Literackie podróże - SZWAJCARSKIE IMPRESJE

logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 63 gości 
Literackie podróże - SZWAJCARSKIE IMPRESJE Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

SZWAJCARSKIE IMPRESJE

***

– Do następnego razu – oznajmiła tuż przed opuszczeniem mojego gabinetu. Patrzyłem, jak oddala się pewnym i żwawym krokiem. Nawet sposób, w jaki się poruszała, zdradzał Jej niesamowitą siłę przetrwania i wolę życia. Dzięki ogromnej determinacji doczekała się chwili, w której radośnie rozbrzmiewające słowa „do następnego razu” nie stanowiły jedynie płonnej nadziei. Do niedawna każdą Jej myśl zaprzątały obawy o przyszłość. Nie mogąc zasnąć, zadawała sobie pytanie, czy będzie Jej dane ujrzeć jeszcze słońce…

Miała zaledwie 26 lat i kochającego męża. Właśnie urodziła drugie dziecko. Wydawało się, że życie się do Niej uśmiechnęło. Pod koniec drugiej ciąży zaczęła jednak cierpieć na lekką zadyszkę. Lekarze uznali, że taka przypadłość towarzyszy niemal każdej brzemiennej kobiecie. I ona tak uważała. Na kilka tygodni przed rozwiązaniem zgłosiła się do Izby Przyjęć uniwersyteckiej kliniki. Tego dnia poznała mojego przyszłego Szefa, piastującego wówczas funkcję ordynatora Oddziału Kardiologii ww. placówki. Wszystko wskazywało na to, że ich spotkanie nie będzie ostatnim… Wyniki badań były jednoznaczne, a przy tym druzgocące. Cierpiała na chorobę, która stopniowo, ale nieubłagalnie zmieniała Jej płuca w jedną bliznę. Wraz z postępem choroby Jej krew ubożała w życiodajny tlen. Płuca powoli zanikały, a Monika – bo tak miała na imię – wycofywała się z aktywnego życia.

Mój Szef opowiedział mi, w jaki sposób oznajmił prawdę Monice i Jej mężowi. Podczas pierwszej konsultacji opowiadał o tej chorobie, o tym, jak zmieni się ich życie, w końcu o możliwościach leczenia – z ostatecznym rozwiązaniem tj. transplantacją płuc. Oparcie i miłość, na jaką bez wątpienia mogła liczyć pacjentka ze strony męża, dawały nadzieję, że solidarnie zwalczą pojawiąjącą się przeszkodę.

Niekiedy bezczelny autorytet życia tłumi okrzyki radości. Niekiedy ból zdaje się pozbawiać nas wiary. Niekiedy wszystko wydaje się nieosiągalne, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wtedy ma się ochotę przerwać pielgrzymkę ku nieznanemu lądowi. Bunt wobec losu przyspiesza akcję serca. Na podobieństwo delikatnego motyla, tylko pytanie, dlaczego wylatuje z ust w niewiadomym kierunku?

Jej mąż pewnego dnia po prostu się nie obudził, odebrany Jej i życiu podczas snu przez rozległy zawał w wieku zaledwie 30 lat. Tego poranka stanęła twarzą w twarz ze śmiercią. Los odebrał kobiecie człowieka, który swoją miłością miał rozświetlać mrok jej choroby. Sama, nie wiedząc skąd, poczuła nadludzką siłę. Nawet wtedy, kiedy nie mogła zrobić dwóch kroków bez butli tlenowej, Jej oczy zdradzały tę nadludzką wolę walki. Nadszedł moment, w którym Monika nie mogła opuścić już naszego oddziału, oczekiwała w kolejce do pilnej transplantacji. Jej dziećmi zaopiekowali się wówczas nasi lekarze i ich rodziny. Ten okres trwał około 3 miesięcy. Mimo że od tamtym wydarzeń upłynęło wiele lat i wielu z nas nie pracuje już na wspomnianym oddziale dzieci Moniki sprawiły, że staliśmy się czymś w rodzaju rodziny.

Pewnego poranka pager i telefon Moniki zawibrowały na oddziale jednocześnie. Sześć godzin później oddychała swobodnie, dzięki nowym płucom. Dnia następnego została wybudzona. Życie zaczynało się dla Niej na nowo. Każdego roku, w jubileusz operacji, Monika organizuje przyjęcie dla wszystkich tych, którzy Jej wtedy towarzyszyli. Jej dzieci są wspaniałe, Ona jest wyjątkowa…

Jacek Cichoń

 

Zaloguj się aby komentować.