Wydarzyło się - A tak to się zaczęło… Historia I Stressowego Złazu Medyka Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

A tak to się zaczęło… Historia I Stressowego Złazu Medyka

Był to 1965 rok. Po trudach tułaczki mieszkaniowej w akademikach przy ul. Wrońskiego 13B w pokojach 13-, 9- i 8-osobowych oraz na Podwalu (23-24 osoby w tzw. „małej sali”), dla tych, którzy przeszli na drugi rok studiów i po prywatce u przemocnej herszt baby Natalki w pokoju 2-osobowym, dostąpiłem zaszczytu być jednym z pierwszych lokatorów wybudowanego wspólnymi siłami domu akademickiego „Bliźniak”. Zmuszeni byliśmy wtedy do wykonywania prac społecznych, m.in. wynoszenia gruzu i odpadów, czyszczenia pomieszczeń itd. budowanego akademika.

Koło Akademickiego Klubu Turystycznego

Cud na owe czasy, „Bliźniak” miał pokoje 2- i 3-osobowe w oddzielnych częściach. Pion żeński i męski miał dwie oddzielne portiernie z dzielnie strzegącymi naszych cnót rygorystycznymi portierkami. Pod koniec 1968 roku wydzielono na parterze z oddzielnym wejściem kilka pokoi dla małżeństw studenckich. Na parterze „Bliźniaka” powstało centrum kulturalne, w którym odbywały się spotkania ze znanymi ludźmi (np. Chyła, red. K.T. Toeplitz itd.), a także tańce i spotania towarzyskie. Dodatkowo, znajdowała się tam nawet dobrze wyposażona ciemnia fotograficzna, do korzystania z której była często długa lista oczekujących.

Któregoś dnia na tablicy informacyjnej „Klubu” zawisło ogłoszenie, że Rada Uczelniana ZSP zamierza zorganizować spotkanie zainteresowanych ruchem turystycznym na naszej uczelni. No i stało się. W malej salce klubowej zebrało się, pod przewodnictwem szefa Komisji Turystyki RU ZSP Januarego Siekluckiego i jego współpracownika Zdzicha Kiełczyńskiego, kilkadziesiąt osób połączonych wspólnym celem. W ich głowach była nie tylko nauka, ale także chęć innego sposobu na zajęcia pozaobowiązkowe – TURYSTYKA w szerokim znaczeniu tego słowa. Byliśmy chętni, ale obcy, bo w „Bliźniaku” był spęd tych szczęśliwców z innych akademików.

Takie walory jak najpoważniejszy wygląd (wąsacz), tubalny głos, znajomość tematu (turystyka) i starszeństwo (był o rok wyżej) przesądziły o tym, że pierwszym przewodniczącym koła AKT (Akademickiego Klubu Turystycznego ) został Rysiek Bronowicz, ortopeda, do dzisiaj praktykujący w Kamiennej Górze. Od początku zaczęły się „schody”, bo AKT przy Radzie Okręgowej ZSP nie chciał zaakceptować „nowotworu” z Akademii Medycznej. Wiadomo, medycy i turystyka, jakoś to do siebie nie pasowało, i nie mogło skończyć się sukcesem. Uwłaczałoby to dobremu imieniu sprawdzonej przez lata działalności AKT przy RO ZSP, który łączył studentów innych uczelni pod jednym „kapeluszem”. Po dłuższych przepychankach i utarczkach zgodzono się w końcu na nasze istnienie, więc mogliśmy przystąpić do działania.

Andrzejkowa improwizacja

Ktoś wpadł na pomysł zorganizowania Andrzejek w Domku Myśliwskim. Prace organizacyjne ruszyły z kopyta, a czasu było naprawdę niewiele, nie mówiąc już o braku naszego doświadczenia w takich przedsięwzięciach. A czas naglił. Pierwszą i najważniejszą przeszkodą była rezerwacja noclegów, ale szczęśliwie dla nas „domek” nie był zajęty w tym terminie. Dzięki temu mogliśmy dokonać podziału ról w poszczególnych sprawach. Trzeba było zorganizować informację o imprezie, zebrać pieniądze, zakupić prowiant po ustaleniu „menu”, zebrać kierowników grup, ustalić program wieczoru, dokonać naboru uczestników itd.

Podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, liczniejsza, do której należałem, wyruszyła przed południem, aby „za dnia” wysiąść z pociągu w Karpaczu i przygotować imprezę w Domku Myśliwskim. Mieliśmy ze sobą najważniejszą część aprowizacji – wino (marki „Wino” – na grzańca, który stał się główną atrakcją wieczoru andrzejkowego) oraz wiktuały na kolację i śniadanie.

Żwawym krokiem ruszyliśmy w drogę. Na dole była piękna jesień. Prognozy pogody nikt nie wysłuchał. Map nie było, a jeżeli już to stare z 25% błędem drukarskim, aby nie dostarczyć wiadomości wrogom socjalizmu. Co do mnie, to jako jeden z niewielu w tej grupie miałem trochę doświadczenia turystycznego. Byłem na kilku wycieczkach w Karkonoszach, gdzie poruszaliśmy się „ceprostradami”, choć również z przewodnikiem. Liznąłem także trochę Tatr i Bieszczad. Byłem uczestnikiem modnego na przełomie lat 50. i 60. autostopu.

Padło pytanie: – Kto wie, gdzie jest Domek Myśliwski? Ktoś z bardziej zorientowanych oznajmił, że obok Strzechy Akademickiej. Po krótkiej naradzie ruszyliśmy starym torem saneczkowym do „Strzechy”. Jest to najkrótsza, ale mozolna trasa, lecz co to dla nas! Po pewnym czasie weszliśmy w świeży śnieg grubości 5-10 cm, temperatura oczywiście poniżej zera. Radość w oczach andrzejkowiczów, bo to zima! Był wczesny wieczór, ale było dość jasno. Latarki nikt nie miał – bo i po co! Trzy koleżanki, z których dwie pamiętam z nazwiska (ale nie wydam), szły w modnych wtedy kozaczkach. Jedna na szpilkach, aby dobrze hamowało. Im głębiej w las, tym więcej drzew, ale u nas było inaczej – im wyżej, tym więcej śniegu. Nie psuło nam to humoru, bo młodość, kondycja i minimalny bagaż – kilka osób z torbami podróżnymi w ręku – dodawały nam adrenaliny. „Osłów plecakowców” było nas niewielu. Większość miała przydzielony do targania prowiant płynno-stały, bo mieliśmy jako pierwsi przygotować imprezę w schronisku. Tymczasem śniegu ciągle przybywało i na końcu toru oraz przy wyjściu z lasu na otwarty płaskowyż było go już do pół uda. Idąc w czołówce, przecieraliśmy drogę, więc cała grupa szła dość dziarsko. Ale tu na otwartym polu obłęd w oczach. Kurniawa zadymka, wirujący wiatr trzaskający płatkami śniegu i kulkami lodu po przemarzniętych w międzyczasie twarzach, zapierał dech. Dalej trasa oznaczona była tyczkami, ale nie było widać na raz dwóch kolejnych. Tu rozsądny głos tych bardziej obytych z górami przekonał towarzystwo andrzejkowe, aby poczekać na końcowym, zalesionym i zacisznym odcinku toru. Nie pomnę dokładnie, ale w trzy bądź cztery osoby postanowiliśmy dotrzeć do Strzechy Akademickiej, aby ściągnąć pomoc. Mieliśmy kondycję i wydawało nam się, że i zdrowy rozsądek. Ruszyliśmy do walki z kurniawą i sypkim śniegiem. Całe nogi po pachwiny były w nim zanurzone. Na szczęście było względnie jasno, i trzymając się za ręce stworzyliśmy „sznurek”. Mogliśmy bez zbytnich trudności posuwać się do przodu. Ostatni ze „sznurka” widział ostatnią mijaną tyczkę, a pierwszy szukał i znajdował kolejną tyczkę znaczącą szlak. Brnąc w tym kopnym śniegu od tyczki do tyczki, zobaczyliśmy po pewnym czasie światła i wiedzieliśmy już, że to nasze ocalenie – Strzecha Akademicka. Nie zapomnę zdziwienia obecnych tam goprowców i personelu schroniska.

Szybka akcja goprowców – dojście do toru saneczkowego i sprowadzenie reszty grupy w komplecie – pozwoliła nam się odprężyć. Ugoszczono nas herbatą z „czosnkiem”, chyba przemycanym przez granice czeskim rumem. Tu dowiedziałem się, że Domek Myśliwski nie jest obok Strzechy Akademickiej, lecz pomiędzy schroniskami Bronka Czecha na Polanie a Samotnią. Niestety, schroniska Bronka Czecha już nie ma, bo spłonęło 11 grudnia 1966 roku i nie zostało już odbudowane. Prowadzący nas bywalcy i znawcy Karkonoszy mieli nietęgie miny, że wpuścili nas w kanał, bo można było dojść wygodniej drogą prowadzącą obok świątyni Wang.

Po krótkim odpoczynku goprowcy sprowadzili nas obok Samotni do celu. Tutaj oczekiwała nas zaniepokojona naszą nieobecnością reszta uczestników, których zresztą mieliśmy przywitać wraz ze „Stifem”, kierownikiem Domku Myśliwskiego. Donieśliśmy oczywiście cały prowiant płynno-stały.

Dalszy przebieg imprezy odbył się „bez bólu” i zgodnie z programem. Do pierwszej porcji grzańca – tak dla hecy – ktoś dodał soli zamiast cukru. Hasło, że całość jest z solą nie zgasiło naszych pragnień i „ze smakiem” wypito słoną dawkę. Kolejne już z cukrem, zagryzane były kiełbaskami z chlebem, ogórkami i musztardą. Kanapki znikały w zastraszającym tempie. Kiełbasa końska (dobra i tania) została zakupiona u rzeźnika na Szczytnickiej. Lanie wosku i interpretacja cieni rzucanych na ścianie wywoływały salwy śmiechu. Było też trochę nieśmiałego » śpiewania. Zabawa była przednia i trwała do przysłowiowego rana. Przyszłe doktory płci obojga padły pokotem po kątach i na zbiorowych pryczach, aby rano wstać na śniadanie. Warunki były spartańskie: mycie w bieżącej wodzie płynącego obok potoku Łomnicy zarezerwowane było tylko dla odważnych. Ale cóż znaczy młodość! Po śniadaniu spacer do Samotni na piwo, aby w porze obiadowej, już bez przygód, ewakuować się na pociąg (w tym czasie kursowały jeszcze do Karpacza).

Nasz pierwszy złaz

Ten udany wypad zaostrzył nasze turystyczne apetyty, i aby nie być gorszymi od innych uczelni, które od lat organizowały rajdy (Politechnika czy „Wysrol”, sorry, Wyższa Szkoła Rolnictwa), wpadliśmy na pomysł, że zorganizujemy złaz. Zawiązał się Komitet Organizacyjny: Rysiek Bronowicz, Jasiek Hołówka, Marysia Piątkowska, Włodek Radda, Boguś Wiesiołek, Krzysiek Wronecki, moja skromna osoba i jeszcze kilkoro. Kto? Wybaczcie, ale tego już nie pamiętam, lata robią swoje.

Przy wydatnej pomocy Rady Uczelnianej udało się w krótkim czasie opracować całą logistykę: termin, trasy, noclegi, przejścia tras, program na zakończenie, pociąg specjalny na powrót i przekonanie JM rektora, by zarządził Dzień Rektorski (bo sobota była wtedy dniem pracy i nauki). Problem mieliśmy z nazwą i znaczkiem rajdu. O ile nazwę „Złaz Stressowy”, którą o ile pamiętam, wymyślił Włodek Radda (bo stres w tym czasie stawał się modny) ustaliliśmy szybko, to znaczek sprawił nam już sporo kłopotów. Podjęcie decyzji co do kształtu, treści, kolorystyki i sposobu mocowania nie było łatwe. Gdy po długich przepychankach uzyskaliśmy konsensus, pojechałem do Łodzi, gdzie u zaprzyjaźnionego grawera na Piotrkowskiej złożyłem zamówienie i wpłaciłem zaliczkę na wykonanie znaczków. Inne precjoza jak plakaty, plakietki, poświadczenia uczestnictwa i cały drukarski „kram” załatwiliśmy na miejscu.

W planach naszych szalonych głów punktem kulminacyjnym złazu miało być wieczorne wejście na Szczeliniec z pochodniami. O przepisach przeciwpożarowych, ryzyku pożaru jakoś nie myśleliśmy. Zgodę leśniczego z Karłowa załatwiliśmy z Jasiem Hołówką dwoma połlitrówkami wody ognistej. Już po obaleniu pierwszej połówki pan leśniczy rozochocił się i sugerował kolejną trzecią flaszkę. Na to Jasiu z marsową miną powiedział, że na trzecią musimy mieć zgodę kwestury. Jak leśniczy to usłyszał, lekko się był przestraszył i powiedział: no jeżeli „kfestura” ma być ciągana, to podpiszę wam i nie widzę przeszkód. Akceptacja ze strony okręgu Lasów Państwowych była już czystą formalnością popartą u pani sekretarki pudełkiem pralin.

Mnie w udziale przypadło prowadzenie trasy dwudniowej z Dusznik przez Złotów i Skalne Grzyby do Karłowa. Dla uczestników mojej trasy przygotowałem kilkustronicowy śpiewnik formatu A4 na rotaplincie (taka fotokopiarka z tamtych czasów na kalkę i denaturat), abyśmy mogli wspólnie śpiewać. Była to tak fantastyczna grupa, że z wieloma spotykaliśmy się do końca studiów.

W sobotę po południu ściągali z różnych stron nieco wymęczeni, ale za to w doskonałych humorach, uczestnicy złazu. Wieczorem ognisko i śpiew, a całość doskonale prowadził Jasio Hołówka. Pod koniec imprezy zaczęło dość intensywnie padać. W rezultacie deszcz unicestwił nasze plany wejścia na Szczeliniec. Po ognisku nocleg w schronisku PTTK i położonym vis a vis prywatnym pensjonacie pani Stieblerowej, która koniecznie chciała wyswatać przesympatycznego Jasia z jedną ze swoich nota bene ładnych córek.

Rankiem po śniadaniu wędrówka do pociągu specjalnego podstawionego gratis przez PKP. Takie to były czasy i kolej była pewnie dlatego deficytowa. Niestety, nikt z moich przyjaciół nie pamięta, z której stacji kolejowej odjechaliśmy. Ze śpiewem i już zintegrowani wróciliśmy do Wrocławia. Spod Dworca Głównego wracaliśmy tramwajami, a później pod „Bliźniak”, gdzie nastąpiło oficjalne zakończenie i rozwiązanie złazu.

Tak wyglądały początki ruchu turystycznego na naszej uczelni i „poród” I Stressowego Złazu Medyka.

Wybaczcie Kochani chaos mojej pismuły, ale natłok myśli i było nie było, ale i upływ czasu (wolę nie mówić skleroza) nie są pomocne dla „pierwiastka” pisarskiego, którego wyzwolił we mnie Rysiek Ściborski, prosząc o reminiscencje z inicjacji turystyki na naszej uczelni, co z przyjemnością uczyniłem. Do zobaczenia na trasie III Reaktywowanego Złazu Medyka w ukochanej Kotlinie Kłodzkiej.

Jurek Knosala