logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 92 gości 
Biała emigracja - Szansa czy konieczność? Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Biała emigracja

Szansa czy konieczność?

Z lekarzami, którzy zdecydowali się na emigrację rozmawia dr n. med. Małgorzata Piróg-Mulak

Emigracje polskich specjalistów stanowią jedną z głównych przyczyn deficytu kadr lekarskich w naszym kraju i przyczyniają się do geriatryzacji zawodu. Dr Jacek Kozakiewicz, prezes Śląskiej Izby Lekarskiej w wywiadzie dla radiowej Jedynki, w lipcu 2015 r., wskazywał na starzenie się kadry lekarskiej – w wielu specjalnościach, szczególnie chirurgii, internie, ginekologii, a przede wszystkim pediatrii większość medyków to osoby po 50. roku życia. A młodzi wyjeżdżają…

Realia pracy lekarza w Polsce odbiegają znacząco od wyobrażeń studenta medycyny na temat przyszłego zawodu, a już zupełnie nie pokrywają się z obrazem kształtowanym przez środki masowego przekazu. Przeciążenie nadmiarem obowiązków wynikających z rozbudowanej biurokracji, zbyt duża liczba pacjentów przypadających na jednego medyka, nieustające nagonki medialne – tak wygląda polska rzeczywistość z lekarskiej perspektywy. Młodzi adepci sztuki medycznej narzekają na utrudniony dostęp do wybranej specjalizacji, większość lekarzy na zarobki, bo ich wysokość nie koreluje z odpowiedzialnością i nakładem pracy. Gdy dołoży się do tego niezadowolenie pacjentów, skutkujące coraz większą ilością pozwów sądowych, pojawia się pytanie: czy nie warto poszukać szczęścia za granicą? Część lekarzy miejsce przyszłej działalności wybiera świadomie, a ich wyjazd z ojczystego kraju poprzedza tzw. rozeznanie terenu. Niektórzy emigrują bez takiego przygotowania. W obu przypadkach trzeba przystosować się do funkcjonowania w innej organizacji, bo systemy pracy i płacy różnią się od tych w Polsce.

Emigracja – dlaczego, dokąd?

Jednym z najczęstszych kierunków emigracji polskich lekarzy jest Wielka Brytania. Na pracę w tym kraju zdecydowała się m.in. dr Ewa Migdał, okulistka. – Przyjechałam na Wyspy w 2010 r. z powodów osobistych, dostałam bezpłatny staż jaskrowy w dużym uniwersyteckim Szpitalu QMC w Nottingham. Dobry sprzęt, wspaniali specjaliści z różnych dziedzin, ale wszyscy lekarze jakby bezimienni – opowiada i dodaje: Ciężka praca, wyścig szczurów, bo każdy chciałby mieć tam miejsce na stałe, a jeśli nie, to przynajmniej dobre rekomendacje od jednego z szefów, ponieważ to otwiera drogę do dalszej kariery zawodowej. Pod koniec stażu, po 3 miesiącach, już byłam pewna, że nie chcę tam zostać, złożyłam więc podanie o pracę w innym pobliskim szpitalu, i dostałam ją bez problemu. Zostałam od razu rzucona na głęboką wodę: samodzielne prowadzenie pacjentów, dyżury. Przez 2 tygodnie towarzyszył mi nieustannie ból głowy, ze stresu i zmęczenia. Pracy jest bardzo dużo, od godz. 8.30 do 17.30 (a tak naprawdę do ostatniego pacjenta, więc nierzadko kończę pracę po godz. 18.00, a nadgodziny nie są płatne). Praca jest podzielona na 2 sesje po 4 godziny, z godzinną przerwą na lunch, na który zwykle nie ma czasu. Na jedną sesje przypada około 18 pacjentów. Zwykle mam w gabinecie pomoc pielęgniarską (tzw. health assistant) – nie jest to stricte pielęgniarka, ale tylko osoba po krótkim przeszkoleniu, która zajmuje się wyłącznie czynnościami administracyjnymi i wkrapianiem fluoresceiny. Od lekarza wymaga się natomiast, żeby wiedział i umiał zrobić dosłownie wszystko, poczynając od założenia wenflonu, na interpretacji EKG czy TK kończąc (mimo że jest to poza jego specjalizacją!). A płaca, niestety, poniżej moich oczekiwań, jak podkreśla dr Migdał, w porównaniu z polską wcale nie wygląda to kolorowo. Dr Ewę Migdał, podobnie jak lekarzy w Polsce, obowiązują dyżury. Raz na tydzień taki dyżur trwa od godz. 17.30 do rana, raz na dwa miesiące – cały weekend. – Zaczynam wtedy pracę o godz. 9.00 w sobotę i kończę w poniedziałek o godz. 17.30, bo muszę być tego dnia w szpitalu. Dyżury pełnimy co prawda pod telefonem, ale wezwań nam nie brakuje, często mam tylko 30 minut, by zobaczyć pacjenta – podsumowuje.

– Moja przygoda z okulistyką w Irlandii trwała dwa lata – wspomina dr Anna Sieja-Bujewska. W Dublinie pracowała od 2008 do 2010 roku. Był to jej zdaniem okres ciężkiej pracy, ale jednocześnie bardzo ubogacające zawodowo doświadczenie. – Program specjalizacyjny, jaki tam odbywałam, składał się z sześciomiesięcznych modułów obejmujących pracę w poradni oraz na oddziale. Młody lekarz mógł doskonalić swoje umiejętności pod okiem starszych i bardziej doświadczonych kolegów zarówno w przychodni, jak i na sali operacyjnej. Dodatkowo, umiejętności każdego z nas były co pół roku sprawdzane i oceniane przez pozostałych kolegów. Na harmonijnej współpracy kładą się cieniem wyczerpujące, jednoosobowe dyżury przy niewyobrażalnej liczbie pacjentów. Do tego dochodzi opieka nad pacjentem oddziałowym wymagającym holistycznego podejścia, bez dodatkowej pomocy pielęgniarek, które w Irlandii mają dość mocno ograniczone prawa. Lekarz dyżurny po całonocnym dyżurze nie opuszczał szpitala, przeciwnie, pozostawał w pracy na kolejne 10-11godzin, ponieważ właśnie tyle wynosił jego codzienny czas pracy – mówi.

Frustracja i wyczerpanie zawodowe pchnęły dr L.Ch. (neurolog) do opuszczenia Polski. W Norwegii odnalazła spokój, którego brakowało jej w ojczystym kraju. – Dość szybko zrozumiałam, że aby móc żyć godnie (bynajmniej nie w luksusach) i aby dalej rozwijać się zawodowo, niezbędne są środki finansowe, których praca na jednym etacie zdecydowanie nie zapewniała. Z tego powodu pracowałam w czterech miejscach jednocześnie: szpital, przychodnia, prywatna pomoc wyjazdowa, dyżury kontraktowe. Tyle tylko, że zabrakło czasu na życie i zadbanie o własne zdrowie... Decyzja o emigracji była też pochodną stosunku polskich pacjentów do lekarzy. Należę do medyków, którzy się angażują, jednak często pojawiali się pacjenci niezadowoleni, opryskliwi, czasem nawet agresywni. Brak szacunku do lekarzy i medialna nagonka na środowisko pogłębiały tylko moją frustrację – podkreśla. Dr L.Ch. nie chciała – z przyczyn ekonomicznych – leczyć „po łebkach”, dlatego wybrała emigrację. Chociaż w Norwegii pracuje tylko w jednym szpitalu (etat + dyżury), umożliwia jej to życie na godziwym poziomie. Ma ponadto – jak zapewnia – większy komfort psychiczny i większe możliwości diagnostyczne. – Jeśli pacjent wymaga konkretnego badania, nie ma problemu by je wykonać. Posiadam swój własny stały gabinet, nie dzielę go z innymi kolegami, nie muszę oczekiwać na wolny komputer… Niestety, aparat biurokratyczny jest bardzo rozbudowany. Tutaj nie wystarczy lakoniczny wpis do kartoteki: „Pacjent czuje się dobrze, przedłużenie leczenia farmakologicznego”. Pacjentów, zwłaszcza z chorobami przewlekłymi, rejestruje się w elektronicznych systemach na różny użytek (czasem statystyczny, ekonomiczny, epidemiologiczny, naukowy). Na całe szczęście wszystko jest opracowywane w systemach informatycznych, więc odpadają np. dane personalne i inne stałe dane. Zwolnienia lekarskie – są stopniowane, chory z niewielkim ograniczeniem ruchomości (np. złamaną nogą) może wykonywać lekką pracę (np. biurową), jednak pracodawca może otrzymać nakaz wydłużenia pracownikowi przerw lub zapewnienia sprzętu ułatwiającego odpowiednie ułożenie kończyny. W Norwegii kładzie się nacisk na szybki powrót pacjenta do pracy, system dokumentacji chorego jest zintegrowany z systemem zwolnień lekarskich i aptekami (e-recepty), więc nie ma żadnych papierowych dokumentów. Dość dobrze funkcjonuje instytucja lekarze rodzinnego i lekarzy miejskich (pacjenci z ostrymi zachorowaniami trafiają więc do lekarza pełniącego dyżur w ambulatorium, a skierowanie na hospitalizację lekarz ten ustala z dyżurnym w szpitalu. To rozwiązanie likwiduje kolejki pacjentów w izbie przyjęć, którzy sami szturmują szpitale i SOR-y, wedle własnego uznania – wyjaśnia. Zdaniem dr L.Ch. na wysoką ocenę zasługuje w Norwegii opieka pozaszpitalna, bo zorganizowanie pacjentowi pobytu w domu opieki, wizyt pielęgniarskich w domu lub ambulatoryjnie nie należy do obowiązków lekarzy, lecz zespołu pielęgniarskiego. Ten odpowiednio wcześniej komunikuje się z oddziałem gminy odpowiedzialnym za opiekę zdrowotną i długoterminową.

Na wyjazd z Polski zdecydowali się też państwo Podgórscy (internistka i ginekolog). Od niemal roku mieszkają w Saksonii. Oboje podkreślają, że największą zaletą niemieckiego systemu opieki zdrowotnej, oprócz – jak twierdzą – satysfakcjonujących zarobków – jest doskonała organizacja pracy. – Na każdą czynność przeznacza się tu tyle czasu, ile realnie go potrzeba. Nikt nie ustala limitów, nie wskazuje, ile minut można maksymalnie poświęcić pacjentowi. W ciągu dnia pracy medykom przysługują dwie półgodzinne przerwy. Na dyżury, 16- lub 24-godzinne, jest osobna umowa. Po dyżurze lekarz ma dzień wolny. Do obowiązków lekarza należy wyłącznie leczenie. Ktoś inny zajmuje się więc organizacją transportu, umawianiem terminów badań itd. Pielęgniarki dobrze znają swoich pacjentów, dysponują pełną wiedzą na temat diagnozy i planu leczenia. W Polsce komunikacja między lekarzami szwankuje, tu jest na najwyższym poziomie. Jeśli w trakcie pobytu na oddziale, potrzebuję wyniku jakiegoś badania przeprowadzonego wcześniej (np. koronarografii z Drezna wykonanej 5 lat temu), zgłaszam to pielęgniarce, i właściwie natychmiast sprawa zostaje załatwiona. Z pacjentem na oddział „idzie” też cała jego dokumentacja ze wszystkich pobytów w tym szpitalu, oczywiście idealnie uporządkowana, i trafia (sama?) do odpowiedniej półki – wyjaśnia dr Katarzyna Podgórska i dodaje: – Żaden z lekarzy w naszym szpitalu nie pracuje dodatkowo w poradni czy na dyżurach, na doskonalenie zawodowe czasu zatem nie brakuje, ekonomia tylko w niewielkim stopniu wpływa na możliwości diagnostyczne. Każdy z nas został wyposażony w telefon służbowy z numerami pozostałych pracowników, co usprawnia naszą pracę. To, co może przeszkadzać – jak twierdzi dr Podgórska – to długi proces dochodzenia do samodzielności.

Małgorzata Piróg-Mulak: Jakie relacje panują za granicą między lekarzami, jaki jest stosunek pacjentów do medyków?

Dr Ewa Migdał: W Wielkiej Brytanii konsultanci i lekarze niższego szczebla mają często wobec siebie duży dystans. To rodzi problemy komunikacyjne. Oczywiście, nie jest to regułą, bo w moim szpitalu każdy problem mogę zawsze omówić z konsultantem i bardzo sobie cenię tę możliwość. Pacjenci natomiast, uprzejmi w gabinecie, obawiając się konfrontacji, przywykli do pisania skarg. Najczęściej chodzi o sprawy błahe. Do wszystkiego trzeba się jednak ustosunkować i napisać wyjaśnienie. Poważniejsze sprawy zwykle są prowadzone przez specjalny zespół lub prawników szpitala.

Dr L.Ch: W Norwegii stosunki między personelem są przyjaźniejsze niż w Polsce, nie istnieje tak rozbudowana hierarchia, nie ma paternalistycznego modelu nadzoru. Jako lekarz specjalista jestem całkowicie niezależna w kwestiach decyzji medycznych, a moja dokumentacja medyczna nie przechodzi specjalnego procesu akceptacji przez kierującego oddziałem. Pielęgniarki są również w pełni samodzielne, mogą podejmować autonomiczne decyzje wynikające z ich kompetencji. Tutaj nie traktuje się pielęgniarki wyłącznie jako asystentki lekarza, która ma wypełniać jego zalecenia. Stosunki lekarz – pacjent również są zgoła inne. Lekarzowi w Norwegii okazuje się szacunek, a nawet jeśli pacjent z różnych powodów nie jest zadowolony, nie ośmieli się kłócić z medykiem w niekulturalny sposób. Nie ma wyzwisk, niecenzuralnych słów pod adresem personelu medycznego (oczywiście wyłączam przypadki pacjentów np. w delirium lub ze schorzeniami psychiatrycznymi), straszenia sądem czy pogróżek prywatnych. Norwescy pacjenci nie ośmielą się również dzwonić na prywatny numer lekarza poza godzinami jego pracy (mnie zdarzyło się to kilka razy, ale byli to tylko polscy pacjenci w Norwegii). Zawód lekarza jest poważany, choć oczywiście zdarzają się nagłaśniane przez media przypadki zaniedbań czy błędów.

Jak powstrzymać falę emigracji?

Nie można zaprzeczyć, że głównym powodem emigracji są przyczyny ekonomiczne. Mimo że w ostatnich latach płace lekarzy oraz lekarzy dentystów wzrosły w sposób istotny, nadal nie spełniają oczekiwań większości środowiska. Są ponadto bardzo zróżnicowane, zależą nie tylko od stażu i stanowiska, ale także specjalizacji oraz miejsca pracy, a poprawa sytuacji materialnej okupiona jest brakiem życia prywatnego. Kolejnymi ważnymi powodami wyjazdu są trudności w uzyskaniu specjalizacji, małe możliwości szkoleniowe oraz ograniczone perspektywy stabilizacji.

Emigracje polskich specjalistów stanowią jedną z głównych przyczyn deficytu kadr lekarskich w naszym kraju i przyczyniają się do geriatryzacji zawodu. Dr Jacek Kozakiewicz, prezes Śląskiej Izby Lekarskiej w wywiadzie dla radiowej Jedynki, w lipcu 2015 r., wskazywał na starzenie się kadry lekarskiej – w wielu specjalnościach, szczególnie chirurgii, internie, ginekologii, a przede wszystkim pediatrii większość medyków to osoby po 50. roku życia. A młodzi wyjeżdżają… Szacuje się, że ok. 10 proc. z nich decyduje się na pracę za granicą. Nikt nie jest jednak w stanie określić precyzyjnie rzeczywistej skali zjawiska. Problem deficytu kadr medycznych spędza sen z powiek decydentom nie tylko w Polsce. Bo nie jest to jedynie nasza bolączka. Wystarczy prześledzić niemieckie fora internetowe dedykowane lekarzom, by zauważyć, że tamtejsi specjaliści też narzekają. Na co? Na przemęczenie (średnio 54 godziny pracy tygodniowo), niezadowalające warunki finansowe oraz brak czasu na życie pozazawodowe. Pomimo zwiększenia zasobów kadrowych nadal wiele miejsc pracy jest tam nieobsadzonych, szczególnie dotyczy to rejonów wiejskich, sytuację ratują lekarze cudzoziemcy.

W Polsce stajemy przed podobnym wyzwaniem. Może już teraz powinniśmy rozpocząć rekrutację lekarzy zza wschodniej granicy? Z Ukrainy, Białorusi? Kłopot w tym, że ci specjaliści wykazują nikłe zainteresowanie pracą w naszym kraju.

Problemy związane z emigracją lekarzy, deficytem personelu medycznego winny być nagłaśniane w mediach ogólnopolskich, a nie jedynie branżowych. Tylko uatrakcyjnienie zawodu lekarza (status finansowy, stabilność pracy, prestiż) może zwiększyć zainteresowanie ambitnej młodzieży studiami medycznymi i zatrzymać młodych medyków w Polsce. A często wyjeżdżają najlepsi: prężni, dynamiczni, wyszkoleni, gotowi na nowe wyzwania. Czy ich nie szkoda?

 

Zaloguj się aby komentować.