesy działają zazwyczaj jak narkotyk i stymulują do jeszcze większego wysiłku. Gdzieś jednak jest granica, której nie można przekroczyć. Nasz organizm wychwytuje ją wcześniej niż nasza świadomość i zaczyna dawać znać, że trzeba zwolnić. Muszę naładować własne akumulatory, aby móc pomagać innym – krzyczy. Daj mi chwilę wytchnienia – błaga. Zresetuj pamięć, odśwież swoje myślenie – prosi.
Ale my jesteśmy twardzi: kawa, redukcja snu i podejście na zasadzie: „wszystko albo nic” powoduje w konsekwencji chroniczne zmęczenie oraz spadek naszej efektywności.

Każdy z nas chce czuć się potrzebnym i docenionym przez innych. Odnosi się to zarówno do nastolatków jak i starszych ludzi, będących już u schyłku życia. W szczególny sposób dotyczy to osób czynnych zawodowo i wykonujących zawód społecznego zaufania. Są nimi lekarze każdej specjalności przygotowani do tego, aby wspierać drugiego człowieka w utrzymaniu dobrego zdrowia.

Jest to duże wyzwanie a zarazem odpowiedzialność. System opieki zdrowotnej w Polsce nakłada na lekarzy szereg procedur administracyjnych, obligujących dotychczas jedynie przedsiębiorców. W efekcie czas poświęcony pacjentowi zaczyna się dramatycznie kurczyć, bo aparat administracyjny żąda konkretnych wyników w postaci raportów, sprawozdań, regulaminów, instrukcji, upoważnień i innych zestawień. Kim jestem? – zapytuje w takich okolicznościach lekarz sam siebie – co jest moim powołaniem: procedura, człowiek czy pieniądze? Jak to wszystko pogodzić w czasie i jeszcze mieć szansę sprawdzenia się w życiu prywatnym?

Niełatwe to wyzwania powodujące stres i obciążające psychikę. Można do tego podejść w twórczy sposób, traktując zaistniałą sytuację w ochronie zdrowia jako szansę na dalszy rozwój na zasadzie: dam radę, podejmę kolejne wyzwanie, po nim następne, aż „wyjdę na prostą”. Nasuwa się jednak pytanie: kiedy to nastąpi oraz jakim kosztem? Nasz organizm potrzebuje równowagi wewnętrznej, balansu pomiędzy różnymi formami aktywności życiowych, do których zalicza się również czas poświęcony rodzinie i odpoczynek. Łatwo w pogoni za samorealizacją oraz spełnieniem oczekiwań pacjentów, pracodawcy, urzędów, rodziny i znajomych zatracić tę równowagę. Dodatkowo, małe sukcesy działają zazwyczaj jak narkotyk i stymulują do jeszcze większego wysiłku. Gdzieś jednak jest granica, której nie można przekroczyć. Nasz organizm wychwytuje ją wcześniej niż nasza świadomość i zaczyna dawać znać, że trzeba zwolnić. Muszę naładować własne akumulatory, aby móc pomagać innym – krzyczy. Daj mi chwilę wytchnienia – błaga. Zresetuj pamięć, odśwież swoje myślenie – prosi. Ale my jesteśmy twardzi: kawa, redukcja snu i podejście na zasadzie: „wszystko albo” nic powoduje w konsekwencji chroniczne zmęczenie oraz spadek naszej efektywności. Zauważają to inni, zaczynają się pretensje w pracy oraz w domu. Staramy się więc jeszcze bardziej pogonić siebie, aby uchwycić to, co gubimy coraz bardziej – swoje zdrowie. Wzrasta zmęczenie, irytacja, złość na wszystkich dookoła. Jako pierwsi „obrywają” pacjenci. To czarny scenariusz wypalenia zawodowego. Coraz większą frustracją napawa fakt, że pacjenci, znajomi czy rodzina nie doceniają nas, tak jak kiedyś. Topimy smutki w nałogach i pogrążamy się coraz bardziej we własnej niemocy. Co prawda stare powiedzenie mówi, że trzeba dostatecznie nisko upaść, aby wznieść się o wiele wyżej, ale nie mówi jak nisko i jaki jest ten poziom, ponad który nie jesteśmy w stanie sami się unieść.

Rozmawiałem ostatnio z grupą pielęgniarek, które zdecydowały się kontynuować pracę w Norwegii. Zapytałem, co je zmotywowało do podjęcia takiej decyzji. Odpowiedziały, że oprócz niezwykle istotnego waloru finansowego (tam lepiej płacą) chcą pracować spokojniej, bez ciągłego pośpiechu, poganiania przez pacjentów i przez lekarzy, poganianych z kolei przez niewydolny system opieki zdrowotnej. „Mądrze zwolnij” jest więc na podstawie moich doświadczeń najlepszym rozwiązaniem. Ale co to znaczy mądrze?

Dotykamy tutaj sztuki życia opartej na wartościach, które są dla nas najważniejsze i dają sens naszej egzystencji. W poszukiwaniu rozwiązań radzenia sobie ze stresem i wypaleniem musimy podjąć wysiłek odnajdywania samego siebie, swojej tożsamości. Wszystkie inne sposoby, niezwykle ważne i stymulujące proces utrwalania wewnętrznej równowagi, wspomagają jedynie naszą walkę o godne trwanie. U jej źródeł tkwi poczucie sensu naszego funkcjonowania, opartego na wyznawanych wartościach. Sprowadzając to do realiów życia, to co dla mnie jest wartością najważniejszą musi mieć priorytet i na to powinienem znaleźć czas i pieniądze. Jeśli uważam, że kocham swoją matkę, która u schyłku życia oczekuje na spotkanie ze mną, to nie odkładam wizyt, tłumacząc się brakiem czasu.

Zasadą numer jeden w radzeniu sobie ze stresem jest znajdowanie czasu na załatwienie spraw ważnych. Ktoś powie: przecież to takie banalne, wszyscy to wiedzą! To może być prawdą, jak również i to, że nie wszyscy tę zasadę zawsze stosują. Rzeczy ważne są wypierane przez rzeczy pilne, którym nadajemy status ważnych chociaż nimi wcale nie są. Nasze funkcjonowanie w pracy i w domu może zatem przypominać gaszenie pożarów, a pośpieszny urlop upływa na rozpamiętywaniu tego, ile będę mieć zaległości po powrocie. Oddzielanie rzeczy pilnych od ważnych to duże wyzwanie i umiejętność, którą trzeba regularnie ćwiczyć, a na koniec każdego tygodnia sporządzać bilans aktywności, pytając siebie: ile z rzeczy niepilnych lecz ważnych udało mi się załatwić?

Zasadą numer dwa w radzeniu sobie ze stresem jest umiejętność cieszenia się chwilą. To odpowiedź na pytanie, co dzisiaj dało mi radość i poczucie spełnienia zgodne z wyznawanymi wartościami. Warto każdego ranka postawić sobie pytanie – jak przeżyłbym ten dzień, gdyby był ostatnim w moim życiu? Świadomość konieczności rozwiązania niektórych ważnych spraw nabiera w takiej perspektywie innego znaczenia i wiele rzeczy, wydawałoby się niezwykle pilnych, takimi się nie staje. Nasz umysł uwalnia się tym samym od balastu emocji, a my jesteśmy w stanie funkcjonować bardziej racjonalnie.

A co z naszym ciałem? Nasza duchowość, system wartości, myślenie w kategoriach rzeczy ważnych, chociaż niepilnych, funkcjonują w ciele, o które również musimy odpowiednio zadbać. Zasada numer trzy „w zdrowym ciele, zdrowy duch” doskonale ujmuje tę troskę. Bardzo dobrze jeśli pobudzimy sferę ducha, myślenia oraz emocji przez sferę cielesną, czyli prawidłowy ruch, wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu, wyjście poza obręb murów, kontakt z przyrodą. Mamy być spójni w trzech wymiarach: ciała, umysłu i ducha. Wpływając na aktywność naszego ciała, dajemy sobie szansę na odświeżenie ducha i umysłu. Stres, który nas dopada i w wielu przypadkach sieje spustoszenie w naszym organizmie potraktujmy jako sprzymierzeńca, a nie jako wroga. Zamiast z nim walczyć wykorzystajmy go do konstruktywnej pracy nad sobą, swoimi skłonnościami i nawykami. Bez stresu nie moglibyśmy żyć, jest on potrzebny, bo pobudza nasze funkcje życiowe, ale jak mówi Hans Seyle musi on być okiełznany czy świadomie wykorzystywany w dobrym dla nas kierunku. Nadmierny stres jest destruktywny, a jego brak jest cechą tych, którzy przepłynęli rzekę Styks w wędrówce do Hadesu. Starajmy się korzystać z dobrodziejstwa stresu, planując swoje zadania z uwzględnieniem spraw niepilnych, lecz ważnych. Zadbajmy o codzienną afirmację i zatroszczmy się o swoje zdrowie. Pamiętajmy, że aby móc pomagać innym trzeba najpierw umieć pomóc sobie.

Wojciech Krówczyński

 

Zaloguj się aby komentować.