logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości 
Na Cito: MUSIMY (?) BYĆ NIEMAL DEMIURGAMI Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

MUSIMY (?) BYĆ NIEMAL DEMIURGAMI

Zaplanowany na 23 marca 2013 r. XXXI Zjazd Delegatów Dolnośląskiej Izby Lekarskiej poświęcony będzie aktualnym, często „bolącym” problemom naszego środowiska. My lekarze jesteśmy szczególnie świadomi, że zawodowych udręk jest naprawdę niemało, ponieważ doświadczamy ich na co dzień. Do takiego stwierdzenia upoważniają docierające do Izby głosy koleżanek i kolegów czy lektura prasy. Co tu dużo mówić – jest niewesoło. W ostatnim roku przybyło medyków, którzy z powodu niepodpisanego kontraktu z NFZ utracili miejsca pracy. Z nie mniejszymi problemami borykają się lekarze rezydenci (czyt. nr 2/2013 „Medium”) czy lekarze seniorzy. Fatalna ustawa refundacyjna dostarcza zgryzot i lekarzom i chorym. Powodów do narzekań nie brakuje. My lekarze chyba najlepiej wiemy, że za większość zdrowotnych trosk Polaków odpowiada niewydolny system opieki zdrowotnej. Zdajemy sobie sprawę, ile poświęcenia i trudu wymaga od nas próba utrzymania w miarę przyzwoitego poziomu leczenia naszych pacjentów. Staramy się nie dopuścić do katastrofy zdrowotnej. Czy się to uda? Zaczynam mieć wątpliwości.

Boleśnie przekonujemy się, jak trudna jest rola izby lekarskiej, ponieważ nie zawsze możemy pomóc kolegom. Ustawy o izbach lekarskich czy zawodzie lekarza stanowią sejmowy wytwór, co powoduje, że nakłada się nam swoisty ustawowy kaganiec. Przykre, że najwyższy organ władzy ustawodawczej często ignoruje racjonalne postulaty samorządu lekarskiego. Ubolewam, że nie dysponujemy narzędziami, którymi realnie moglibyśmy wpływać na poprawę sytuacji zdrowotnej i jej ekonomiczną rzeczywistość. Skuteczne zmiany wymagają działań stricte politycznych. Prawda jest taka, że w zbyt wielu przypadkach jesteśmy nieskuteczni, a nasze samorządowe stanowiska i uchwały okazują się często przysłowiowym wołaniem na puszczy. Oczywiście jestem zdania, że Izba powinna być apolityczna. Chcąc, nie chcąc, często skazani jesteśmy jednak na prerogatywy (i ich skutki) 460 pań i panów z ulicy Wiejskiej oraz owoce rozporządzeń resortowych urzędników. Nie trzeba tu nic więcej dodawać i choć brzmi to jak truizm, to po prostu w polskiej ochronie zdrowia jest niedobrze.

Niemal magiczne ostatnio słowo kryzys stanowi dla wielu polityków swoiste wytłumaczenie trudnej sytuacji. Obserwujemy, jak cierpią chorzy, którzy na wizytę u lekarza lub przyjęcie do szpitala oczekują w wielotygodniowych kolejkach. Z przysłowiowym kwitkiem odsyła się dzieci wymagające hospitalizacji w Centrum Zdrowia Dziecka. Narzekają emeryci, których nie stać na wykupienie leków w aptekach. Dyrektorzy szpitali – widząc, że placówki nie otrzymują dostatecznych środków na leczenie – podają się do dymisji lub – po prostu – są zwalniani. Takich sytuacji znamy wiele i choć brzmi to trochę jak banał – w powyższe scenariusze niemal każdy z nas może sobie sam wstawić nazwiska i sytuacje. Pętle ekonomiczne i prawne zaciskają się także na szyjach lekarskich. Po chwilowej euforii spowodowanej wejściem do Unii Europejskiej i pozytywnymi tego skutkami, po zasmakowaniu w lekarskich kontraktach (te z finansowego punktu widzenia stały się dobrym narzędziem, abyśmy z lekarzy nędzników zarabiających przed 20 laty równowartość 15 dolarów przeistoczyli się w godnie wynagradzanych) zaczynamy dostrzegać także ujemne strony pracy kontraktowej – przepracowanie czy brak zabezpieczeń w przypadku choroby. Pojawiła się nowa jakość – sieć komercyjnych usług medycznych. Korzystają z nich ci, których na to stać, a ich pieniądze powodują, że spośród lekarzy zaczyna powoli wyrastać klasa średnia (w najlepszym znaczeniu tego słowa). Dla wszystkich rodaków jest to czas wyjątkowo trudny. Trzeba zaciskać pasa. Zaczęliśmy oszczędzać na żywności, staranniej „studiujemy” ceny. Zanika pęd do kupowania samochodów, a ci którzy je posiadają rzadziej tankują. Po developerskim boomie ani śladu, ba widzimy zapaść na rynku nieruchomości, zadłużonym coraz trudniej jest nam spłacać kredyty. Szpitale redukują koszty, etaty lekarskie i pielęgniarskie, personelu pomocniczego i wykonują procedury nie według potrzeb, a według otrzymanych z NFZ środków finansowych. „Kroplówka z euro” z Brukseli też jakby maleje, a po roku 2020 pewnie zostanie odłączona.

Wydaje się, że sytuacja wymaga od nas niemal demiurgicznych działań. Także w obszarze Dolnośląskiej Izby Lekarskiej. Chyba niemal demiurgami, muszą się stać delegaci, którzy przybędą na marcowy zjazd. Zadań jest wiele – od oceny sytuacji w ochronie zdrowia, poprzez próbę odpowiedzi na pytanie, jak korporacja ma służyć lekarzom i chorym, skończywszy na prozaicznej sprawie – uchwaleniu racjonalnego budżetu. Zadecydujemy, jak spożytkowane zostaną składkowe pieniądze. Tych jest sporo, bo ponad 4 miliony. Oczywistym jest, że na wszystkie potrzeby pieniędzy nie wystarczy. Priorytety stanowią: zapewnienie funkcjonowania naszego samorządowego sądownictwa, rejestrów, finansowanie świadczeń socjalnych dla najbardziej potrzebujących lekarzy, pomoc w kształceniu ustawicznym. Chcemy też dokończyć budowę Domu Lekarza i zapewnić spłatę niemałego, 20-letniego kredytu.

Z powyższych powodów ostatnie 3 miesiące to praca Rady Izby nad preliminarzem budżetowym. Widać jej efekty. W filozofii układania budżetu proponujemy hasło: „MĄDRZE OSZCZĘDZAMY”. Co to oznacza? Rekomendacje Rady dla zjazdu są dość jednoznaczne i chyba racjonalnie restrykcyjne. Proponujemy rozsądną redukcję wydatków. Zaczęliśmy ją od siebie – obniżamy diety samorządowe, oszczędzamy na kosztach „Medium” (poprzez wydanie niektórych numerów w tańszej, elektronicznej wersji), zrezygnowaliśmy z wydatków na ubezpieczenia osób funkcyjnych, zmniejszyliśmy fundusze przeznaczone na wybory. Z konieczności oszczędzamy na wydatkach niektórych komisji. Dołożymy też starań, aby zmniejszyć wydatki materialne. W nieco desperackim szukaniu oszczędności doszliśmy nawet do tego, że rezygnujemy z serwowania w Izbie kawy z ekspresu (przez ponad 2 lata z urządzenia skorzystało około 20 tys. lekarzy odwiedzających siedzibę DIL). Oszczędności powinny obowiązywać wszystkich bez wyjątku. Zadeklarowałem zmianę formy mego zatrudnienia z umowy o pracę na rzecz tańszej – umowy cywilnoprawnej i opcję redukcji wysokości wynagrodzenia, co zmniejszyłoby o ponad 20 procent obciążenie Izby z tytułu mojej pracy. Symulacje, które wykonał wiceprezes ds. finansowo-budżetowych dr Paweł Wróblewski wskazują, że powyższe cięcia mogą być niewystarczające. Szukamy więc dalszych oszczędności. Jestem przekonany, że je znajdziemy, bo ufam, że chcemy dobrze służyć i wypełniać nasze powinności.

Igor Chęciński

 

Zaloguj się aby komentować.