logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 63 gości 
Wywiad „Medium” - Każdy przypadek jest inny. Warto o tym pamiętać! Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Każdy przypadek jest inny. Warto o tym pamiętać!

Sukces lekarzy z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy. Udało się podłączyć do sztucznej nerki ważącego 820 gramów wcześniaka
i uratować mu życie – donosiły niedawno media. – Najprawdopodobniej nikt na świecie nie przeprowadził dotąd z sukcesem podobnego zabiegu
u tak małego pacjenta – mówi ordynator i twórca Oddziału Neonatologicznego szpitala w Legnicy lek. Wojciech Kowalik. Trud organizowania oddziału docenił minister zdrowia, przyznając mu tzw. trzeci stopień referencyjności.

Dr Kowalik to niezwykle skromny człowiek, który znajduje czas także na działalność społeczną.
Od lat jako licencjonowany lekarz Polskiego Związku Piłki Nożnej opiekuje się zawodnikami klubu piłkarskiego „Miedź Legnica”.

Z lek. Wojciechem Kowalikiem – pediatrą, neonatologiem, kardiologiem dziecięcym, ordynatorem Oddziału Neonatologicznego WSS w Legnicy rozmawia Magdalena Orlicz-Benedycka.

Magdalena Orlicz-Benedycka: Co zmieniło się w Pana życiu po ogłoszeniu w mediach sukcesu na światową skalę?

Wojciech Kowalik: Moje życie nie zmieniło się wcale. Bywam częściej na sympozjach, na których pada wiele pytań dotyczących tego i wielu innych przypadków. Ten jest szczególny, ponieważ dotyczy najmniejszego dziecka na świecie. Tym samym rozpoczynamy nowy rozdział w tej dziedzinie. Jesteśmy jak dotąd jedynym oddziałem neonatologicznym, który stosuje tę metodę. Dzieci są podłączane do sztucznej nerki, ale wyłącznie na oddziałach nefrologicznych i w stacjach dializ.

Jestem bardziej rozpoznawalny. Rodzice odwiedzający swoje pociechy na intensywnej terapii czy na naszym oddziale wiedzą o tym, że zastosowaliśmy terapię nerkozastępczą u wcześniaka. Często zagadują, pytają i wyrażają swój podziw. Jestem szczęśliwy, że specjaliści z nefrologii tak przychylnie przyjęli to, co się wydarzyło. Mam tu przede wszystkim na myśli prof. Andrzeja Prokurata – specjalistę w dziedzinie nefrologii i dializoterapii w województwie mazowieckim, prof. Ewę Helwich – krajowego neonatologa i prof. Janusza Świetlińskiego. Wszyscy są po stronie nowoczesności i nie krytykują tego, że zdecydowaliśmy się na tak ryzykowny krok. Przeszukałem całą literaturę specjalistyczną, do której mamy dostęp, także anglojęzyczną, i nigdzie nie znalazłem dziecka z taką masą ciała, które by przeżyło. Owszem, wszyscy się chwalą, że udało im się uratować życie dzieci poniżej 3 kg, a to jest duża różnica, ponieważ organizm dzieci jest dojrzały i ich leczenie jest dużo łatwiejsze.

M.OB.: Tworzył Pan Oddział Neonatologiczny WSS w Legnicy od podstaw, wyszkolił Pan kilkunastu lekarzy. Co było siłą napędową tych działań, co pomogło? Jakie wartości, oprócz wiedzy, przekazuje Pan młodszym kolegom?

W.K.: Pozytywne było to, że nie spotkałem w tym czasie nikogo, kto chciałby mi zaszkodzić, przeszkodzić czy zatrzymać moje starania o rozwój oddziału. Łatwo zniszczyć młodego, początkującego lekarza, który wykazuje zapał do pracy i więcej niż inni inwencji. Miałem szczęście, że spotykałem na swej drodze lekarzy i profesorów, którzy mi pomagali. Moim kierownikiem specjalizacji był prof. Wiesław Prusek, wspierał mnie prof. Czernik, doc. Waszkiewicz i wiele innych osób. Pochodzę z Kielc, studiowałem we Wrocławiu, ale w grudniu 1981 roku dostałem nakaz pracy w Kielcach. Odbyłem staż, a później wyjechałem do Legnicy. W 1986 roku zacząłem tworzyć tam oddział neonatologiczny, gdzie byłem wtedy jedynym lekarzem. W tych latach rodziło się w Legnicy ok. 3000 tys. dzieci rocznie. Byłem sam, nie było lekarzy dyżurnych. Nie było mi łatwo.

Aktualnie nasz zespół liczy ok. 65 osób. Składa się z 11 lekarzy i 52 pielęgniarek i położnych. To duży zespół, niezwykle oddany pacjentom i troskliwy. Praca jest ciężka i osoba, która nie posiada empatii nie zagrzeje tu miejsca, dlatego też część odchodzi. Obecny team jest skompletowany i rzeczywiście na wszystkich można polegać. Jest to chyba największy oddział neonatologiczny na Dolnym Śląsku. Osiemnaście intensywnych stanowisk. Cały czas prowadzimy szkolenia z neonatologii, byliśmy też ośrodkiem szkolenia z zakresu pediatrii. Uczę lekarzy skrupulatności, rzetelności i prawdy, bo w tej dziedzinie nie da się oszukać życia. Wszystko musi być oparte na prawdzie, umiejętności przyznawania się do błędów. Młodzi lekarze mają obecnie lepszy start zawodowy, nie muszą się martwić, jak przeżyć. Jest dużo łatwiej. Ja specjalizację z zakresu kardiologii robiłem na urlopach, w weekendy i nie było żadnych udogodnień ani pomocy ze strony szpitala. Czasy były zupełnie inne.

M.OB.: W jaki sposób pozyskał Pan finanse na sprzęt? Przecież czasy były siermiężne?

W.K.: Dostępu do sprzętu nie było praktycznie żadnego. Wtedy istniał tylko jeden oddział intensywnej terapii noworodków i dzieci w okolicy. Natomiast w regionie jeleniogórskim i legnickim nie było ani jednego stanowiska, a umieralność noworodków w tamtych czasach była dramatyczna. Dane fałszowano, ukrywano.

Pierwsze dwa polskie respiratory, nie najwyższej klasy, dostaliśmy z przydziału centralnego z Ministerstwa Zdrowia. Były też dwa kardiomonitory polskiej produkcji. Zaraz po stanie wojennym przychodziły dary medyczne z innych krajów. Dostaliśmy 8 używanych inkubatorów, które były o niebo lepsze od tych, które mieliśmy oraz respirator noworodkowy. Chciałem podziękować darczyńcom za ich hojność, dlatego zamierzałem zamieścić w „Gazecie Robotniczej” stosowny tekst. Producentem inkubatorów i respiratora była firma Vickers i nazwę sprzętu umieściłem w zaproponowanym tekście. Posądzono mnie o prowokację polityczną. Bowiem ta firma była także znanym producentem samolotów bojowych. Żyliśmy w innej rzeczywistości i trzeba było bardzo uważać na każde słowo.

M.OB.: Dlaczego wybrał Pan specjalizację z neonatologii?

W.K.: Pracowałem na oddziale dziecięcym, ale nikt nie chciał pracować na oddziale noworodkowym. Jedyny lekarz, który był, odszedł powodu przeciążenia pracą. Ordynator pediatrii zdecydował, że co trzy miesiące jeden z pediatrów będzie tam na zastępstwie. Poszedłem w 1986 roku na trzy miesiące i wsiąkłem już na dobre. Widziałem, że jest dobry i wykształcony personel pielęgniarski, ale nie było lekarzy i sprzętu. Byłem uparty i przyzwyczajony do trudnych warunków. Tak mnie wychowano. Postanowiłem walczyć. Uważam, że ślepe naśladownictwo nigdy nie było motorem postępu. Oprócz tego co przekazują nauczyciele, trzeba dać coś od siebie, aby wiedzę posunąć do przodu.

M.OB.: A co z zajęciami pozazawodowymi? Jest w pana życiu wątek sportowy…

W.K.: Jeszcze kilka lat temu uczestniczyłem w życiu sportowym miasta, byłem w zarządzie klubu sportowego „Miedź Legnica”, a obecnie jestem w tym klubie lekarzem i siedzę na ławce rezerwowych. Mam uprawnienia do badania młodych sportowców. To praca społeczna. Doba jest dla mnie za krótka. Nie mam czasu na lekturę czy na wyczynowy sport. Relaksuje mnie kontakt z przyrodą, jazda na rowerze oraz biegi narciarskie. Mam na te zajęcia czas tylko kilka razy w roku. Kiedyś czynnie uprawiałem sport, grałem w piłkę nożną w szkole średniej i później, pasjonowało mnie także strzelectwo sportowe. W klubie działam chętnie, ponieważ kluby sportowe w Polsce są biedne i każda para rąk do pracy się przyda. Z trudem godzę te obowiązki z pracą zawodową.

M.OB.: Porozmawiajmy o rodzinie…

W.K.: Mam dwie córki. Jedna z nich skończyła studia na UM we Wrocławiu, będzie neonatologiem. Druga skończyła informatykę, ale nie pracuje w zawodzie. Mam też wnuczkę. Jestem gościem w domu. Bywają takie dni, że wychodzę rano do pracy, a wracam następnego dnia po godz. 16.00. To jest też ciężka i wyczerpująca praca fizyczna.

M.OB.: Największy sukces i porażka w Pana życiu to…

W.K.: Sukces to ostatnie wydarzenia. Pracowałem na nie 33 lata, na to, aby moja praca została zauważona, nie tylko przez rodziców, kolegów po fachu, ale i przez społeczeństwo. Olbrzymim sukcesem jest stworzenie takiego ośrodka neonatologicznego, który, wydaje mi się, jest jednym z najlepszych w kraju. Sukcesem jest uratowanie metodą sztucznej nerki tego dziecka i wielu innych noworodków. To otwiera nowe perspektywy dla neonatologii. Muszą powstać ośrodki leczące sztuczną nerką również noworodki albo trzeba wydzielić jakieś dwa oddziały w województwie, które będą dysponowały tą metodą. Poza tym uratowaliśmy tą metodą dziecko z protokołem DNR. Mimo zaleceń do zakończenia uporczywej terapii okazało się, że stan dziecka po siedemnastodniowej hemodializie się poprawił, wszystko idzie w dobrym kierunku i mała Ania jest w domu. Sprawdza się to, o czym już mówiłem, że nie należy zawsze iść utartymi ścieżkami, nie oddawać się łatwiźnie. Staram się mieć własne zdanie na ten i inne tematy.

M.OB.: Słyszy się od jakiegoś czasu o zbyt schematycznym podejściu do pacjenta. Postępuje się według ściśle wytyczonych procedur, zleca badania, diagnozuje ale nie zawsze trafnie. Czy to nie jest upraszczanie?

W.K.: Tak, to jest upraszczanie i ucieczka przed odpowiedzialnością, tłumaczenie sobie, że postępowałem zgodnie ze standardem, więc jestem niewinny. To jest droga obrony dla wszystkich. Natomiast obowiązujące standardy w neonatologii to absolutne minimum. Trzeba każdego noworodka traktować indywidualnie i ponadstandardowo.

Niestety muszę zauważyć, że część obowiązujących standardów pogorszyła, a nie poprawiła, opiekę nad noworodkiem. Najważniejsze, aby zmniejszyć umieralność. Trzeba postępować ponadstandardowo, ale nie można zawsze trzymać się kurczowo wyznaczonej ścieżki. Standardy zabiją medycynę. Należy każdy przypadek traktować indywidualnie.

M.OB.: Czy utrzymuje Pan kontakt z wyleczonymi i uratowanymi małymi pacjentami oraz ich rodzinami?

W.K.: Bardzo często. Wielu rodziców utrzymuje kontakty z oddziałem. W dniu rocznicy urodzin dziecka przychodzą, przynoszą tort i zdjęcia dziecka od momentu pobytu na oddziale po aktualne. Pokazują, że żyją normalnie, biegają, cieszą się każdym dniem. My też stawiamy na dobre relacje z rodzicami.

M.OB.: Swoją codzienną pracą udowadnia Pan, że w mniejszym szpitalu w małej miejscowości można dokonywać rzeczy wielkich, na światowym poziomie...

W.K.: Na ten sukces złożyło się kilka czynników: miałem jednego dyżurnego lekarza, kilka pielęgniarek i wolną sztuczną nerkę. W ciągu kilkudziesięciu minut trzeba było podjąć decyzję, wezwać rodziców i powiedzieć, że dziecko odchodzi, a sztuczna nerka to jedyna szansa. Porównując nasze realia z wielkim, nowoczesnym oddziałem za granicą, wyglądało to tak jakbym poleciał na księżyc w dresie. Dotychczas wiele dzieci i wcześniaków było leczonych sztuczną nerką bez powodzenia. Ta metoda musi stać się środkiem ratowania życia. Każdy przypadek jest inny. Mając wytyczne postępowania z tak małym noworodkiem trzeba być cały czas przy nim i odpowiednio reagować, odchodząc nawet od znanych i sprawdzonych schematów. Trzeba zachować bardzo uczciwe, rzetelne i dokładne podejście do każdego przypadku. Informowanie rodziców o każdej zmianie, niepowodzeniu czy pogorszeniu się stanu dziecka, kontakt telefoniczny czy e-mailowy to konieczność. Takie detale mogą decydować o sukcesie. Powtórzę, że to osiągnięcie otwiera drogę do wprowadzenia CRRT na oddziały intensywnej terapii noworodka. Jest to uznana, bezpieczna i w gruncie rzeczy prosta metoda dająca szansę życia dziesiątkom dzieci umierających z powodu niewydolności wielonarządowej oraz ostrego uszkodzenia nerek. Tego nurtu już się nie cofnie, trzeba to robić. Stosowana dotąd dializa otrzewnowa jest metodą mniej wydajną. Reasumując naszą rozmowę, zacytuję słowa z pierwszego rozdziału Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa: „Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała ...”. To zdanie doskonale obrazuje nieunikniony bieg zdarzeń.

Dziękuję za rozmowę.

 

Zaloguj się aby komentować.