logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 65 gości 
DEAD INDIAN CAN DANCE Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

DEAD INDIAN CAN DANCE

Jacek de Ho

Tak mówił prorok Wovoka namawiając Indian do uczestnictwa w obrzędach Tańca Ducha. Ale martwy Indianin nie mógł już tańczyć. Martwy Indianin to dobry Indianin. A Ukrainiec to Rosjanin.
Ale dziś, nie ma już sztandarów, więc stoję i czekam. Może kiedyś to czekanie przed bitwą pod sztandarem takim jak ten było łatwiejsze, lepsze niż moje czekanie na zaśnieżonym dworcu na nocny pociąg. Tu kończy się nasz świat, a tam są nasi wrogowie.
Czekam, bez sztandaru, choć w kieszeni mam małą karteczkę z reprodukcją sztandaru  Jermaka Kuczmy, pod którym zdobywał dla Rusi Syberię.
Jest na nim Dziewica Święta, dosiada konia ze skrzydłami, czyli Pegaza i sama ma skrzydła, między rozpostartymi dłońmi pojawia się łuk tęczy, zaczynający się od prawosławnego krzyża, z prawej dłoni, a kończący się na księdze w lewej dłoni. Na głowie nosi  trójramienną koronę, środkowe ramię zwieńczone jest rzymskim krzyżem. Po bokach dwie Ikony, jedna w cyrylicy, a druga z twarzą jakiegoś świętego.
Koń kopytami depcze człekokształtną czarną postać, chyba Diabła.
„NIECH KRZYŻ ŚWIĘTY BĘDZIE MI ŚWIATŁEM, A DIABEŁ NIE BĘDZIE MI PRZEWODNIKIEM”

 

„SZTANDARY LUDU HO POWIEWAJĄ NA WIETRZE”
Opowiem historię, która jak nie- drzewo nie ma swoich gałęzi i nie rozrasta się niczym drzewo. Nie ma też swoich korzeni. Aby jej wysłuchać lub przeczytać -  trzeba mieć dużo cierpliwości. To nie będzie czysty powrót do marzenia sennego.
Nie miałem zamiaru już odejść na swoją ostatnią wachtę, ale byłem po prawie miesięcznym odpoczynku od szpitala w szpitalu. Czekała mnie podróż powrotna i choć nie męczę się podróżując, oczekiwałem nieco przerażony na zaśnieżonym dworcu na nocny pociąg do.
Stary nowy śnieg leżał wszędzie i ciągle podał nowy. Jacyś ludzie niczym zjawy snuli się w białej i szarej śnieżniej mgle dworcowej.
W poczekalni wygrzanej, ale zimnej obcością podróżnych, trójka bezdomnych- para i mężczyzna przysiadają się, nie to raczej ja zająłem im ławkę, którą zajmują, co noc.
Lekko śmierdzą.
- Skąd pan? Pan z daleka.
- Z Gdańska? Nie jeszcze dalej.
- A co z Helu?
- Jeszcze dalej.
Wychodzę na peron. Zawiewa z hałd kiedyś tam wcześniej odśnieżonych peronów, ścieżek, ulic.
Nadjeżdża mój były znajomy z jego byłej pracy w niebieskiej watowanej kurteczce. Rozmowa z..., na peronie. Rozmowa na peronie opisująca cale Życie, ale nie Śmierć i Zmartwychwstanie. Pracuje i coś będzie załatwiał. Psychiczno- życiowa fatamorgana, miraż wewnętrzny, ale czy oszustwo samego siebie.
Tyłem, pchany przez lokomotywę, przedzierając się przez zabielone śniegiem tory, podstawia się pociąg. Były znajomy oddala się w śnieżną, mglistą przestrzeń górskiego miasteczka.
Jak sześćdziesiątka panoczku  na karku, to trza się ustatkować i gap się pod nogi, a nie na konia  -  to ostatnie ostrzeżenia od przypadkowo spotkanych dobrych ludzi.
Po krótkiej deliberacji z obsługą konduktorską udaje mi się wsiąść do przedziału wagonu sypialnego wcześniej. Nie mogą wpuszczać wcześniej, bo mają kontrolę.
Niebo.
Dookoła zwały, kopce białego puchu w atmosferze z białego puchu, a w wagonie wewnętrzny żar.
Ciepła, ale nie miłości.
Zajmuję koję na górnej półce.
Otulam chore kolano, które kazało mi odpoczywać od szpitala w szpitalu kamizelką z czystej, żywej wełny.
Niebo.
Patrzę bez oczu w bliski sufit wagonu. Za nim jest Niebo.
Wagon sypialny zapełnia się nocnymi podróżnymi.
Skamlą, dzieci, że to i tamto. Wagon niepostrzeżenie zmienia tor, ośnieżona stacja znika w czeluści białego opadu.
Jak  lustrzane odbite naprzeciwko pojawia się drugi wagon sypialny. W nim ja też leżę na górnej koi. Rozdwojenie ciała i jaźni w podróży pociągowej.
Leżąc tak podwójny w dwóch wagonach sypialnych, które są i nie są lustrzanymi widziadła.
Jeszcze raz próbuje – poszukuje czegoś całkowicie niezależnego od tego, co kiedykolwiek widziałem, słyszałem, czułem.
Nie znajduje nic poza jakąś dziwną Pustką, której w żaden sposób nie mogę zdefiniować, określić i która jakoś nie mieści się w wąskiej przestrzeni pomiędzy mną leżącym na górnej koi, a sufitem wagonu sypialnego, rozpycha się i przesącza się przez ściany łącząc się z topniejącą warstwą śniegu zalegającego na dachu wagonu.
Może stąd to lustrzane odbicie- widziadło.
Słychać głosy, ale nie są to głosy z Nieba.
Z przedziału obok, gdzie mała dziewczynka podnieca się, że to i tamto w tym pociągu jest, albo nie ma. Zamknięcie oczu nie przenosi mnie w ciszę Pustki,  która jakby zniknęła.
- Hamulec- krzyczy dziecko
- Podusie chcesz- głośno mówi babcia.
Hamowanie jeszcze nie potrzebne.
Bo pociąg stoi na śnieżnej stacji.
Przełożę rękę przez piekło [ a nie przez dupę tej małej], żeby wreszcie było cicho.
-, Na którym łóżku dolnym czy górnym kochanie chcesz?
-, Ale tu hamulec – babciu.
Nie ma ciszy, a Pustka połączyła się ze śniegiem i wodą na stacyjnym peronie.
Nie wolno podróżować z psami w wagonach sypialnych. Dziesięć minut do odjazdu. Słychać głosy, głosy nie za światów.
- Dam panu 10 groszy, ale niech pan mi nie grzebie w torebce.
Pazerność!
-, Ale tam mi wpadło 10 groszy.
Spadło więcej świeżego śniegu, na zwały starego i ten nowy pomału topnieje i z niego ta Pustka, której brak. Brak ciszy.
Wszędzie robi się chlapa
- Będzie jakaś kontrola.
Będzie ciągle kontrola.
Przerażające, co dzieje się z ludźmi.
Stop! Stop!
Czekam, chciałbym w ciszy, aż pociąg ruszy. Bo hałas toczących się kół po zaśnieżonych torach zagłuszy.
Co? Przerywa Pustkę
Proszę o ciszę!
Pociąg ruszył.
Śnieg na peronach przestał topnieć. Mroźna noc z gór otula obieloną stację i trójkę bezdomnych w poczekalni na ławce.
- Pan z daleka w góry
Wszędzie
Jest bełkot
Tylko
W wysokich
Górach
Nie
Bieg pociągu zagłusza
Nie przynosi ciszy, ale może sen.
Przysypiając, przypominam brak białej serwetki do koszyczka na Wielkanoc.
Kwiaty białe, niebieska kokoryczka i szarotki.
Z kolekcji haftów świecko- świątecznych. Nie kupiłem. Nigdzie jej nie ma.
Zasypiam na kształt.
Jednoróg
Jednorożec
Egzamin maturalny z geografii eksternistycznie.
Jakiś pseudo sen pociągowy podróżny.
Ciemność i śnieg.
Białość przechodzi w szarość. Szał ość.
Ciemność, czerń.
Dźwiekość.
Ha szut hu szut szut!
Jedzie pociąg od śniegu w noc.
Staje. Stacja.
Słychać ludzkie ruchy i głosy w ciszy stania pociągu.
I drzwi się odsuwają do przedziału.
Przerwana Pustka, której nie było już nawet pod skrajem sufitu – ducha wagonowego.
Buch! Szarpnęło wagonem, ktoś przełożył zwrotnicę.
To dziwne, ale z bezwładu szarpnięcia, na mnie na górnej pryczy wpada kobieta.
Nieważkość pociągowa dała o sobie znać. Jej nos lekko ośnieżony dotknął mojego nosa.
- Przepraszam!
- Ja do męża!
- Jadę!
- Proszę, nic się nie stało
- Ja od śniegu jadę – odpowiadam.
Rozbiera się delikatnie i rozkłada na dolnej koi.
Nie będzie chyba chrapać.
Ja po pokoju z najwspanialszym widokiem na góry, pokój czteroosobowy, na trzech łóżkach organmistrze chrapo- logi, w trzech nocnych pierwszych maksymalnych koncertach.
Więc uczulenie mam na nocną ciszę i chrapanie.
-, Ale szpilki i dość młoda, więc nie będzie chrapać.
- Do męża dzwoni.
- Rozmawia pół godziny.
- Ja pół godziny nie śpię.
Proszę o ciszę.
- Albo na korytarz proszę rozmawiać.
-, Bo ja sześćdziesiątka na karku i muszę spać.
- Niebezpiecznie nie spać w wagonie sypialnym w nocnej podróży pociągowej.
-, Bo ja do męża. Nie zdążyłam.
Wyłączyła.
Bieg pociągu i pseudo cisza.
Śnieg odchodzi w czeluść nocy.
Na górach śnieg.
W dolinach śnieg.
Na stacji śnieg.
A na równinach czarna Nicość.
Dla chodzących wszędzie jest fajnie.
Śpię. Może śnię. Śpię płytkim snem lekko kiwanego przez ruch składu. A jednak zasypiam.
Przychodzi wspomnienie tajemniczej wyspy na Morzach Południowych, z dala od uczęszczanych szlaków komunikacyjno- handlowych, o niezbyt przyjaznym dla człowieka klimacie, na której żyje lud HO. Nikomu nieznany, w kompletnej izolacji od całego tego współczesnego świata i tzw. cywilizacji. Ludzie ci zachowując silną więź plemienną zajmują się jedynie zdobywaniem pożywienia, zabezpieczeniem własnej egzystencji i sztuką.
Każdy z nich oprócz zbieractwa, myślistwa, rybołówstwa i uprawiania małych ogródków jest magicznym artystą – szamanem.
Multos Hoss Shamanos.
Rysunkos Szamanos
Magicos creators.
Nie wiem, jak, ale zapisałem fonetycznie. Więc ludzie z plemienia HO robiąc coś robią to w połowie, a drugą połowę czasu poświęcają na magiczne przedstawienie tej czynności w dostępnych formach i środkach wyrazu.
Te formy są bardzo różnorodne od kompozycji na liściach, korze, korzeniach, drewnie po totemy, kopce, rzeźby i inne formy przestrzenne oraz rysunki naskalne.
Poezja funkcjonuje w formie niezapisanej. Muzyka na naturalnych instrumentach towarzyszy tym dokonaniom.
Te artmasterpisy są umieszczane w miejscach wyspy uznawane za święte.
Lud HO jest nie liczny, ale ponieważ ta działalność jest powszechna,  to liczba miejsc świętych stale rośnie, tak, że prawie cala ziemia na wyspie staje się święta. Te działania magiczno – artystyczne mają zapewnić powodzenie działań materialnych, ale również wyzwolić twórcę z uwikłań cielesno – bytowych. Choć same w sobie są działalnością jak najbardziej ziemską, ich istotą jest sfera duchowa. Zaklinają i odlatują.
Jednoróg pojawił się nagle i odepchnął senną wizję z ludem HO.
Mój najlepszy kolega z podstawówki, którego nawet nie spotkałem na profilu „Nasza klasa”. Lekki jąkała.
- A ….. A …… O, co ja ………. Jacku …… bę ….. będziesz teraz robić?
Jak bym się przebudził i obraz M. Chagalla w pół jawie i śnie zobaczył. Zapach jak perfumy z tej Pustki, której resztki pozostały w górnych zakamarkach tuż pod sufitem przedziału?
Obraz zmieszał się z zapachem.
Ta kobieta, moja przedziałowa współtowarzyszka pociągowej podróży nachyla się nade mną, lewitując w  rozkołysanym biegiem pociągowym powietrzu.
Chyba w środku nocy to się dzieje.
Czuję bliskość jej ust.
Wahających się czy pocałować.
Moje oczy widzą tę scenę z lotu ptaka, choć ten ptak nie ma gdzie się wznieść pod sufitem wagonu.
A przecież do męża.
- Proszę się obudzić. Za pół godziny pana stacja.
Otwieram oko, najpierw gorsze, widzę zamazany obraz, kobiece nóżki wystające z pod krawędzi mojej pryczy, w zgrabnych szpileczkach, rozmyte na wykładzinie podłogowej przedziału. Drugie oko po otwarciu potwierdza ten obraz.
Jasne promienie porannego słońca rozświetlają przedział, a moja współpasażerka przedziałowa siedzi na swojej dolnej koi i grzebie w komórce.
-He, He, He ha, a co pani tu robi – śmieje się głośno wagonowy.
- Przecież pani miała łóżko 31, które jest w przedziale obok – następnym.
- Ależ jak to? –Głos pasażerki.
- Jeszcze nie sprzedajemy mieszanych przedziałów, a tak to paniusiu.
- Chłopa się zachciało – czy jak?
He, He He, – ale nic się nie stało i wagonowy zamyka drzwi.
- Przepraszam – nie co skruszona mówi współpasażerka.
- To ja przepraszam za – proszę o ciszę.
- Ale ja tylko do męża.
- Oczywiście.
- Ubieram się i wychodzę na korytarz.
W końcowym mieście ani śladu białego puchu.  Szarość, szarość, zgrzebność i brud płaskiego kraju. Pierwsze domostwa. Pociąg zwalnia bieg.
Kaszle ta w szpileczkach.
Mam tabletki do ssania, proponuje, ale odmawia.
Hamowanie na stacji docelowej. Ani śladu śniegu.
Wysiadamy razem, ale na peronie nasze ścieżki się rozstają.
Ani śpię, ani śnię, los sam musi się przebudzić i przeznaczenie padnie w twoje – moje usta.
Ulica docelowego miasta jest zaniedbana.
W starych domach pełno sklepów z używaną odzieżą, kilka lombardów i biur kas Skok.
Upadła ulica nie upadłego miasta.
Im trudniejsza podróż, tym większe wyzwolenie~ oczyszczenie.
Ale ta droga „ żelaznym elektrycznym koniem” w wagonie sypialnym – koedukacyjnym pierwszej klasy od śniegu do szarości zimowych bezśnieżnych równin była inna.
Nie przyniosła wyzwolenia ~ oczyszczenia, a tylko jakieś opary Pustki, w której zawiesili się pociągowi podróżni.
A teraz popłyną miejską deltą szukając dla siebie miejsca na statkach ich losu.
Jutro już mnie tu nie będzie.
SZTANDARY LUDU HO POWIEWAJĄ NA WIETRZE.