logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 32 gości 
Wywiad „Medium” - ZMIANY W USTAWIE O POZ Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

ZMIANY W USTAWIE O POZ

OPRACOWANIE REDAKCYJNE

Z dr. hab. n. med. Jarosławem Drobnikiem rozmawia Magdalena Orlicz-Benedycka

Trwają prace nad założeniami projektu ustawy o podstawowej opiece zdrowotnej, które opracowuje zespół ekspertów. Jedną z propozycji jest powołanie zespołów medycyny rodzinnej, których zintegrowane działanie przyczyniłoby się do skuteczniejszej opieki nad pacjentem. Zespół powinien tworzyć lekarz POZ i inni pracownicy medyczni, m.in. pielęgniarka i położna. Ich kompetencje muszą być szeroko zdefiniowane. Kluczową rolę odgrywać ma zawsze w zespole lekarz, który powinien być liderem teamu, zdolnym integrować, koordynować i optymalizować pracę jego członków. Nie mniej ważne są pielęgniarki POZ o przygotowaniu zawodowym predysponującym nie tylko do pracy zespołowej, ale i do samodzielnego podejmowania szerokiego zakresu działań. Chodzi zarówno o działania w gabinecie pielęgniarsko-zabiegowym, jak i w miejscu zamieszkania pacjenta. Pracę zespołów POZ powinni wspierać także inni wykwalifikowani pracownicy o określonych kompetencjach. Zespoły te powinny być także wyposażone w skuteczne narzędzia do realizacji polityki zdrowotnej, w tym stosowne regulacje prawne i instrumenty finansowe – to fragment propozycji Porozumienia Zielonogórskiego.

Magdalena Orlicz-Benedycka: 4 stycznia br. minister zdrowia powołał zespół do opracowania założeń projektu ustawy o podstawowej opiece zdrowotnej. Jest Pan jego członkiem. Czy uda się wkrótce uzdrowić POZ?

 

Jarosław Drobnik: Koncepcja zespołu wymaga akceptacji ministra zdrowia. Podczas naszych dyskusji pojawiło się kilka problemów. Podstawowym błędem jest moim zdaniem to, że zespół opracowuje założenia, koncentrując się wyłącznie na podstawowej opiece zdrowotnej. Myślę, że bez pokazania podstawowych powiązań między POZ a lecznictwem ambulatoryjnym, lecznictwem specjalistycznym czy stacjonarnym, rozmowy nie przyniosą efektu, ponieważ będą kontestowane przez pozostałych uczestników systemu w myśl zasady naruszania ich interesów dla jednego podmiotu, czyli POZ. Tu wszystko działa, jak naczynia połączone i każda zmiana pociąga za sobą określoną reakcję na innym poziomie systemu.

M.OB.: Podstawową strukturą POZ ma być zespół medycyny rodzinnej, czyli lekarz rodzinny, internista lub pediatra (obecnie dopuszczone rozwiązanie) oraz zespół pielęgniarki i położnej „rodzinnej”. Czy taka współpraca jest realna?

J.D.: W mojej ocenie lekarze POZ, niebędący lekarzami rodzinnymi, powinni w ściśle określonym czasie uzupełnić swoją wiedzę z medycyny rodzinnej. Wiele mówi się o pracy zespołowej i liderze, którym ma być lekarz rodzinny. Dostrzegam w tym rozwiązaniu pewne zagrożenia. Nie określono granicy czasowej na stworzenie takiego zespołu i przygotowanie lekarza rodzinnego do bycia liderem. Obecnie jest to niemożliwe ze względu na zbyt małą liczbę lekarzy tej specjalności. Na powrót powinna zostać uruchomiona tzw. „krótka ścieżka” szkolenia specjalizacyjnego, to bardzo ważne. Mamy lekarzy, którzy przez lata pracują w POZ, od strony praktycznej są bardzo dobrze przygotowani. Trzeba tylko poszerzyć i uaktualnić ich wiedzę. Roczny, dobrze ułożony programowo kurs w mojej ocenie by wystarczył. Na razie jednak nie ma takiej ścieżki. Liczbę lekarzy rodzinnych można zwiększyć w perspektywie ok. 6 lat.

Drugi problem, poza brakiem powiązań systemowych, stanowi finansowanie szkoleń, w tym specjalizacyjnych. Pojawiła się ciekawa propozycja fundowania przez samorządy stypendium lekarzom, którzy chcą uzyskać specjalizację z medycyny rodzinnej. To byłoby ułatwienie, ale też motywacja do kształcenia się w tej dziedzinie. Problem w tym, że lekarze niechętnie robią specjalizację z medycyny rodzinnej. Wsparcie w postaci stypendium czy mieszkania dla młodych lekarzy może zmienić tę sytuację.

M.OB.: Istotną rolę w zespołach medycyny rodzinnej odgrywać mają pielęgniarki. Czy nowe rozwiązania pozbawią je możliwości prowadzenia działalności gospodarczej?

J.D.: Pielęgniarki posiadają często swoje odrębne listy pacjentów i rzeczywiście obawiają się, że nowe rozwiązanie, tj. zespół MR, pozbawi je możliwości prowadzenia działalności gospodarczej. Moim zdaniem nie ma takiego zagrożenia, wystarczą dobre zapisy ustawowe, pozwalające na współpracę w zespole, akceptowaną przez obie strony, wybraną formę umowy cywilnej.

M.OB.: Pomówmy o projekcie w kontekście zmian w wynagradzaniu lekarza rodzinnego… Na jakich założeniach powinien opierać się nowy system?

J.D.: Ważne, aby był to system mieszany. Z jednej strony powinien opierać się na stawce kapitacyjnej. Z drugiej, aby zmniejszyć liczbę pacjentów wysyłanych do specjalistów, powinno się płacić lekarzowi rodzinnemu za dodatkowe umiejętności i procedury czy czynności, które wykona z własnej inicjatywy. Również za efekty leczenia i profilaktykę. W edukacji pacjentów widziałbym większą rolę pielęgniarek. Lekarze mogliby robić USG, gastroskopię czy inne zabiegi, np. usuwania znamion, zmian skórnych. Jeśli wykonaliby je prawidłowo, otrzymaliby za to dodatkowe wynagrodzenie. Przy obecnej stawce kapitacyjnej jest to fizycznie niemożliwe, ze względu na dużą liczbę pacjentów przypadających na jednego lekarza, a ponadto za tego typu czynności się nie płaci. Taki system jest demotywacyjny, nie sprzyja pozyskiwaniu dodatkowych umiejętności.

Zmiany, które proponujemy, przewidują dodatkowe wynagrodzenie również za efekty leczenia. Dzięki temu lekarz będzie miał większą motywację, by częściej spotykać się z pacjentem, zlecać badania kontrolne i prosić pielęgniarkę, w ramach zespołu, o wyedukowanie pacjenta w zakresie jego choroby.

M.OB.: Zmiany zaproponowane przez zespół ekspertów brzmią obiecująco… Czy i kiedy mają szansę na urzeczywistnienie?

J.D.: Dokument stanowiący odzwierciedlenie naszej koncepcji został przedstawiony ministrowi zdrowia. Jeszcze nie wszystkie podmioty go zatwierdziły. Przedstawiciele grup zawodowych, których te zmiany dotyczą, mogą zaaprobować dokument lub zgłosić do niego uwagi. Ostateczna decyzja w tej kwestii należy oczywiście do ministra zdrowia. Jeśli koncepcję zespołu zaakceptuje, wówczas powstanie ustawa. Chciałbym, aby przyjęta została przynajmniej zmiana mówiąca o wiodącej roli medycyny rodzinnej w POZ, i myślę, że to ma szanse powodzenia. Przyznam szczerze, że powątpiewam w urzeczywistnienie zmian. Dalsze procedowanie nad założeniami projektu ustawy o podstawowej opiece zdrowotnej wiąże się z dodatkowymi wydatkami. Obecnie na ochronę zdrowia przeznaczamy nieco ponad 6 proc. PKB, w tym ok. 4,5 proc. pochodzi ze środków publicznych, a reszta z prywatnych pieniędzy pacjenta. By system funkcjonował prawidłowo, na co słusznie zwraca uwagę minister zdrowia, potrzebne jest zabezpieczenie 6 proc. PKB tylko ze środków publicznych. Brakuje zatem 2 proc. PKB, a to niebagatelna suma. Jeśli jednak spróbujemy ten system skonfigurować (mając do dyspozycji takie a nie inne środki), jeśli gdzieniegdzie dokonamy finansowych roszad, to trzeba będzie znaleźć dodatkowe środki w systemie. To oznacza zabranie określonej sumy z opieki ambulatoryjnej lub z lecznictwa stacjonarnego. Widzę tu poważne zagrożenie. Nikt nie prowadzi dyskusji, jak można to powiązać, z czego zrezygnować i na jakich warunkach. Obawiam się, że minister zdrowia będzie miał poważny problem. Zespołowi zlecono opracowanie strategii POZ i musimy się z tego wywiązać, a jak sobie z tym problemem poradzi dalej minister, nie wiemy. Jeżeli tworzymy system POZ, ktoś musi być liderem. To na nim spoczywa ostateczna odpowiedzialność. Propozycja zmian obejmuje kilka ciekawych pomysłów ukierunkowanych na pielęgniarki, dających im możliwość samorealizacji. Ich rola w edukacji i promocji zdrowia została w koncepcji wyraźnie podkreślona. Obecnie nie prowadzi się kompleksowej edukacji zdrowotnej wśród dzieci. Dyskutujemy o przejęciu przez pielęgniarki w szkołach tematu dietetyki. Zatem jest wiele do zrobienia.

M.OB.: Nie wszyscy pacjenci słuchają rad i zaleceń lekarzy. Istnieje obawa, że nie będą chcieli rozmawiać z pielęgniarkami na temat diety czy profilaktyki…

J.D.: W zapisach ustawowych powinien według mnie znaleźć się punkt mówiący o tym, że jeśli pacjent nie chce współpracować, nie słucha zaleceń, musi płacić wyższą składkę ubezpieczenia zdrowotnego. W myśl zasady, że pacjent ma nie tylko prawa, ale i obowiązki, w tym realizacji zaleceń medycznych.

M.OB.: Co jeszcze było przedmiotem rozmów zespołu?

J.D.: Dyskutowaliśmy o zmniejszeniu biurokracji i zminimalizowaniu ilości procedur administracyjnych w POZ. Przykładowo system eWUŚ jest zupełnie niepotrzebny w systemie, bo każdy obywatel ma konstytucyjne prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Po co zatem generować całe postępowanie administracyjne do stwierdzania niepraktycznej informacji. Odsetek osób, które nie spełniają kryteriów ubezpieczenia w Polsce, jest niewielki. Zatem nawet ponoszenie kosztów leczenia nieubezpieczonych jest mniejsze, niż utrzymywanie całej struktury administracyjnej. Może lepszy byłby system informatyczny, który sam generowałby dane dla osób zarządzających ochroną zdrowia, bez wypełniania sprawozdań przez lekarzy. Niestety, z informatyzacją sektora zdrowotnego w Polsce jest gorzej niż źle – mimo że na cyfryzację wydano mnóstwo pieniędzy. Obecnie każda instytucja zbiera informacje dla siebie, brakuje łącznika, który powinien to wszystko scalić. Tu kłania się kwestia zdrowia publicznego, de facto w Polsce nieistniejącego. Ustawa, która była wprowadzana i procedowana, sprowadza się do pewnych działań w zakresie profilaktyki i promocji zdrowia w ramach NFZ. Taka ustawa w moim odczuciu to nieporozumienie. Sprowadzenie zdrowia publicznego do promocji zdrowia w wybranych obszarach ma się nijak do zdrowia publicznego jako takiego.

M.OB.: Reasumując, co stoi na przeszkodzie prawidłowemu funkcjonowaniu medycyny rodzinnej?

J.D.: Podstawowa sprawa to kwestia finansowania POZ. Po drugie „rozjechanie” kompetencji w systemie POZ. Cały czas uprawiamy w kraju medycynę najdroższą, specjalistyczną, interwencyjną. Promujemy zatem specjalistów, a nie lekarzy rodzinnych, którzy mają szerokie kompetencje, pozwalające kompleksowo leczyć pacjenta i jego rodzinę. Jeśli na tym etapie nie zostanie w sposób właściwy określona strategia, będziemy mieli status quo. Tak naprawdę, nikt poza pacjentami i lekarzami rodzinnymi nie jest chyba zainteresowany zmianami.