logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 24 gości 
Widziane z Kazimierza 45 Drukuj
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Maj…

1 maja 2004 r. Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. To w tym dniu flaga UE powiewała po raz pierwszy razem z flagą III Rzeczpospolitej. Odegrano wówczas „Odę do młodości”, która jest hymnem Unii. A sama uroczystość rozszerzenia UE o kolejne państwa odbyła się w… Dublinie. I może warto przypomnieć, że Polska złożyła wniosek o członkostwo w UE 8 kwietnia 1994 r. Starania o przyjęcie do wspólnoty trwały więc 10 lat. Natomiast 25 maja 2014 r. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Polacy po raz trzeci będą wybierać 51 swoich przedstawicieli na 5-letnią kadencję. We wspólnym okręgu dolnośląsko-opolskim do obsadzenia jest 5 mandatów. Minęło 10 lat i może warto zastanowić się, co lekarzom, ochronie zdrowia, pacjentom dała przynależność do UE. Dlatego majowy numer „Medium” poświęcamy temu tematowi. Przy moim osobistym eurosceptycyzmie muszę stwierdzić, że w mojej ocenie ten bilans dla lekarzy jest pozytywny. Trzeba pamiętać, że Unia Europejska to nie tylko Schengen, wspólna waluta i miliardy euro płynące do naszego kraju na wszelkiego rodzaju inwestycje. UE to także coś, co prof. Zdzisław Kubot, na spotkaniu w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej, nazwał europeizacją polskiego prawa. Bo bycie członkiem UE zobowiązuje także do dostosowywania standardów europejskich, np. w obszarze prawa pracy. A to na pewno kosztuje. Nie można więc „zjeść ciastka i mieć ciastko”.

Chciałbym przypomnieć o 2 sprawach: naszej „walki” o czas pracy lekarzy (i jak pokazują ostatnie miesiące nie do końca zakończonej) i najnowszej dyrektywie transgranicznej. W PE w pocie czoła wypracowano dyrektywę 2003/88/WE, która weszła w życie 2 sierpnia 2004 r., a więc w trzy miesiące po wstąpieniu Polski do UE. Dyrektywa mylnie nazywana „dyrektywą o czasie pracy”, gdyż jest ona „dyrektywą o prawie do wypoczynku”. Dyrektywa ta dawała lekarzom prawo do 11 godzin odpoczynku w trakcie każdej doby, minimum do 35 godzin odpoczynku jednorazowo w ciągu tygodnia i ograniczała czas pracy do 48 godzin, zezwalając jednakże na jego przedłużenie za zgodą pracownika (tzw. klauzula opt-out) do nie więcej niż 78 godzin w tygodniu. Ale „Polak potrafi”, więc problem implementacji dyrektywy rozwiązała ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz. Zresztą z cudowną, charakterystyczną dla siebie łatwością i beztroską. Ustanowiła „normę prawną” poprzez komunikat na stronach internetowych Ministerstwa Zdrowia, który głosił trzy przestrzegane do dziś reguły. Pierwszą była ta, że 11-godzinny odpoczynek może przysługiwać po dyżurze, czyli po 24-godzinnej pracy, co pozwoliło na utrzymanie systemu dyżurowego, formalnie sprzecznego z dyrektywą unijną przy dyżurach dłuższych niż 13 godzin. Drugą – uznanie, że czas pracy dotyczy pracy u jednego pracodawcy. To, że lekarz lub pielęgniarka jeździ z jednej pracy do drugiej, pomijamy milczeniem, ewentualnie krótko dyskutujemy o tym po takich tragediach, jak ta we Włocławku. Trzecią regułą jest stwierdzenie, że dyrektywa dotyczy tylko zatrudnionych w ramach umowy o pracę. W taki to sposób rozpoczęło się masowe przechodzenie lekarzy i w nieco mniejszym zakresie pielęgniarek na kontrakty. Ale dzięki tej dyrektywie ponad 20 mld zł nagle znalazło się w kasie NFZ, gdyż inaczej cały system, głównie w szpitalach, by się zawalił. Czyli to nie rząd z własnej woli nam coś dał, ale konieczność dostosowania polskiego prawa do przepisów unijnych spowodowała, że te pieniądze się nagle znalazły.

O nowej dyrektywie UE (transgranicznej) dotyczącej swobody przepływu usług, w tym usług medycznych, pisałem niedawno. Na razie rząd niechętnie i z wielkimi oporami opracowuje prawne akty wykonawcze do tej dyrektywy, bo wiadomo, że to będzie kosztowało następne miliardy. Ale na pewno doczekamy się (i to chyba szybko) np. zniesienia konieczności podpisywania umów z NFZ na przepisywanie recept na leki refundowane. Ten przepis nie ma racji bytu przy tej unijnej dyrektywie. W zasadzie jestem optymistą, gdyż uważam, że zmiany na lepsze nadejdą nie dlatego, że rząd tak chce, ale że takie są standardy w UE.

W związku ze zbliżającymi się eurowyborami, w majowym wydaniu „Medium”, przedstawiamy sylwetki dolnośląskich lekarzy kandydujących do PE. O mandat ubiegają się: dr n. med. Halina Szymiec-Raczyńska – lekarz ginekolog z Dzierżoniowa, obecna posłanka startująca do Parlamentu z listy PSL; lek. Mirosław Lubiński – specjalista medycyny pracy i chorób wewnętrznych z Wałbrzycha, senator RP V kadencji, radny Rady Miejskiej Wałbrzycha startujący z listy SLD oraz lek. Jan Pokrywka – specjalista chorób wewnętrznych z Kłodzka (Nowa Prawica), który nie wykonuje obecnie zawodu. W tym miejscu pragnę wyjaśnić, że samorząd lekarski, zgodnie z ustawowymi zapisami, jest organizacją apolityczną. Natomiast od początku istnienia samorządu popieramy każdego lekarza starającego się o mandat radnego, posła czy senatora, niezależnie od przynależności partyjnej. Chcemy z tymi lekarzami tworzyć lobby na rzecz spraw lekarskich, zarówno na poziomie samorządu terytorialnego jak i w parlamencie krajowym czy europejskim. Warto przypomnieć, że na początku lat 90. ponad 120 lekarzy z Dolnego Śląska pełniło funkcję radnych w samorządzie terytorialnym. I choć nasze doświadczenia we współpracy z koleżankami i kolegami radnymi czy posłami są różne (generalnie złe), to nadal będziemy próbować tworzyć w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej miejsce, gdzie będzie okazja do przekazywania naszych uwag tym, którzy stanowią prawo w Polsce. W formie anegdoty opowiadano mi historię znanego wrocławskiego lekarza posła, który na uwagę innego lekarza, że problem powinien być mu znany, gdyż jest lekarzem, usłyszał odpowiedź: „Ja nie jestem lekarzem, ja jestem politykiem zdrowotnym”.

A na koniec chcę przypomnieć, że od 1 maja 2013 r. Dolnośląska Izba Lekarska działa w nowej siedzibie przy ul. Kazimierza Wielkiego 45. Czyli to już rok…

Jacek Chodorski

 

Zaloguj się aby komentować.