logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości 
Lekarz – zawód podwyższonego ryzyka - SŁABE OGNIWA MEDYCYNY RATUNKOWEJ Drukuj
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

SŁABE OGNIWA MEDYCYNY RATUNKOWEJ

W Polsce mamy ok. 200 oddziałów ratunkowych. W ocenie Nadzoru Krajowego Medycyny Ratunkowej tylko ok. 120-130 z nich spełnia założenia właściwego funkcjonowania. Reszta istnieje na papierze i jest rodzajem izb przyjęć. Medycyna ratunkowa i oddziały ratunkowe tworzą pewną całość. Jednak SOR-y obciążone są zbyt dużą liczbą pacjentów, którzy nie powinni się tam znaleźć. Krytykuje się postępowanie lekarzy, bo nie przyjęli dziecka, które zmarło, robiąc z tego skrót, a lekarzy traktując jak oprawców. Z drugiej strony mamy do czynienia ze złym funkcjonowaniem niektórych ogniw medycyny ratunkowej i SOR-ów. Na szpitalnych oddziałach ratunkowych przydałoby się więcej lekarzy. Niestety, kwota ryczałtu dobowego pokrywa około 60 proc. kosztów. Entuzjastyczne początki medycyny ratunkowej w Polsce skutkowały brakiem miejsc specjalizacyjnych. Miało być jak w amerykańskich filmach. Aktualnie lekarze odchodzą z oddziałów ratunkowych, z tej pracy uciekają również ratownicy medyczni.

OGNIWA SYSTEMU

Komunikacja przedszpitalna nie zawsze funkcjonuje właściwie, a centra powiadamiania ratunkowego nie zawsze kierują pacjentów do szpitali najmniej obciążonych. Co, jeśli w ciągu godziny do centrum urazowego trafi 3 pacjentów? Takie problemy powinny być rozwiązane na etapie opieki przedszpitalnej. Lekarz SOR nie powinien zastanawiać się, czy może przyjąć kolejnego pacjenta. CPR powinno pokierować pacjenta do innego szpitala!

– Fakt, że jednorazowo przyjeżdża do szpitala 5 ambulansów (częsta sytuacja w USK na ul. Borowskiej) świadczy o złej koordynacji przedszpitalnej. Może należy przyjrzeć się rozmowom dyspozytora z pogotowiem lotniczym? Być może przekazano zbyt ogólny komunikat? Szpital przy ul. Borowskiej powinien otrzymać jasny komunikat, jaki jest stan pacjenta, jakie obrażenia i kto będzie potrzebny. Wtedy jeśli okazałoby się, że nie ma chirurga dziecięcego, należałoby wysłać chłopca gdzie indziej. Wniosek stąd taki, że komunikacja na tym etapie jest niedokładna – podkreśla dr Janusz Sokołowski, wojewódzki konsultant medycyny ratunkowej, adiunkt w Katedrze Medycyny Ratunkowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Z PERSPEKTYWY RZECZNIKA PRASOWEGO SPZOZ LOTNICZEGO POGOTOWIA RATUNKOWEGO

 

– Decyzję o zadysponowaniu zespołu ratownictwa medycznego, w tym lotniczego zespołu ratownictwa medycznego, podejmuje dyspozytor medyczny. Decyzja zależna jest od oceny, który z zespołów najszybciej dotrze do miejsca zdarzenia i tym samym będzie mógł wdrożyć medyczne czynności ratunkowe. Dodatkowo w przypadku ewentualnej konieczności transportu pacjenta do szpitala specjalistycznego, w tym centrum urazowego, na znaczną odległość, dyspozytor medyczny równolegle dysponuje lotniczy zespół ratownictwa medycznego (lotniczy zespół ratownictwa medycznego jest dla dyspozytora jednym z zespołów ratownictwa medycznego będącym w jego zasobach, tylko z tą odmiennością związaną z innym sposobem przemieszczania się i korzyściami z tego wynikającymi). W kwestii funkcjonowania systemu pod względem organizacyjnym nie mamy zastrzeżeń. Natomiast, jak w każdej dziedzinie, należy kłaść nacisk na szkolenie, po to, by wystrzegać się błędów ludzkich wynikających z nieznajomości przepisów czy braku zdrowego rozsądku. Członek załogi HEMS przyjmuje wezwanie do danego zdarzenia od dyspozytora medycznego, opierając się na prostym schemacie: kto? (dzwoni), co? (powód wezwania, liczba poszkodowanych, rodzaj zachorowania), gdzie? (miejsce zdarzenia). Pozostałe szczegóły ustalane są już w trakcie lotu śmigłowca do miejsca zdarzenia, poprzez radiotelefon – wyjaśnia Justyna Sochacka, rzecznik prasowy SPZOZ Lotnicze Pogotowie Ratunkowe i dodaje: – Na miejscu zdarzenia, po zabezpieczeniu pacjenta, załoga HEMS otrzymała informację od lokalnego dyspozytora medycznego (uzgodnioną z lekarzem koordynatorem ratownictwa medycznego), do którego szpitala ma się kierować. W tym przypadku był to szpital przy ul. Borowskiej we Wrocławiu. W aspekcie docelowego szpitala dla pacjenta decyzja oparta jest między innymi o zapisy zawarte w art. 44 i 45 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Załogi HEMS transportują pacjentów do szpitali, które zostały wskazane przez dyspozytora medycznego, który zadysponował HEMS lub przez właściwego co do województwa lekarza koordynatora ratownictwa medycznego, bowiem te dwie jednostki posiadają aktualną wiedzę na temat możliwości poszczególnych szpitali. Jeden z rozdziałów ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym w sposób precyzyjny określa, w jaki sposób, z jaką obsadą kadrową, w jakim trybie uruchamiana winna być zorganizowana jednostka systemu PRM, jaką jest centrum urazowe.

– Po przekazaniu przez dyspozytora medycznego informacji do szpitala o transporcie pacjenta, zespół HEMS poprzez kontakt radiotelefoniczny informuje zespół SOR, centrum urazowe o czasie przybycia i stanie klinicznym pacjenta. Po tym etapie zmiana decyzji o miejscu docelowym lub informacja o nieprzyjęciu pacjenta, generuje oprócz sporego stresu dla załogi, szczególnie w sytuacjach, kiedy pacjent jest w stanie krytycznym, ryzyko wydłużenia czasu transportu ze względu na niezbędny czas, jaki potrzebuje personel innego szpitala, np. na przygotowanie lądowiska, przemieszczenie się z wózkiem lub też podstawienie karetki – wylicza Justyna Sochacka i potwierdza, że komunikacja przedszpitalna nie zawsze jest idealna. SOR-y są poważnym wyzwaniem dla szpitali. Nie wszyscy menadżerowie potrafią temu sprostać. Wtedy, najczęstszym argumentem jest niewystarczające finansowanie. To prawda. Finansowanie SOR-ów jest niewystarczające. Pierwotną przyczyną tego stanu było błędne wyobrażenie dawnych urzędników i decydentów ministerstwa o SOR-ach, jako o „trochę większych ambulansach ratunkowych”. Uznano, że wystarczy je finansować w trybie wyznaczanych, stałych ryczałtów. I tak zostało do dziś. Nie uwzględnia się rzeczywistych kosztów funkcjonowania tych oddziałów, co utrudnia, czasem wręcz hamuje ich rozwój i istnienie. Potrzebne są m.in. zmiany legislacyjne.

Istotna nowelizacja ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym nie została zrealizowana do dziś. Projekt nowelizacji tej ustawy, który niedawno dostaliśmy do oceny, nie zawiera żadnych istotnych propozycji dotyczących działania SOR-ów – mówi prof. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej. – Jedyną optymistyczną zmianą jest inicjatywa prezesa NFZ o powołaniu zespołu, który ma opracować nowe zasady finansowania SOR-ów, uwzględniające kliniczne procedury ratunkowe wykonywane na tych oddziałach. Rozporządzenie ministra zdrowia o szpitalnych oddziałach ratunkowych pomija kwestie personelu. Są placówki, gdzie na zmianie dyżurowej jest 1 lub 2 lekarzy i 4-5 pielęgniarek. Mają często 80-150 pacjentów na dobę. Nie mogą temu podołać. To generuje przemęczenie, błędy i frustrację. Zjawiskiem coraz bardziej odnotowywanym w medycynie ratunkowej i ratownictwie medycznym jest wypalenie zawodowe i odchodzenie ludzi od tych zadań – twierdzi prof. Juliusz Jakubaszko i dodaje, że system jest właściwy, ma dobre założenia i podstawy prawne. Odpowiada tzw. globalnemu modelowi medycyny ratunkowej. To znaczy, że oparty jest o medycynę ratunkową jako dział wiedzy medycznej i podstawową specjalizację lekarską. Posiada ona też specjalistyczną bazę szpitalno-kliniczną i wyspecjalizowany personel średni. Programy kształcenia specjalistycznego w Polsce są porównywalne do programów z innych krajów.

Specjalizacja lekarska trwa 5 lat i jest specjalizacją podstawową o szerokim spektrum procedur, dającą specjaliście znaczne uprawnienia wykonawcze. Są one często szersze w porównaniu z modelem amerykańskim czy brytyjskim, np. o zaawansowane procedury intensywnej terapii. Spodziewamy się, że z czasem rozwiną się medycyna ratunkowa wieku dziecięcego czy medycyna ratunkowa geriatryczna – wyjaśnia prof. Jakubaszko.

Z PERSPEKTYWY KIEROWNIKA SOR

Funkcjonowanie medycyny ratunkowej z punktu widzenia kierownika SOR wygląda jeszcze inaczej. – Wyjaśnię, jak to widzę i pokażę, jak działa system zarządzany od góry, powodując nieprawidłowości, które zaczynają się pojawiać coraz częściej – mówi dr Paweł Jonek, kierownik SOR Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy, lekarz z wieloletnim doświadczeniem. – My w tym systemie jesteśmy na samym końcu. Lekarze na SOR-ach i ratownictwa przedszpitalnego działają w oparciu o ustawę o ratownictwie medycznym z 2006 roku, która w jednym punkcie ogólnie określa charakter świadczeń opieki zdrowotnej SOR (udziela świadczeń opieki zdrowotnej polegających na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia w zakresie niezbędnym dla stabilizacji funkcji życiowych osób, które znajdują się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego). To jedyna informacja, wykładnia, w oparciu o którą my działamy. Czyli założenia systemowe, kadrowe, finansowe, szkoleniowe nastawione są na pacjenta z zagrożeniem życia. W związku z tym kadra i finansowanie jest przygotowane na przyjęcie ok. 5-10 pacjentów na dobę. Pacjentów wymagających medycznych czynności ratunkowych. Każdy szpitalny oddział ratunkowy jest znakomicie wyposażony i jesteśmy przygotowani na przyjęcie takich pacjentów. Krytyczne głosy dot. funkcjonowania systemu płyną od osób, które de facto nie powinny trafić na SOR. Te osoby za długo czekają, lekarze w ich opinii są opryskliwi, bo pytają, dlaczego pan przyszedł do nas? Zamiast przyjmować kilku czy kilkunastu pacjentów wymagających pilnej pomocy, bo w tym celu mamy przygotowaną kadrę, nagle pojawia się 70 proc. pacjentów, którzy nie powinni byli tu trafić.
(wg badań NIK). Nasz oddział jest przygotowany do pracy 24 godziny na dobę przez cały rok. Tymczasem musimy przyjąć każdego dnia od 60 do 100 pacjentów (różnie w różnych szpitalach). Nagle zbyt mała liczba personelu musi obsłużyć pacjentów ambulatoryjnych, a to oznacza stworzenie obszernej dokumentacji medycznej, która zajmuje więcej czasu niż samo badanie pacjenta. Nasze głosy sprzeciwu, zgłaszanie patologicznej wręcz sytuacji ma miejsce od wielu lat. Sprzeciw trafia do Ministerstwa Zdrowia i do sejmu – wyjaśnia dr Jonek.

Struktura i początek ratownictwa medycznego to rok 1997. W tej kwestii nic nie zmieniło się do dziś. Dalej utrzymywana jest proteza w postaci SOR-u, jedynego oddziału szpitalnego, gdzie wykonuje się świadczenia, które nie są tak samo finansowane jak procedury na innych oddziałach czy w przychodniach.

– W SOR-ach mamy finansowanie ryczałtem. Sytuacja, która jest niejako odgórnie usankcjonowana, powoduje, że nie mamy już do kogo się zwrócić. Z jednej strony NFZ zawierając umowę ze szpitalem, życzy sobie wszelkich świadczeń całą dobę. Z drugiej strony mówimy od lat, że nie jesteśmy w stanie tego udźwignąć. Powtarzam kolegom, że pracując z taką liczbą pacjentów, jesteśmy przemęczeni. Stracimy czujność i możemy coś przegapić. To się zdarza. Powiem, że jesteśmy bardziej zmęczeni dyskusją z pacjentami, którzy wymuszają świadczenia. Chroniąc się przed bankructwem szpitala, robi się tzw. nocne dyżury. Z jednej strony prawo mówiące o kontraktowaniu z NFZ zakazuje takich rzeczy, a z drugiej strony coś takiego oficjalnie funkcjonuje pod nazwą ostre dyżury. Informacja o nich umieszczana jest na stronie Urzędu Marszałkowskiego i DUW. Mamy paradoks, który funkcjonuje na zasadzie „jakoś to działa” – zauważa dr Jonek.

POROZMAWIAJMY O FINANSOWANIU…

 

Prof. Juliusz Jakubaszko – prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej

Sieć centrów urazowych to program resortowy. Były na to przeznaczone środki unijne. Wytypowano 14 szpitali w kraju spełniających warunki funkcjonowania jako referencyjne centrum urazowe. Otrzymały one po 1,5 mln euro na dostosowanie się do tych zadań. Wsparcie takie uzyskał również USK we Wrocławiu. W zaleceniach resortu było też dostosowanie oddziału ratunkowego do jego funkcjonowania w centrum urazowym, a w tym: szybka ścieżka urazowa, z szybką diagnostyką przyłóżkową, również diagnostyką obrazową. Nie udało się tego zrobić. Poważnym mankamentem jest też zbyt mała obsada oddziału ratunkowego, w tym lekarskiego i pielęgniarskiego. Na SOR-ze przy ul. Borowskiej na zmianie dyżurowej jest dwóch lekarzy – nie zawsze specjalistów medycyny ratunkowej i rezydent lub stażysta. Trudno skompletować prawidłowy trauma team. Brak środków, a jeśli do tego jest ostry dyżur w kilku innych specjalnościach, na SOR-ze jest 150 pacjentów i „skromny” personel. Łatwo więc o niedopatrzenia i błędy.

Temat tzw. ostrych dyżurów w szpitalach to odrębna nieuporządkowana sprawa. Rzutuje na nią również niewydolność POZ, która często posługuje się jednostkami ratownictwa medycznego, wysyłając do oddziałów ratunkowych tzw. „niewygodnych” pacjentów. To dodatkowo obciąża oddziały ratunkowe, generując nie tylko ich wysokie koszty, ale przede wszystkim tłumy oczekujących i niezadowolonych pacjentów.

Dr Janusz Sokołowski – wojewódzki konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej

Finansowanie oddziałów ratunkowych ma opierać się obecnie na tzw. stawce dobowej, ryczałtowej. W jej skład wchodzą części za strukturę i funkcje (uzależnione od tego, jakie procedury na danym oddziale ratunkowym są wykonywane). Cały czas trwają rozmowy między centralą NFZ a zespołem powołanym przez nadzór krajowy medycyny ratunkowej. Lekarze uważają, że wiele procedur jest niedoszacowanych, a wiele pominiętych, np. proste założenie pełnego opatrunku gipsowego, czy wysoce specjalistycznych jak hipotermia terapeutyczna. Leczenie obrzęku płuc ma taką samą stawkę jak podstawowa diagnostyka pacjenta z bólem w klatce piersiowej. Katalog NFZ nie uwzględnia wielu wykonywanych procedur, a lekarze widzą różnicę między tym, co robią, a tym za co mają otrzymywać pieniądze.

– Chcielibyśmy, aby NFZ płacił zarówno stawkę ryczałtową: za gotowość, jak i za wykonywane procedury. Taki sposób najbardziej urealni finansowanie oddziałów ratunkowych – podkreśla dr Sokołowski. Obecnie negocjowane są propozycje zespołu przygotowanego przez konsultanta krajowego i prezesa PTMR. Dr Sokołowski wylicza kolejny koszt w codziennej praktyce oddziałów ratunkowych, jakim jest diagnostyka obrazowa. Przyjęcie pacjenta z urazem wielonarządowym (niestety nie każdy trafia do wyspecjalizowanego centrum urazowego) i wykonanie kompletu badań obrazowych to około 20-30 proc. dziennej stawki ryczałtowej. Zgłaszający się pacjenci chcą mieć oprócz badania lekarskiego, wykonane badania obrazowe (dla pacjenta ważniejsze jest wykonanie badania TK głowy niż postawienie właściwej diagnozy). Wielu pacjentów to Ci, którzy mają problemy z dostaniem się do właściwej poradni specjalistycznej czy lekarza POZ. Według ustaw i rozporządzeń nie powinni być pacjentami oddziałów ratunkowych, a jednak są. Często to ludzie starsi, schorowani, osłabieni, niemający sił na kłótnie w rejestracji przychodni.

– Dziś do godz. 16.00 przyjęliśmy z kolegą 50 pacjentów (2 lekarzy dyżurnych na największym pod względem populacyjnym oddziale ratunkowym Wrocławia) z czego 30 proc. to pacjenci dla POZ. Ich obecność odwraca naszą uwagę od osób potrzebujących szybkiej interwencji. Z ekonomicznego punktu widzenia przyjęcie takich pacjentów to strata. Oddziały ratunkowe Wrocławia, przez pierwsze 6 miesięcy roku, generują szpitalowi straty rzędu 2 milionów złoty każdy – mówi dr Sokołowski.

Jednak wielu pacjentów wypisanych z SOR przynosi zysk innym oddziałom – nie muszą ich przyjmować. Dzięki wprowadzeniu oddziałów ratunkowych liczba przyjęć do szpitala spadła do 20-30 proc., zwiększyła się dostępność planowanych świadczeń medycznych. W 2014 r. oddziały ratunkowe Wrocławia otrzymały niewiele większe kontrakty niż w 2013 r. Natomiast powiatowe oddziały ratunkowe najczęściej niższe!

Jakie jeszcze koszty generuje SOR? Wielkim problemem jest zatrudnienie właściwej liczny lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy. Według standardów PTMR na SOR-ze zabezpieczającym populację 300 tys. mieszkańców powinno pracować, na jednej zmianie, 4 lekarzy i około 14 pielęgniarek. Przy obecnym finansowaniu nie jest to możliwe. Na największym SOR-ze Wrocławia przy ul. Borowskiej zatrudnionych jest, na jednej zmianie, zaledwie 3 lekarzy! Ten oddział jest jednocześnie pierwszym ogniwem centrum urazowego.

Czy można zmienić tę patologiczną sytuację?

– W tej chorej rzeczywistości samym lekarzom i personelowi oddziałów ratunkowych w różnych miastach udało się wykształcić pewne zmiany. Zauważono, że w miejscach gdzie jest SOR uda się zakontraktować nocną świąteczną pomoc, liczba pacjentów na SOR-ze spada. Kierujemy pacjentów do nocnej świątecznej pomocy. To się sprawdza i funkcjonuje od kilku lat. Nie zorganizował tego minister zdrowia, ale sami lekarze i personel – mówi dr Paweł Jonek.

Straty SOR-ów rocznie wynoszą od 3 do 6 mln zł. W mniejszych, powiatowych szpitalach te straty będą sięgały ok. 1,5 mln zł. Sukces hipermarketów jest wielki, bo są dostępne cały czas i wszystko można w nich załatwić. W ten sam sposób ludzie wybierają hipermarket pod postacią SOR-u. Co ciekawe, usiłują tak się „sprzedać”, aby wszystkie świadczenia zostały im udzielone. Świadomie lub nie, wymuszają świadczenia. Nie powinno tak być powiemy. A dlaczego nie – skoro jest takie zapotrzebowanie? Co należy zrobić? Doinwestować SOR-y, zmienić zapis w ustawie, aby masa pacjentów była przyjmowana z chęcią. Zamknąć część POZ-ów i przenieść je do szpitali jako ambulatorium. W wielu krajach oddziały ratunkowe mają podobne kłopoty. Pacjentów jest tam też wielu, ale są przygotowani kadrowo – konkluduje dr Jonek.

Najlepszy system medycyny ratunkowej jest w Australii. W tamtejszych SOR-ach do rozładowania liczby zgłaszających się pacjentów służy tzw. Fast Track. Pacjenci, którzy zgłaszają się z drobnymi urazami czy prostymi zachorowaniami z TRIAGE kierowani są do wykwalifikowanej pielęgniarki, która ocenia pacjenta, kieruje np. na określoną diagnostykę RTG, zakłada opatrunki, podaje leki przeciwbólowe. Oczywiście powyższe działania oparte są na określonych wcześniej zasadach i dotyczą wybranych pacjentów (np. skręcone stawy skokowe, drobne rany, wzrost temperatury itp.). W Polsce mamy świetnie wykwalifikowane pielęgniarki czy ratowników medycznych, ale obecne prawo uniemożliwia im samodzielność w wybranych sytuacjach. Pacjent z nawet drobnym urazem i tak będzie czekał na przyjęcie przez lekarza, ponowne badanie, udzielenie prostego świadczenia i pisanie historii choroby! Model australijski nastawiony jest na odciążenie specjalistycznych obszarów SOR i szybszy przepływ pacjentów niewymagających zabiegów ratujących życie czy leczenia intensywnego. W Polsce każdy pacjent musi przejść przez całą ścieżkę od TRIAGE, rejestracji, badania lekarskiego, np. diagnostyki, RTG, ponownego oczekiwania na przyjęcie przez lekarza, wreszcie udzielenia prostego świadczenia przez lekarza i na koniec oczekuje na kartę informacyjną. To oczywiście w wielkim skrócie. Dodam, że dąży się, by pacjent w ścieżce Fast Track został „załatwiony” do 2 godzin – wyjaśnia dr Jonek.

Czy liczba lekarzy tej specjalności jest w Polsce wystarczającą?

– Mamy obecnie w kraju ok. 720 lekarzy posiadających tę specjalizację. Nie oznacza to, że wszyscy pracują w systemie ratownictwa medycznego. Niektórzy zrezygnowali z powodu słabych zarobków, stresującej, ciężkiej pracy, wypalenia zawodowego, narastających postaw roszczeniowych i postępowań prokuratorskich. Brakuje ok. 1000 lekarzy specjalistów. W trakcie specjalizacji jest obecnie około 500 kolejnych lekarzy – podkreśla prof. Jakubaszko i dodaje: – Na Dolnym Śląsku jest ok. 60 specjalistów medycyny ratunkowej, a powinno ich być – wg wstępnych szacunków – około 200. Według mnie, aby zapewnić prawidłowe funkcjonowanie SOR-ów Dolnego Śląska potrzeba około 300-400 specjalistów. W trakcie specjalizacji mamy 67 lekarzy. Pocieszający jest fakt, że wielu młodych lekarzy podejmuje specjalizację z medycyny ratunkowej. Cieszy się ona coraz większym zainteresowaniem, mimo że praca na SOR-ze obarczona jest ogromnym stresem, a wynagrodzenie przeciętne – mówi dr Sokołowski.

WYZWANIA

– Nie ma w Polsce monitorowania jakości systemu ratownictwa medycznego. Usilnie staramy się od lat, aby wprowadzić obligatoryjne parametry monitorowania jakości w celu oceny systemu. Jest to potrzebne z wielu względów, również badawczych i porównawczych, aby móc porównywać system z innymi na świecie. Nie ma też formalnie wprowadzonych żadnych parametrów, na podstawie których moglibyśmy porównać różne regiony województwa między sobą czy też zestawić nasze ratownictwo z innymi krajami. Trudno to wprowadzić, bo wielu obawia się ujawnienia niedociągnięć systemu – zauważa prof. Jakubaszko. Wymagania ustawowe operują tylko jednym parametrem – czasem dojazdu ambulansu, zespołu ratownictwa medycznego do miejsca zdarzenia. A zasadniczy ciąg dalszy, jak medyczne czynności ratunkowe, które zostały wykonane przez zespół ratownictwa medycznego, jak długo zespół docierał do szpitala, co działo się na oddziale ratunkowym, ile trwała wstępna diagnostyka, po jakim czasie podjęto podstawowe kliniczne procedury ratunkowe itp. – nikogo już nie interesuje. Przykładowo, tak ważny, monitorowany na Zachodzie, wskaźnik preventable dead (zgon do uniknięcia) nie interesuje u nas nikogo i nie pojawia się w żadnych ocenach jakości systemu. Jedynie postępowania prokuratorskie ujawniają, jak jest on u nas wysoki. Ale te są podejmowane w celu ujawnienia i ukarania winnego – nie wspominając już o poszukiwaniu medialnej sensacji, a nie w celu poprawy systemu.

Prof. Jakubaszko mówi, że od dawna zwracają uwagę na złą jakość dokumentacji medycznej, tej przedszpitalnej i śródszpitalnej. – Proponujemy od dawna racjonalne wzory takich dokumentów, ale do decydentów to nie dociera. Dopiero postępowania roszczeniowe w sądach przekonują, jak słaba jest ta dokumentacja, lub – nawet często – jak jej braki uniemożliwiają sprawiedliwe wyroki.

PRZYPADEK „BOROWSKIEJ”

Czy odesłanie chłopca ze szpitala na Borowskiej było dobrym rozwiązaniem?

– To był ciężki przypadek z mnogimi obrażeniami, kwalifikujący się do centrum urazowego. Czy kryteria były spełnione nie wiadomo, bo nie znamy raportu przedszpitalnego. Przypuszczalnie zawiniła tu zła komunikacja między zespołem wyjazdowym a oddziałem ratunkowym. To jest jedno ze słabo funkcjonujących ogniw u nas w Polsce. Od dawna domagamy się obowiązku prawidłowego wykonywania raportu przedszpitalnego przez zespół ratownictwa medycznego do oddziału ratunkowego, drogą teletransmisji. Jak dotychczas nie ma takiego obowiązku ani zwyczaju. Co najwyżej, ratownik medyczny łączy się ze stanowiskiem rejestracji na oddziale i informuje, że jadą. A ci przyjmują to do wiadomości i mamy kolejki przed SOR-em. Często lekarze dyżurni nawet o tym nie wiedzą – komentuje prof. Jakubaszko i dodaje: – Brakuje obligatoryjnej łączności telemedycznej, ZRM – SOR (zespołu ratownictwa z oddziałem ratunkowym). Nowoczesne urządzenia w karetkach mają możliwość przesyłania monitorowanych parametrów życiowych pacjenta do stacji odbiorczej na oddziale ratunkowym. Taka stacja powinna być w każdym oddziale ratunkowym, w jego obszarze przyjęć… Tak jest w Nysie i w wielu oddziałach w kraju, ale nie we Wrocławiu – nie ma tego w żadnym oddziale ratunkowym tego miasta. Brakuje tego również w referencyjnym centrum urazowym, jakim jest USK przy ul. Borowskiej. Namiastką jest jedynie możliwość teletransmisji EKG z karetki na oddział kardiologii tego szpitala, bo tam przeniesiono stację teleodbioru. A teletransmisja parametrów życiowych pacjenta urazowego do SOR-u w centrum urazowym jest sprawą kluczową. Daje bowiem czas oddziałowi i szpitalowi na przygotowanie się do przyjęcia tego pacjenta, w tym również do uruchomienia trauma teamu. To on właśnie ma przejąć pacjenta od nadjeżdżającego ambulansem lub przylatującego helikopterem zespołu ratownictwa medycznego. I takiego scenariusza zabrakło w tym przypadku.

Czy można mówić tylko o winie lekarzy, czy zawinił też system? – pytam dr. Janusza Sokołowskiego.

– Nie chciałbym odpowiadać na to pytanie przed oficjalnymi wynikami kontroli prowadzonymi przez konsultanta krajowego. Była to tragiczna sytuacja: brak opieki nad dzieckiem, dwóch kierowców, którzy przejechali dziecko 3-krotnie, i przede wszystkim brak właściwej komunikacji między zespołem helikoptera i niewłaściwe zaangażowanie lekarza koordynatora. Są sytuacje, kiedy pacjentowi może pomóc tylko transport do najbliższego szpitala (w tym wypadku szpitala w Oleśnicy) i tam należy podjąć próbę stabilizacji stanu pacjenta. Chciałbym także zwrócić uwagę na fakt, że od ponad 4 lat prowadzone są prace nad utworzeniem centrów urazowych dla dzieci. Do tej pory nie powstały.

Magdalena Orlicz-Benedycka

 

Zaloguj się aby komentować.