logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 61 gości 
WIDZIANE Z KAZIMIERZA 45 - Lekarz czy biznesmen?, czyli krajobraz po bitwie Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Lekarz czy biznesmen?,
czyli krajobraz po bitwie

Jesteście lekarzami czy biznesmenami? – pytał nas publicznie minister zdrowia. A właśnie od 1 stycznia wprowadzono w końcu obowiązek posiadania przez lekarzy (obok fryzjerów i adwokatów) kas fiskalnych. Wygląda na to, że minister finansów traktuje nas jak biznesmenów, a minister zdrowia chce traktować nas jak lekarzy. Hmm… może najpierw niech panowie ministrowie z tego samego rządu ustalą między sobą, czy mamy być lekarzami czy biznesmenami, a my się wtedy ustosunkujemy do tego. Wychodzi na to, po szkoleniu z przedstawicielami izby skarbowej, że możemy zapomnieć o dobrosąsiedzkich przysługach medycznych, nie mówiąc już o leczeniu własnej rodziny… Nie wiemy tylko, czy kasa fiskalna przyjmie za wizytę 0 zł?

Przełom roku był wyjątkowo nerwowy. Minister zdrowia przepuścił atak nie tylko na lekarzy rodzinnych skupionych w Porozumieniu Zielonogórskim. „Dostało się” także lekarskim związkom zawodowym i oczywiście samorządowi lekarskiemu. Właściwie to aż trudno podejmować polemikę z głoszonymi publicznie półprawdami i nadużyciami ministra. Ale może spróbuję, chociaż z kilkoma…

Po pierwsze – minister chce w końcu skończyć z zamykanymi na początku każdego roku (?!) gabinetami rodzinnymi. Szef Porozumienia Zielonogórskiego Jacek Krajewski przypomniał, że ostatni raz taki kryzys miał miejsce za czasów ministra Religi. Za to chyba 3 albo 4 lata temu pojawił się problem z umowami w ramach ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, gdyż program do aplikacji obciążony był wadą systemową. Trochę wcześniej, co dobrze pamiętam, zdarzało się też, że dyrektorzy szpitali biegli w sylwestra, ok. godz. 22.00-23.00, na ul. Joannitów, aby podpisać umowy na kolejny rok. To jest permanentny kryzys końca roku, kiedy trzeba podpisywać umowy z NFZ na nowy rok.

Po drugie – minister pytał, czy ma poddać się szantażowi 3 proc. ogółu lekarzy, którzy nie chcą podpisać umowy z NFZ. Hmm… czyli znajduję się w grupie 97 proc. medyków posiadających umowę z Funduszem. Wyjaśniam – jestem zatrudniony na etacie w szpitalu, który podpisał umowę z NFZ. Więc wg ministra ja i grupa ok. 200 lekarzy zatrudnionych w tym szpitalu też mamy umowy z Funduszem. Nie muszę dodawać, że nie mam żadnego wpływu na kontrakt mojego szpitala z NFZ, nawet nie znam go w całości (bo i po co?), a wypowiedzieć go też nie mogę. Dla pełnej jasności – mam zarejestrowaną prywatną praktykę specjalistyczną i nie posiadam żadnej umowy z NFZ.

Po trzecie – minister twierdzi, że na pakiet onkologiczny przeznaczono dodatkowo (?) ponad miliard złotych, a „pazerni” lekarze rodzinni chcieli dwa miliardy. Tymczasem, zgodnie z budżetem NFZ na rok 2015, wzrost nakładów na poz w skali kraju to ok… 85 milionów zł, a na Dolnym Śląsku ok. 1,5 miliona zł. O jakim miliardzie więc mowa? Wygląda na to, że chodzi o jakieś wewnętrzne przesunięcia w budżecie NFZ, które należy tłumaczyć tak: komuś trzeba zabrać (jakiejś grupie pacjentów), aby dołożyć chorym na nowotwory. A może warto przestać rozmawiać o miliardach i popatrzeć na finanse z poziomu gabinetu rodzinnego? Z proponowanej stawki kapitacyjnej wyszło, że miesięcznie na każdego pacjenta lekarz rodzinny dostanie 8 zł. Czyli na moją czteroosobową rodzinę przypadnie 32 zł. Hmm… za wywóz segregowanych śmieci płacę 71 zł, oczywiście też miesięcznie.

Po czwarte – minister stwierdzał z dumą, że w Polsce nie ma powiatu, w którym nie byłby czynny chociaż jeden gabinet poz! Powiat to średnio ok. 100 tys. mieszkańców. To już przypomina stary tekst kabaretu Tey: „Nie wolno mówić, że w traktorze jedno koło jest zepsute i nie pojedzie. Należy mówić: trzy koła są dobre!”. Inna sprawa, że mapa podpisanych umów z NFZ pokrywa się idealnie z mapą publicznych i niepublicznych poz-ów. Tam, gdzie dominują publiczne (np. woj. mazowieckie), czyli organami założycielskimi są samorządy – głównie powiatowe, umowy były podpisane w 100 proc. Za ewentualne długi będzie płacił samorząd. Tam, gdzie dominują placówki niepubliczne (np. woj. lubuskie) umowy nie były podpisywane, gdyż wówczas za straty będzie płacił z prywatnej kieszeni lekarz rodzinny.

Po piąte – nie rozumiem sensu wystawiania skierowań do lekarzy: okulisty i dermatologa.
Minister zapomniał chyba, że dermatolog zajmuje się też chorobami wenerycznymi, a ustawa o ich leczeniu i zapobieganiu daje pacjentowi prawo do anonimowości. Pacjent u lekarza rodzinnego raczej nie jest anonimowy.

Po szóste – minister grzmiał, że nie może zgodzić się na proponowany współczynnik trafionych rozpoznań 1:50. Skoro na świecie jest 1:8, to on może przystać na 1:15. Minister i jednocześnie lekarz pediatra zapomniał, że np. dzieci to 1-2 proc. (na szczęście) wszystkich pacjentów chorych na nowotwór. Nie ma więc możliwości, aby ten sam współczynnik obowiązywał pediatrę pracującego w ramach poz i internistę.

Po siódme – czy zwiększyła się nam baza diagnostyczna i łóżkowa do leczenia pacjentów onkologicznych? Co zrobić z tymi już oczekującymi i w trakcie leczenia? A jeszcze trzeba dodatkowo przyjąć tych z szybkiej ścieżki w ramach pakietu onkologicznego. Po ósme… po dziewiąte… itd.

No to sobie „pogadałem”. Różnica między ministrem a mną jest taka, że szef resortu zdrowia zwoływał codziennie konferencje prasowe, podczas których odczytywał komunikaty niczym z frontu „wojny polsko-polskiej”. Mój felieton przeczyta może kilka tysięcy lekarzy zrzeszonych w DIL. Ale przynajmniej za kilka miesięcy, kiedy Trybunał Konstytucyjny orzeknie o zgodności pakietu onkologicznego z Konstytucją i okaże się, że pakiet niczego nie rozwiązał, będę mógł powiedzieć: czyż nie pisałem o tym? I na szczęście zawsze są górnicy…

Jacek Chodorski

 

Zaloguj się aby komentować.