logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 69 gości 
WIDZIANE Z KAZIMIERZA 45 - „Pasztet” onkologiczny Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

„Pasztet” onkologiczny

Wracamy do naszej rzeczywistości. 7 marca odbył się XXXIV Okręgowy Zjazd Delegatów DIL. Poza sprawami formalnymi, którymi zajmuje się każdy zjazd (zatwierdzenie realizacji budżetu za 2014 r. i uchwalenie nowego na 2015 r.), w części merytorycznej delegaci dyskutowali oczywiście o pakiecie onkologicznym. Każdy, kto choćby pobieżnie śledzi doniesienia medialne, zauważył na pewno, że dziennikarze nieustannie informują o problemach wynikających z wdrożenia pakietu onkologicznego. Również Izba powołała swój zespół do monitorowania funkcjonowania pakietu i niestety okazuje się, że mieliśmy rację na przełomie roku. Jest źle. Przy okazji nasunęła mi się pewna refleksja: minister zdrowia usiłuje wmówić społeczeństwu, że do 1 stycznia 2015 r. nikt nie leczył chorób nowotworowych. Właściwie nie wiadomo kto, gdzie i jak leczył takich pacjentów. Dopiero on, minister zdrowia, wprowadzając „zieloną kartę” (która jest notabene biała) uratował życie tysiącom pacjentów chorym na nowotwory. Teraz wreszcie wiadomo: kto, gdzie i jak ma leczyć. A o pieniądzach nie rozmawiajmy, bo w końcu jesteśmy(-cie) lekarzami, a nie biznesmenami. A jak wyszło po dwóch miesiącach?

Na przykład dzieci, przed wprowadzeniem pakietu, u których podejrzewano nowotwór, trafiały błyskawicznie na oddziały: pediatryczny, chirurgii dziecięcej czy onkologiczny. Tutaj szybko były poddane diagnostyce, w tym obrazowej typu NMR czy TK, pobierano materiał do badania histopatologicznego i właściwie w ciągu kilku dni można było postawić wstępne rozpoznanie i włączyć leczenie onkologiczne. Teraz mali pacjenci mogą być diagnozowani w kierunku nowotworu wyłącznie w trybie ambulatoryjnym, a to niestety trwa. Na mój macierzysty oddział chirurgii dziecięcej trafił już pierwszy pacjent z „zieloną kartą” i zaczęły się, pisząc kolokwialnie, schody. Gdyby nie nowe rozwiązania systemowe zostałby on szybko poddany diagnostyce i w ciągu dosłownie 2-3 dni miałby wstępne rozpoznanie i ewentualny plan leczenia. Teraz dziecko z całą dokumentacją, łącznie z obowiązkowym wynikiem badania histopatologicznego i założoną, kilkustronicową „zieloną kartą” (która powiela informacje zawarte w dotychczas wypełnianej dokumentacji) musi trafić do tzw. konsylium. Dopiero wtedy, na podstawie wszystkich dostarczonych danych, zostaje podjęta decyzja o dalszym postępowaniu, rodzaju i zakresie leczenia czy ewentualnym poszerzeniu diagnostyki. Tego nie da się oczywiście załatwić w ciągu 2-3 dni. Problem tkwi również w tym, że na przykład takie konsylium w przypadku pacjentów WSS przy ul. Koszarowej z przyczyn obiektywnych odbywa się w USK przy ul. Borowskiej i w oparciu o tamtejszych specjalistów. Jeżeli nie dopełnimy tych wszystkich formalności, NFZ po prostu nie zapłaci szpitalowi za takiego pacjenta.

Warto przypomnieć, że nowotwory są drugą przyczyną zgonów w Polsce. Tymczasem z dostępu do priorytetowej diagnostyki i możliwie szybkiego leczenia minister zdrowia wyłączył pacjentów z podejrzeniem nowotworów złośliwych skóry (za wyjątkiem czerniaka), oka czy ucha. Szef resortu zdrowia nie wskazał certyfikowanych ośrodków szybkiej diagnostyki onkologicznej: pracowni RTG i USG, laboratoriów, do których lekarze rodzinni i specjaliści mogliby kierować pacjentów. Nie określił standardów postępowania lekarza POZ w przypadku konkretnych nowotworów. Nie wyznaczył też ośrodków dalszej diagnostyki (TK, NMR, PET). Kto ma te badania opisać? Kto ma wykonać biopsję czy badanie histopatologiczne? Nigdy nie poznaliśmy odpowiedzi na te pytania. Już widać, że pacjenci „nieonkologiczni” mają utrudniony dostęp do lekarza rodzinnego i specjalistów (słynne skierowania do okulisty i dermatologa).

Nawet nie warto wspominać, że wypełnienie karty DiLO zajmuje lekarzowi poz minimum 40 minut. Częste awarie systemu informatycznego NFZ uniemożliwiają wręcz sprawne ich wystawianie (od kilku godzin do nawet 2 dni potrafi trwać generowanie unikatowego numeru karty DiLO). NFZ chwali się, że od stycznia 2015 r. wydano ponad 50 tys. „zielonych kart”. Co to oznacza? 40 tys. godzin lekarze poświęcili wyłącznie na tę czynność. W tym czasie mogliby przyjąć 10 tys. pacjentów z innymi schorzeniami i to wg czasu określonego przez Fundusz.

Trzeba też wspomnieć o finansach. Po pierwsze znowelizowana ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych stygmatyzuje pacjentów. Ponadto narusza art. 68 Konstytucji RP mówiący o równym dostępie obywateli do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Po drugie na dotychczasowe procedury lekarze rodzinni nie otrzymali ani złotówki więcej. Zmienił się jedynie system rozliczania lekarzy, na którym oczywiście „tracą” finansowo. Po trzecie NFZ wycenił procedury dużo poniżej rzeczywistych kosztów (mniej niż w roku ubiegłym), dlatego świadczeniodawcom, mającym kontrakt z Funduszem, zagraża upadłość, a pacjentom brak dostępu do leczenia. Słynny miliard ministra zdrowia, czyli wzrost środków finansowych na realizację pakietu onkologicznego w specjalistycznym lecznictwie ambulatoryjnym, jest wynikiem zmniejszenia finasowania wielu pozostałych procedur (od 10 do 60 proc.).

Na chemio- i radioterapię NFZ przeznaczył o ok. 30 proc. środków mniej niż w 2014 roku. Można dalej mnożyć przykłady złego funkcjonowania systemu, ale niczego to nie zmieni. Kampania prezydencka skupia się wokół tematu: afera w SKOK kontra afera podsłuchowa kelnerów. Czy ktoś martwi się o pacjentów? A może wzorem słynnej wypowiedzi sprzed lat pewnego rzecznika prasowego rady ministrów o tym, że „rząd się wyżywi”, teraz ktoś cynicznie chce powiedzieć naszym pacjentom: „skąpi żyją krócej?”.

Jacek Chodorski

 

Zaloguj się aby komentować.