logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 33 gości 
Biała emigracja - GRANICE POŚWIĘCENIA Drukuj
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

 

GRANICE POŚWIĘCENIA

Teraz, po upływie kilkunastu lat, po przeczytaniu paru interesujących artykułów i kilku konferencjach dotyczących problemu migracji pracowników medycznych, widzę jasno, że debata na temat emigracji lekarzy i w ogóle personelu medycznego jest w istocie rzeczy sporem moralnym (...).

W 2005 r., całkiem nieoczekiwanie, otrzymałem zaproszenie z Nordyckiej Szkoły Zdrowia Publicznego w Göteborgu (Szwecja) do udziału w konferencji poświęconej sprawom sprawiedliwej dystrybucji ograniczonych zasobów medycznych w krajach, które właśnie stały się członkami społeczności europejskiej. Moim zadaniem było przedstawienie sytuacji w Polsce. Przedstawiłem więc zwięźle historię naszego powojennego systemu zdrowia – od radzieckiego modelu Siemaszki aż do początku zmian ustrojowych 1989 r., a następnie scharakteryzowałem perypetie kolejnych reform systemu zdrowia – od pomysłu kas chorych do centralizacji i powstania Narodowego Funduszu Zdrowia w 2003 r.

Byliśmy wtedy, podobnie zresztą jak teraz, w okresie przejściowym. Dla wielu polityków jedynym sposobem rozwiązania narastających problemów z dostępem i jakością leczenia była całkowita prywatyzacja systemu zdrowia. Inni domagali się utrzymania i udoskonalenia tradycyjnego systemu publicznej służby zdrowia. Tak czy inaczej, obok publicznego systemu zdrowia kontrolowanego przez państwo, pojawił się dynamicznie rozwijający się sektor medycznych usług prywatnych (m.in. stomatologia, okulistyka, diagnostyka, potężne firmy farmaceutyczne), i zarazem wszelkie możliwe patologie, jakie rodzi szara strefa, w której oba te sektory (publiczny i prywatny) wchodzą ze sobą w zbyt intymne relacje. Zaczęto mówić o braku reguł i braku przejrzystości w służbie zdrowia, zaczęto dyskutować o korupcji i innych zjawiskach patologicznych – o roli znajomości i układów, przeskakiwaniu kolejek, o prywatnych oddziałach w szpitalach publicznych, opiniach ekspertów pisanych na zamówienie i pod dyktando, czy pojawiającym się tu i ówdzie osobliwym pojęciu prawa do wdzięczności, które jakoby z równą mocą przysługuje pacjentowi, jak i oczekującemu na stosowny „wyraz wdzięczności” lekarzowi. Zakończyłem swoje wystąpienie krótką konkluzją, że brak nam jakiegoś w miarę spójnego ideału sprawiedliwości społecznej w systemie zdrowotnym, że brak nam wyraźnej, uznanej, sprawnej i skutecznej oraz wiarygodnej polityki zdrowotnej, brak wiarygodnych ekspertów zajmujących się zarządzaniem zdrowia, i że na domiar złego wejście Polski do Unii rozpoczęło proces postępującej migracji lekarzy na Zachód.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy w przerwie na lunch kilku organizatorów konferencji zwróciło się do mnie z propozycją wzięcia udziału w specjalnym, zamkniętym i poufnym spotkaniu, którego przedmiotem będzie wyłącznie sprawa emigracji polskich lekarzy do krajów skandynawskich. W Szwecji bowiem, podobnie jak w Danii czy Norwegii, zaobserwowano, że systematycznie rośnie liczba polskich lekarzy różnych specjalności napływajacych do tego kraju. Nie mogłem oczywiście odmówić. Pierwsze pytanie, jakie mi zadano, nie należało do najłatwiejszych: „Czy nie sądzisz, że oferując pracę tak dużej grupie polskich lekarzy, działamy na waszą szkodę? Przecież to jest zwyczajna kradzież. Wykształcenie dobrego lekarza to bardzo kosztowna inwestycja. Polska bardziej potrzebuje lekarzy niż Szwecja. Pewien samorządowy organ lekarzy szwedzkich rozważa właśnie, czy przypadkiem – ze względów moralnych – nie należy całkowicie zablokować migracji lekarzy z Polski i innych nowo przyjętych do wspólnoty europejskiej krajów Europy Centralnej. Zastanów się, co odpowiesz. Twój argument może mieć znaczenie w tej dyskusji”.

Nie pamiętam w tej chwili szczegółów tej rozmowy. Pamiętam jednak dobrze moją ogólną postawę w dyskusji i kierunek argumentacji. „Nie powinniście zabraniać pracy lekarzom z Polski – dowodziłem. Migracja lekarzy jest zarówno w naszym, jak i waszym interesie”. Teraz, po upływie kilkunastu lat, po przeczytaniu paru interesujących artykułów i kilku konferencjach dotyczących problemu migracji pracowników medycznych, widzę jasno, że debata na temat emigracji lekarzy i w ogóle personelu medycznego jest w istocie rzeczy sporem moralnym i mogę bez większego trudu opisać główne argumenty w tej debacie.

Emigracja lekarzy jako problem globalny

Główną przyczyną emigracji personelu medycznego jest pogłębiająca się przepaść pomiędzy poziomem życia i możliwością rozwoju w krajach bogatych i biednych. W bogatych i starzejących się krajach zachodnich popyt na leczenie i opiekę nieustannie rośnie. A jednocześnie profesja lekarska, a także pielęgniarska, stają się profesją wysokiego ryzyka i wyjątkowej odpowiedzialności. Niewielki błąd, chwila nieuwagi, niepewność dotycząca wyboru właściwej procedury postępowania, czy nawet banalny brak kontaktu ze starszym, bardziej doświadczonym kolegą, który pomógłby w podjęciu decyzji, może spowodować istotne komplikacje kliniczne, ze śmiercią pacjenta włącznie. Lekarz może więc z dnia na dzień zostać zawieszony, w napięciu czekać miesiącami na wynik dochodzeń i ostatecznie – nawet stracić pracę. A praca jest dla niego wszystkim. Żyje więc w  nieustannym stresie i płaci coraz większe składki na ubezpieczenie od błędów lekarskich. A musi przecież także zarobić na zakup domu, samochodu, utrzymanie rodziny, wysłanie dzieci do szkoły, czy po prostu przyzwoity standard życia.

Jeden z moich kolegów w Anglii, wybitny specjalista kliniczny w swojej dziedzinie, codziennie potrafił podać dokładną liczbę dni dzielących go od emerytury. Kariera w medycynie przestała być atrakcyjna. I o tym m.in. świadczą coraz częstsze strajki młodych lekarzy w Anglii, którzy domagają się przyzwoitych godzin pracy, przyzwoitego traktowania i przyzwoitych zarobków. Pogłębiający się deficyt lekarzy i pielęgniarek w krajach bogatych powoduje więc, że potrzeby kadrowe tych krajów natychmiast zaspokajają kandydaci z państw biedniejszych – z Europy Wschodniej, Afryki, Egiptu i przede wszystkim Azji. Indie są wielkim krajem o ogromnych i stale niezaspokojonych potrzebach zdrowotnych. A jednak rocznie emigruje z Indii, w poszukiwaniu pracy na Zachodzie, ok. 8000 lekarzy. Kiedy podczas naszego pobytu w Anglii moja córka złamała kość śródstopia, trzykrotnie jeździliśmy do przychodni szpitalnej i za każdym razem spotykaliśmy lekarza, który z całą pewnością nie urodził się w Wielkiej Brytanii. Nie sprawdzałem aktualnych danych, ale słyszałem ostatnio, że od momentu otwarcia granic z Polski wyjechało ok. 12 000 lekarzy.

Czy możliwe jest rozumne i sprawiedliwe uregulowanie międzynarodowego rynku pracy profesjonalistów medycznych? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, a w obecnych warunkach funkcjonowania wspólnoty europejskiej wręcz niemożliwe. Dopóki polska pielęgniarka, na zasadzie prywatnej umowy za całodobową opiekę nad osobą starszą w Niemczech, będzie otrzymywała wynagrodzenie trzy, cztery razy wyższe niż w polskim szpitalu, to mając takie możliwości, najprawdopodobniej podejmie pracę w Niemczech. I będzie to zachowanie całkowicie roztropne.

Teoretycznie, kraje bogate mogłyby zablokować emigrację lekarzy z krajów biedniejszych. Ale nie jest to w ich interesie. Mogą one co najwyżej, tak jak to czyni Norwegia, Islandia i Lichtenstein, uruchomić specjalne fundusze przeznaczone na rozwój medycyny w krajach o niższym poziomie ekonomicznymi. Jest to jednak projekt wyjątkowy.

Z drugiej jednak strony słyszy się argument, że być może kraje biedniejsze, takie jak nasz, w których edukacja lekarska jest bezpłatna, powinny całkowicie zabronić wyjazdu lekarzom i pielęgniarkom, chyba że spłacą koszty swojego wykształcenia. Ale także i to rozwiązanie jest nierealne, bo jeśli młodemu lekarzowi nie pomoże zamożna rodzina, nie ma on szans na spłacenie kosztów kształcenia, nawet jeśli będzie pracował 20 godzin na dobę. A znaleźć ciekawą i dobrze płatną pracę w służbie zdrowia wcale nie jest łatwo.

Dlaczego emigrują?

Istnieje wiele powodów, które skłaniają młodych, a także bardziej doświadczonych lekarzy lub pielęgniarki, do poszukiwania pracy za granicą. Podzielę je na racje pozytywne i negatywne. Pisząc o racjach pozytywnych, mam na myśli nadzieję na spełnienie jakiegoś ideału dobrego życia, rozwój kariery zawodowej. Ludzie nie chcą marnować życia. Ludzie chcą żyć dobrze, doskonalić swoje umiejętności, rozwijać się. Prestiż i społeczny status profesji lekarskiej jest tam zwykle znacznie wyższy niż u nas i dotyczy to w szczególności pielęgniarek. A relatywnie wysokie dochody oznaczają możliwość wcześniejszego i łatwiejszego założenia rodziny. Im dłuższy staż pracy, im wyższe dochody, tym wyższa jest także emerytura. I nawet jeśli okazuje się po przybyciu do obcego kraju, że rzeczywistość wcale nie jest tak różowa, to jednak dla młodego człowieka szanse na rozwój i karierę w sprawnym i dobrze funkcjonującym systemie zdrowia są zdecydowanie wyższe niż w Polsce.

Racje negatywne to przede wszystkim ucieczka od istniejącej w naszym kraju opresji ekonomicznej i politycznej. Wbrew pozorom młodemu lekarzowi wcale nie jest łatwo znaleźć pracę. A jeśli już nawet uzyska specjalizację, mimo to porównując swój status ekonomiczny z kolegami na Zachodzie, ma zazwyczaj poczucie deprywacji zarobkowej. Pokonywanie kolejnych progów kariery zawodowej utrudnia wszechobecna biurokracja i często feudalne stosunki w szpitalu, klinice czy przychodni. Sensem życia lekarza staje się w dużej mierze wypełnianie biurokratycznych rubryk, i jeśli pracuje w publicznej służbie zdrowia, wpada w dehumanizujący system świadczeniodawców i świadczeniobiorców, zapominając powoli o rzeczywistym powołaniu. Pacjent przestaje być istotą cierpiącą i potrzebującą pomocy, a staje się po prostu świadczeniobiorcą, zwyczajnym trybikiem w maszynie biurokratycznej, który trzeba opisać i rozliczyć zgodnie z obowiązującymi standardami postępowania. Czy ktokolwiek w naszym systemie kształcenia lekarzy pamięta jeszcze mądrą sentencję Władysława Biegańskiego: „Medycyna urodziła się z niedoli, a jej rodzicami chrzestnymi były: miłosierdzie i współczucie. Bez pierwiastka filantropijnego medycyna byłaby najpospolitszym, a może nawet wstrętnym rzemiosłem”.

Dodatkowym czynnikiem, który ma bezpośredni wpływ na psychiczny komfort pracy, jest nieustanna ingerencja światopoglądu i polityki w nasze życie prywatne i zawodowe. Środowisko lekarskie jest coraz bardziej podzielone i nieskore do współdziałania w obronie interesów pacjenta. Nie wyobrażam sobie, aby lekarze w Anglii, Francji, Niemczech czy w krajach skandynawskich z takim entuzjazmem podpisywali „Deklarację wiary” i oceniali swoich kolegów ze względu na ich stosunek do klauzuli sumienia. Nie wyobrażam sobie także, by zignorowano tam wyrok Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie. W wyroku tym zalecano m.in. odpowiednim instancjom, aby przygotowały wiarygodną informację o placówkach, w których kobieta może przerwać legalnie ciążę, zalecenie to do tej pory nie zostało wykonane. I kobiety, które z takich czy innych względów nie mogą zdecydować się na urodzenie dziecka, zostały pozbawione pomocy. Udało nam się natomiast skutecznie zawiesić programy in vitro. Jest teraz całkiem prawdopodobne, że wielu młodych lekarzy, którzy chcieliby się specjalizować w leczeniu niepłodności, spróbuje znaleźć pracę w klinikach zachodnich.

Emigracja jako konflikt moralny

Spór o ocenę emigracji jest, jak już wspomniałem, sporem moralnym. To zderzenie dwóch rodzajów dóbr i dwóch powinności: z jednej strony są to obowiązki wobec siebie i interes własny, z drugiej zaś – obowiązki wobec społeczeństwa oraz interes społeczny. Argument podkreślający znaczenie obowiązków wobec interesu społecznego jest prosty: skoro dzięki nam, bo na to idą nasze podatki, uzyskałeś bezpłatnie dyplom lekarza lub pielęgniarki, to masz teraz moralny obowiązek spłacić zaciągnięty dług. Myśmy cię wykształcili, a teraz kolej na ciebie. Pokaż, co umiesz. Tak właśnie działa fundamentalna dla życia społecznego zasada wzajemności – do ut des (daję, abyś dał). Jeśli tego nie czynisz, postępujesz źle.

Z drugiej jednak strony, pojawia się równie mocny argument odwołujący się do interesu własnego. To prawda, mogę powiedzieć, powinienem spłacić zaciągnięty u społeczeństwa dług. Ale proszę pokornie o stworzenie mi szansy na odwzajemnienie się za bezpłatne studia. Proszę pokornie o taką pracę i taki kredyt, dzięki którym mógłbym kupić lub przynajmniej wynająć jakieś przyzwoite mieszkanie, założyć rodzinę i bez reszty skoncentrować się na mojej praktyce lekarskiej lub badaniach naukowych. Jeśli nie jest to możliwe, nie mam żadnych wątpliwości, że zacznę brać poważnie pod uwagę perspektywę emigracji. Okazuje się bowiem, że dalsze pozostawanie w kraju oznacza: marnowanie moich talentów, wykształcenia, szans na rozwój i brak perspektyw na udane życie rodzinne. Zamiast poświęcić życie na to, co dla mnie i dla moich pacjentów najważniejsze, muszę bez przerwy użerać się z systemem i poszukiwać kolejnych możliwości dorobienia.

Czy możliwe jest sensowne rozwiązanie tego konfliktu? Co jest ważniejsze – dobro własne, dobro istniejącej już lub planowanej właśnie rodziny, czy też abstrakcyjne dobro społeczeństwa? Proponuję następującą odpowiedź: w sytuacji konfliktu dobra własnego i dobra społeczeństwa, jeśli w grę nie wchodzą żadne inne istotne względy moralne, powinienem wybrać dobro własne. Nie mogę więc potępić tych lekarzy lub pielęgniarek, którzy kierując się dobrem własnym i dobrem własnej rodziny, wybierają trudną i nie zawsze zakończoną sukcesem ścieżkę emigracji.

Heroizm i poświęcenie są bez wątpienia najszlachetniejszymi przejawami ludzkiego działania. Nikt jednak nie ma obowiązku wykazywać się męstwem. I każde poświęcenie ma swoje granice. Mogę w walce ze śmiertelną epidemią ryzykować własnym życiem. Nie wolno mi jednak narażać życia i szczęścia własnej rodziny.

Dr hab. Zbigniew Szawarski, prof. em. UW
Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – PZH, przewodniczący
Komitetu Bioetyki Polskiej Akademii Nauk

 

Zaloguj się aby komentować.