logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 80 gości 
Echa protestu lekarzy rodzinnych - WSZYSTKO DLA WŁADZY, czyli jak minister Arłukowicz naraził tysiące Polaków, by zachować fotel Drukuj
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

WSZYSTKO DLA WŁADZY,
czyli jak minister Arłukowicz naraził tysiące
Polaków, by zachować fotel

Wydarzenia, jakie miały miejsce na przełomie roku odcisnęły głębokie piętno w psychice wielu lekarzy rodzinnych. Były one dotkliwe, bo odgrodziły nas od pacjentów, praktyki i wykonywanej profesji. Wierzę, że każdy lekarz rodzinny bardzo lubi i ceni swoją pracę, pomimo ogromu niepotrzebnych uciążliwości i utrudnień nakładanych na nas przez administrację różnorakiego szczebla. Sądzę, że wszyscy protestujący lekarze w Polsce, a na pewno ci na Dolnym Śląsku, mocno przeżywali fakt zamknięcia swoich praktyk, oszczerstwa rzucane pod naszym adresem przez Bartosza Arłukowicza, Rzecznika Praw Pacjenta, niewielu dziennikarzy, a także, na szczęście, pojedynczych pacjentów. Wzajemnie podtrzymywaliśmy się na duchu, były telefony, e-maile, spotkania szkolenia. Wszyscy bez wyjątku podjęliśmy dramatyczne decyzje niepozostające bez wpływu na naszą przyszłość. Podejmowaliśmy je świadomie, indywidualnie, często walcząc sami ze sobą i bardzo cierpiąc. Nie mogliśmy się jednak zgodzić na pogorszenie i tak źle funkcjonującego systemu, systemu łamiącego podstawowe wolności człowieka, lekarza, pracownika i przedsiębiorcy, w imię odpowiedzialności za kraj, za system ochrony zdrowia, za naszych współpracowników i pracowników, ale także za los naszych pacjentów. Tak w historii już bywało, były różne powstania, np. powstania śląskie, w których brał udział mój Dziadek – też lekarz. Ci, którzy walczyli wraz z nim, nie zgadzali się na rozwiązania proponowane przez nieludzką władzę. Nie baczyli wyłącznie na własny los. Chodziło bowiem o wspólne dobro.

Bartosz Arłukowicz to minister bez jakiejkolwiek wizji, który nie ma pojęcia, jak powinien funkcjonować system ochrony zdrowia w Polsce. Cały intelektualny i finansowy potencjał Ministerstwa Zdrowia wykorzystuje tylko w celu utrzymania stanowisk dla siebie i swoich zastępców. Ten fakt spowodował, że przez cały rok sztab urzędników ministerstwa i podległych mu agend, w tym NFZ, nie był w stanie, przygotować na czas kontraktów dla świadczeniodawców na rok 2015. W zdecydowanej większości podmiotów leczniczych NFZ zawierał umowy jedynie na rok, najczęściej zresztą umowy podpisywane były w drugiej dekadzie stycznia, a zdarzało się nawet, że dopiero 20 lutego. Brak umów, których projekty opublikowano dopiero w ostatnich dniach grudnia, był przyczyną frustracji wszystkich świadczeniodawców. Postępowanie ministra Arłukowicza poważnie nadwyrężyło zaufanie obywateli do swojego państwa, pacjentów do lekarzy, lekarzy do organów państwa, co widoczne jest w wynikach badania opinii publicznej.

Kompletnie nieprawdziwa jest więc teza szefa resortu zdrowia mówiąca o tym, że lekarze są pazerni na pieniądze, fakty temu zaprzeczają. Która bowiem grupa zawodowa w Polsce pracuje bez umowy przez blisko dwa miesiące? Na szczęście w porozumieniu zawarty został zapis, że projekty umów mają być przygotowane i wynegocjowane najpóźniej 3 miesiące przed upływem terminu dotychczasowej umowy. Umowy nadal mają być zawierane na 12 miesięcy, a nie jak chciał minister bezterminowo. Wbrew temu, co mówi minister Arłukowicz, wcale nie chodziło mu o jakiekolwiek rozwiązania systemowe, lecz o stworzenie pozorów i trwanie na stanowisku.

Pakiet kolejkowy i onkologiczny nie rozwiązują jakichkolwiek problemów pacjentów. Śmiem twierdzić, że je tylko powiększają. Proponowane przez MZ rozwiązania psują to, co w dotychczasowym systemie było dobre, np. wizyty pacjentów z chorobą weneryczną bezpośrednio u dermatologa. To stawia pacjenta w dwóch kolejkach. Ten problem, zgodnie z zawartym porozumieniem, ma rozwiązać wytycznymi sam minister z doradcami z dziedziny okulistyki i dermatologii.

Na pakiecie onkologicznym (będącym kopią funkcjonującego już dawno doskonałego rozwiązania opieki nad chorymi na raka sutka), nikt nie zostawia suchej nitki, ani onkolodzy, ani specjaliści zajmujący się innymi schorzeniami nowotworowymi, ani lekarze rodzinni, ale także ekonomiści ochrony zdrowia, czy wreszcie prawnicy. Gdyby nie służył on jedynie „zachowaniu stołka”, lecz był lepiej dopracowany, gdyby były policzone i wyznaczone na ten cel środki finansowe, gdyby był przetestowany na policzalnej próbie, mógłby przynieść pożądane efekty, ale co nagle to po diable – mówi stare polskie przysłowie.

Pakiet onkologiczny jest kompletnie nieprzygotowany (minister nie określił certyfikowanych ośrodków szybkiej diagnostyki – RTG, USG, laboratoriów dla lekarzy poz, brak standardów postępowania lekarza poz przy podejrzeniu poszczególnych nowotworów, nie określono certyfikowanych ośrodków dalszej diagnostyki – TK, NMR, PET, nie wyznaczono lekarzy, którzy będą te badania opisywali, a także lekarzy wykonujących biopsje, wreszcie anatomo- i histopatologów). Szef resortu zdrowia działa na zasadzie: jakoś to będzie.

Obecne rozwiązania prawne tego pakietu stygmatyzują chorych przez konieczność posiadania i okazywania tzw. zielonej karty. Pakiet „segreguje” pacjentów wg. choroby (onkologiczny – szybka diagnostyka, inny – może czekać), antagonizuje lekarzy poz i lekarzy różnych specjalności, np. dermatolog nie ma szybkiej ścieżki, dzieli chorych onkologicznie, na tych ze starej kolejki i z zieloną kartą. Takie działanie ministra-lekarza, nie ma nic wspólnego w przestrzeganiem zasad opisanych w ustawie o zawodzie lekarza i Kodeksie etyki lekarskiej. Pakiet niesie ze sobą wielkie ryzyko finansowe, minister chciałby, by lekarze poz wykonywali 60 dodatkowych badań bez pieniędzy. Jak sam przyznał, nie da się tego zrobić! Pod wpływem protestów Porozumienia Zielonogórskiego zmienił swoje rozporządzenie i pozostawił jedynie 9 badań.

Wciąż brakuje wielu aktów prawnych umożliwiających prawidłowe funkcjonowanie tego pakietu. W porozumieniu minister zgodził się na przygotowanie brakujących aktów, a także standardów dla lekarzy poz i zasad wystawiania zielonej karty.

Na takie działanie nie było zgody lekarzy rodzinnych, lekarzy odpowiedzialnych bezpośrednio za podpisany kontrakt. W przychodni czy szpitalu kontrakt podpisuje dyrektor, najczęściej jest do tego zmuszony przez swój organ założycielski – ministra, wojewodę, marszałka etc. Lekarz rodzinny, mający praktykę, nie może podpisać bubla prawnego.

Teraz, gdy pojawił się problem tzw. „frankowiczów”, pani premier nakazała sprawdzić, czy przypadkiem banki nie zmieniają jednostronnie umów. Miesiąc temu, kiedy minister Arłukowicz nakazał wszystkim podmiotom leczniczym podpisywanie aneksów lub umów, które NFZ mógł w każdym czasie i w każdym dowolnym punkcie zmienić, nikomu nie przeszkadzało łamanie prawa przez urzędników. Lekarze rodzinni musieli sami toczyć o to bój. My lekarze rodzinni z Porozumienia Zielonogórskiego wywalczyliśmy ostatecznie taki zapis, w którym NFZ nie będzie mógł już jednostronnie zmienić umowy.

Lekarz rodzinny z prywatną praktyką nie może sygnować swym podpisem bubla prawnego. Ryzyko podpisania umowy opierającej się na fałszywych przesłankach byłoby moralnie, etycznie, a może i finansowo znacznie większe, niż ryzyko związane z walką o pojawienie się pierwszych promyków słońca rozświetlających następujące po sobie dni, tygodnie i miesiące. Jak będzie? Zobaczymy. My nie składamy broni, będziemy walczyć dalej, tak by słońce zalało nasze praktyki, nasze miasta, nasz kraj. Wspólnie możemy więcej, zapraszamy wszystkich lekarzy do walki o nasze lepsze jutro, nie tylko lekarzy rodzinnych, wszystkich lekarzy.

Leszek Pałka
– lekarz rodzinny, członek Porozumienia Zielonogórskiego, przewodniczący Komisji Legislacyjnej DRL

 

Zaloguj się aby komentować.