logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 80 gości 
Dawstwo narządów - Nie ma miejsca na cuda, wszystko zależy od ludzi Drukuj
Ocena użytkowników: / 15
SłabyŚwietny 

Z prof. Dariuszem Patrzałkiem, chirurgiem i byłym konsultantem wojewódzkim w dziedzinie transplantologii klinicznej rozmawia Aleksandra Solarewicz. (Fot. z archiwum „Medium”)

Nie ma miejsca na cuda, wszystko zależy od ludzi

W Polsce jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że procedury transplantacyjne (i co równie ważne – leczenie i opieka potransplantacyjna) są dla biorców bezpłatne. Teoretycznie przeszczepianie nie jest limitowane, ale w praktyce stanowi część kontraktu całego szpitala.

Aleksandra Solarewicz: Panie Profesorze, co można dzisiaj uznać za największy cud transplantologiczny na Dolnym Śląsku?

Prof. Dariusz Patrzałek: Transplantologia jest dziedziną medycyny stosowanej. Wymaga – tak jak inne dziedziny: wiedzy, doświadczenia, motywacji, organizacji oraz odpowiedniego finansowania. Nie ma w niej miejsca na cuda. Wszystko zależy od ludzi i ciężkiej pracy. Nieprzewidywalne zdarzenia miały jednak miejsce. Przytoczę trzy. Pierwszym był wykonany we Wrocławiu w 1965 roku pierwszy w Polsce przeszczep nerki. Drugim, okres pierwszych 5 lat XXI wieku, gdy Dolny Śląsk wraz z Opolszczyzną były niekwestionowanym liderem w pozyskiwaniu narządów w Polsce, a Klinika Chirurgii Naczyniowej wrocławskiej AM – czołowym krajowym ośrodkiem przeszczepiania nerek (maksymalnie 150 przeszczepień nerek w ciągu roku – obecnie około 60). Co ciekawe, we wstępnej fazie programu transplantacji nerek w tej klinice jeden z szacownych starszych kolegów wyraził pogląd: „Kaktus mi na ręce wyrośnie, jak w tej klinice będzie się przeszczepiać nerki”. Nie wyrósł do dziś. Trzecim niezwykłym wydarzeniem było powstanie i piękny rozwój programu przeszczepiania kończyny górnej w Trzebnicy. To także nie był cud, ale owoc wielu lat pracy lekarzy i pielęgniarek zespołu kierowanego przez prof. Jerzego Jabłeckiego, ucznia prof. Ryszarda Kociemby.

A.S.: Które ośrodki to koordynują? Z jakimi kłopotami muszą się zmierzyć?

 

D.P.: Na szczeblu krajowym przeszczepami zajmuje się Poltransplant – agenda Ministerstwa Zdrowia. Zanim powstało to centrum organizacyjno-koordynacyjne, ośrodki transplantacyjne same organizowały się na terenie swojego oddziaływania, i to z ich inicjatywy Poltransplant powstał. Na bazie ośrodków transplantacyjnych działają regionalne biura Poltransplantu, które łączą szpitale regionu (z potencjałem dawstwa narządów i tkanek) z centralą i innymi ośrodkami transplantacyjnymi. Postaciami kluczowymi procesu identyfikacji potencjalnych dawców są szpitalni koordynatorzy transplantacji. Kłopoty, z jakimi się spotykają, są liczne. Najtrudniejsze wynikają z obojętnego stosunku lub wręcz nieprzychylności części personelu medycznego do przeszczepów, trudnych kontaktów z bliskimi potencjalnych dawców, presji czasu i odpowiedzialności oraz relacji z innymi zespołami transplantacyjnymi.

A.S.: Przeszczep których narządów czy tkanek jest w naszym województwie w tej chwili najczęstszy, na które jest największe zapotrzebowanie?

D.P.: Podobnie jak w całym kraju i na całym świecie, najczęściej przeszczepia się nerki, rogówki i komórki hematopoetyczne. To wynika z zapotrzebowania.

A.S.: A co, jeśli braknie dawców... Jak na Dolnym Śląsku wygląda sytuacja w zakresie przeszczepu sztucznych narządów i tkanek?

D.P.: Niedostatek identyfikacji dawców to problem ogólnoświatowy. W hipotetycznej sytuacji zupełnego braku dawców zmarłych, liczba przeszczepień od dawców żywych nie będzie w stanie zrównoważyć napływu nowych pacjentów do stacji dializ i wrócimy do sytuacji z lat 70. XX wieku, gdy specjalne komisje decydowały, który z kilku chorych dostanie się na jedyne zwolnione miejsce w stacji dializ. To okropna perspektywa i oby się nigdy nie ziściła. Sztuczne narządy pozostają w sferze marzeń (w sensie takich narządów sztucznych mających rozmiary i czas efektywnego funkcjonowania zbliżone do naturalnych), natomiast nadzieje niosą zaawansowane prace doświadczalne nad wytwarzaniem tkanek i narządów z własnych komórek biorców.

A.S.: Pierwsza myśl krewnych: „nasz jedyny ratunek”, druga: „a czy to jest refundowane?”...

D.P.: W Polsce jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że procedury transplantacyjne (i co równie ważne – leczenie i opieka potransplantacyjna) są dla biorców bezpłatne. Teoretycznie przeszczepianie nie jest limitowane, ale w praktyce stanowi część kontraktu całego szpitala. Czyli jednak jest ukryte limitowanie świadczeń transplantacyjnych. Moim zdaniem niepotrzebnie, bo jesteśmy limitowani liczbą dawców i nie powinno się odbierać finansowania innym oddziałom na korzyść oddziału transplantacyjnego.

A.S.: Nie noszę w portfelu kartki z adnotacją: „Wyrażam zgodę na pobranie moich narządów”. Wciąż mam wątpliwości… Boję się po prostu. Istnieje pojęcie sztucznego podtrzymywania życia, więc może medycyna znów przesunie granicę?

D.P.: Oczywiście każdy ma prawo nie chcieć być dawcą, co gwarantuje zresztą polskie prawodawstwo. Ale można zapytać, i ja to robię: czy ma wówczas moralne prawo domagać się takiego daru od innych, jeśli zajdzie taka potrzeba? Wnioskuję, że wyartykułowane wątpliwości dotyczą pewności rozpoznania śmierci mózgu lub śmierci na skutek nieodwracalnego zatrzymania krążenia. Te rozpoznania są pewne i weryfikowane na kilku etapach o dużym stopniu sformalizowania. Uważam także, iż podtrzymywanie pewnych czynności życiowych (krążenie, wymiana gazowa dzięki respiratorowi lub ECMO) nie jest podtrzymywaniem życia, jeżeli mózg jest nieodwracalnie uszkodzony. Można przeżyć śmierć swojego serca. Nie da się przeżyć śmierci własnego mózgu. Jestem przekonany, że tej granicy medycyna nie przesunie.

A.S.: Jakie wątpliwości zgłaszają dzisiaj rodziny potencjalnych dawców i biorców?

D.P.: Wątpliwości rodzin dawców są inne niż biorców. Rodziny dawców zmarłych podają w wątpliwość pewność rozpoznania śmierci mózgu, kwalifikacje lekarzy, fakt wyczerpania możliwości efektywnego leczenia. Odrzucają autorytety i poszukują tych, które mogą im ofiarować fałszywą nadzieję. Biorcy martwią się, czy dożyją przeszczepu, czy dostaną najlepszy możliwy narząd, czy nie wystąpią powikłania, jak będą żyli po przeszczepie.

A.S.: Czy obecnie kształcimy wystarczająco wielu specjalistów transplantologów?

D.P.: Wedle mojej wiedzy specjalizacja z zakresu transplantologii klinicznej istnieje jedynie w Polsce, jest trudna do uzyskania i czasem prowadzi do komplikowania rzeczy prostych. W tej chwili takich specjalistów mamy wystarczająco dużo. Natomiast nie jestem pewien, czy nie stworzy się wkrótce luka pokoleniowa, tak jak np. w chirurgii, pielęgniarstwie czy patomorfologii. W Europie Zachodniej transplantacjami zajmują się obecnie głównie lekarze imigranci. Dlaczego? Ponieważ czas i pory pracy są nieprzewidywalne, pacjenci nie mogą czekać, możliwość popełnienia błędu jest wyższa niż w innych specjalnościach, a to wszystko nie jest adekwatne do otrzymywanego wynagrodzenia. Romantyczny czar pionierów minął.

A.S.: Czy obecne regulacje prawne sprzyjają transplantologii? Które zapisy ją ograniczają?

D.P.: Ustawa transplantacyjna była modyfikowana już kilkakrotnie i niewątpliwie czekają nas kolejne jej zmiany. Z ustawy wynika obecnie 27 aktów wykonawczych, w sposób bardzo szczegółowy regulujących transplantacje narządów i tkanek. Gorset jest ciasny, ale bezpieczny. Ma kilkanaście uwierających elementów, których politycy nie chcą zmieniać, niezależnie od opcji politycznej będącej aktualnie przy władzy. To temat na rozprawę, dlatego ograniczę się do konstatacji: propozycje zmian wysuwane przez transplantologów z reguły nie znajdują posłuchu u polityków.

A.S.: Przyszłość dolnośląskiej transplantologii to…?

D.P.: Młodzi ludzie, dobrze wykształceni, znający specyfikę pracy w dobrych ośrodkach zagranicznych, zaangażowani naukowo, wolni od uprzedzeń i wad swoich poprzedników, wdrażający sprawny system organizacyjny, godnie wynagradzani i osadzeni w dobrze wyedukowanym społeczeństwie, dla którego będą, tak jak my, „przekazicielami” daru życia.