logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 48 gości 
Wokół etyki lekarskiej: Z pamiętnika etyka Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Ratujmy się! – Rzeczypospolitą Babińską

Jedna z urzędniczek Ministerstwa Zdrowia orzekła, formułując przenikliwą diagnozę społeczną na temat biedy, że niedożywione dzieci „są jednocześnie otyłe”, ponieważ „zastępują posiłki słodyczami”, bo „słodycze można kupić za grosze”. A jednak nie śmieszy nas to, choć powinno. Może dlatego, jak pisał Seneka: „Ilość niewiarygodnych występków w naszej do tego tylko utalentowanej epoce wyrosła do tak wielkich rozmiarów, że śmiało możemy zarzucać błaznom niezdolność dowcipu”.

Wtedy to powaga w śmieszność jest obracana, a śmieszność stroi się na powagę. A to dlatego, że ludzkie słabości i wady charakteru – zamiast być właściwie oceniane – są wyjaśniane jako skutek przypadkowych okoliczności albo magicznej odmienności perspektyw. Każde przejęzyczenie, błąd ortograficzny, potknięcie czy niewłaściwość sądu lub postępku, które mogłyby być żartobliwością wychłostane, urastają jednak do rangi tematu poważnych dysput i wręcz uniwersyteckich sporów. W nich zagadywana jest czyjaś śmieszność, aby w powadze się wysłowiła. W nich zagadywane jest też coś o wiele poważniejszego, a mianowicie: elementarne rozróżnienie na to, co mądre i głupie; na to, co słuszne i godne potępienia; na to, co małostkowe i chwalebne. Dlatego tak upoważniona śmieszność, zazwyczaj z medialnego upoważnienia, nas już nie bawi, a coraz bardziej żenuje.

Wydawać się powinno, że demokracja służy śmiechowi – a jest wręcz przeciwnie: nie wolno nam się śmiać z kogoś, bo śmiech staje się obrazą, godności urazą, naruszeniem dóbr osobistych. I budzi zmorę resentymentu u obśmianych. Konstytucja broni wolności słowa – wolności śmiechu już nie. Na śmiech trzeba mieć dziś licencję, ponieważ śmiech jest groźny. Śmiech bowiem każdy kłam obnaża. Jest strażnikiem prostych zasad, a co najważniejsze – jest spoiwem wspólnoty.

X. Szaniawski pisząc w roku 1818 o Rzeczypospolitej Babińskiej zawarł taką oto myśl: „W przeplataniu życia pracą i odpoczynkiem, wyszukiwano środków skutecznych, które by ożywiając niewinną wesołość, tak potrzebną do utrzymania i doskonalenia duszy, wzbudziły razem chwalebne uczucia, poprawiały wady i nałogi nieprzyzwoite; a do użytecznych i pięknych czynów dzielny dawały popęd”. Bawiąc się, szlachta polska za najweselsze wypowiedzi (które jednak nikogo krzywdzić nie mogły) obdarowywała urzędami, jak choćby P. Siemichowskiego, który „konkludował, że na każdego głowie wewnątrz, na kości, napisany jest koniec zejścia jego, którego żadną miarą przeskoczyć żaden nie może”. Za tę myśl obdarzony został urzędem najprzedniejszego anatoma w Babinie (Akta Rzeczypospolitej Babińskiej 1895). Dodaje Szaniawski: „Przy rozdawaniu urzędów przestrzegano pilnie wady osób, i przesady postępowania, przeciwne przymiotom, jakich pewny urząd w kraju rzeczywiście wymaga”.

Cóż jednak począć z tymi, którzy urzędy już posiedli? Trzeba więc nadać im kolejne, choćby: „Wielkiej Kuchmistrzyni ds. likwidacji głodu i otyłości zarazem”. Nie możemy zaprzepaścić tej szlachetnej tradycji Babina!

O grzeczności

Pacjenci utyskują, że lekarze grzecznością nie służą. Są bowiem niemili i opryskliwi. Żadnej życzliwości chorzy od nich nie uświadczą, jeno połajanie i znużenie. Psioczą zaś lekarze, że pacjenci za grosz grzeczności nie mają, są grubiańscy, a bywa, że wulgarni. Wszyscy, i lekarz, i pacjent, podrażnieni, skorzy do gniewnych emocji lub urażonej dumy, nadto wielce niezadowoleni.

A może to nie w charakterze jednostek tkwi, ile narodu? Pisał bowiem J. Ochorowicz (wynalazca telewizji), wielki myśliciel przez medyków polskich niedoceniony: „Podrażniony byle czym Polak unosi się gniewem, a stąd i samowola jego wypływa. Ta zaś łączy się z nieposzanowaniem innych, z niegrzecznością i wreszcie nietolerancją obcych przekonań” (Przyczynek do usiłowań odrodzenia narodowego 1917). Jednak, większość aż do XIX wieku podzielała opinię, że w grzeczności byliśmy tuż za Francuzami, choć J. Kaliszewski twierdził, że formę grzeczności za jej treść braliśmy. Pisał on z pewną dozą okrucieństwa: „W gruncie jesteśmy prawdziwe – brysie, w dobrym gatunku. Ukłonów do liku – omnia simiis magis apta quam hominibus (jak zdrowo Modrzewski utrzymuje), pardon, »łaskawy panie dobrodzieju«, »upadam do nóżek« nie schodzi nam z ust nigdy, ale o tym co jest istotnym taktem i uobyczajnieniem pojęcia nawet nie mamy”(Moi kochani Rodacy 1888). Prawił o grzeczności Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Epopeja ta narodowa, wcale nie mimochodem zauważając, wycofana została z programu gimnazjum na rzecz Tolkiena hobbitów i innych dziwadeł fantasy, jakie – to jedno wiadomo – obyczajnością się nie wyróżniają. Należy więc – przy takowej okazji – przywołać i zaadresować do rządzących słowa A. Wrzoska z 1919 roku – nadal, niestety, aktualne: „Dotąd chciano nas gwałtem za pośrednictwem szkoły przerabiać na cudzoziemców. Syzyfowa praca!” (Myśli o reformie wydziałów lekarskich). Mickiewicz zatem:

„Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą
Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;
Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka.
Ale nie staropolska ani też szlachecka.
Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna (…)”

Jest jeszcze inna forma grzeczności, „siłą natury” wymuszona, którą tak oto Krasiński w Nie-Boskiej komedii wyraził: ma ona miejsce podczas balów, „na które zaprosiwszy, gospodarz zgra się z wilią w karty, a potem przyjmuje z grzecznością rozpaczy”. Ileż to czasu upłynęło, że nie mówimy już o grzeczności zbytniej, choćby tylko z formy obecnej, lecz o jej braku. Toż nie wszyscy schamieliśmy, upatrując postęp w rozpasaniu prostactwa, a nie w kulturze obcowania z bliźnim, w postępowaniu z nim umiejętnym i szlachetnym, które właściwą miarą się posługuje. Jaką więc miarę grzeczności przyjąć, aby chorych nie urazić, a własną powagę lekarza utrzymać? Oto i wieszcz podpowiada:

„Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,
Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,
Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje”.

Wypowiedział to wcześniej F. Dmochowski, wspaniały tłumacz „Iliady” (ach, te onomatopeje!), dla którego grzeczność jest miłym przymiotem w pożyciu między ludźmi: zasadza się ona na tym, „aby ludziom podług każdego stanu, zasługi i talentu należyty wzgląd oświadczać, żeby nikogo gestem, ani słowem, ani najmniejszym uczynkiem nie obrazić” (1826).

Kluczem do grzeczności pozostaje zatem zdolność do wyrażania szacunku wobec ludzi. Grzeczność wtedy nie słabością się jawi (jak ją widział K. Libelt w sferze politycznej), lecz powagą, która autorytet lekarski wzmaga. Wtedy to taki lekarz jest godnym zaufania, takim więc, na którym pacjentowi zależy, o kontakt z którym pacjent pragnie zadbać, grzeczność mu starając się okazać. Warto też pamiętać o przestrodze A. Wrzoska z „Propedeutyki lekarskiej” (1913): „Lekarz gbur, szorstki, opryskliwy, nieumiejący zapanować na chwilowymi uczuciami, nieraz nie tylko nie bywa pomocny choremu, lecz może mu nawet zaszkodzić”.

Jest jeszcze inne spojrzenie na grzeczność, J. Ochorowicza, i wielce smutne, gdy Polaków dotyczy: w niewoli wynagradzamy sobie niegrzecznością.

Dr hab. Jarosław Barański
etyk, filozof UM we Wrocławiu

 

Zaloguj się aby komentować.