logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 51 gości 
Z pamiętnika etyka Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

DOKTOR EWUŚ

Zbawieniem może być System Elektronicznej Weryfikacji Ubezpieczonych. Odejdą w niepamięć żenujące sytuacje dowodzenia, że nie jest się oszustem wtedy, gdy zaistniała potrzeba skorzystania z własnych praw. Było to wielce upokarzające: opłaciwszy składkę zdrowotną, należało nadto dowieść, że się ją opłaciło; nie fakt zatem opłacenia, ale fakt biurokratycznego pomazania umożliwiał skorzystanie z opieki lekarskiej. Dziwić może jednak to, że znikomy odsetek „oszustów” czynił wtedy z pozostałych obywateli podejrzanych. Nie pierwszy to przypadek, w którym obywatel państwa jest uznawany za osobę szemraną, z przypisanymi przez jego urzędników wszelkimi niecnymi zamiarami i mrocznymi intencjami wobec władzy i jej instytucji. Smutne to czasy, kiedy swoje trzeba kraść, a o własne prawa prosić.

Jarosław Barański etyk, filozof, adiunkt w Zakładzie Humanistycznych Nauk Lekarskich Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu (Fot. z archiwum autora)Nie ulega wątpliwości, że system elektroniczny eWUŚ to dla chorego wielka ulga. Rytuał biurokratyczny nakazywał bowiem odbieranie RMUA z kadr, aby następnie udać się z nim do przychodni. Wielu chorych rezygnowało z tego rytuału, przeczekując dolegliwości. Pośrednio więc system eWUŚ działa leczniczo, jeśli usuwa przeszkody korzystania z opieki zdrowotnej.

Michał Boni zachwala „nowy system eWUŚ – Elektronicznej Weryfikacji Uprawnień Świadczeniobiorców, który jest zupełnie nową, dobrą jakością dla pacjentów i lekarzy”. Słuszne, choć trochę egzaltowane i bełkotliwe (słowo nowy – dwukrotnie, raz dobra, no i jakość – zapewne ta lepsza, wszystko w jednym zdaniu) – litterae non erubescunt, prawił Cyceron. Minister zdrowia dopowiada: „Wymagania formalne i biurokratyczne przekształcamy w większe zaufanie do pacjentów. Od 1 stycznia 2013 r. zamiast biurokratycznych formalności wystarczy numer PESEL, a w wyjątkowych sytuacjach oświadczenie pacjenta. Po raz pierwszy, dzięki technice informatycznej, możemy tak wyraźnie pokazać, że liczy się przede wszystkim pacjent, a dopiero później dokument”. Aurea dicta, rzekłby Lukrecjusz, gdyby nie to, że logicznie wynika, iż liczy się najpierw PESEL.

Niepokoją zaś inne słowa ministra zdrowia adresowane już do lekarzy: „Zatem zwracam się do Was, Szanowne Koleżanki i Szanowni Koledzy, z gorącą prośbą. Pomóżmy pacjentom poznać działanie i zalety nowego systemu. Otoczmy ich troską, by mogli przystosować się do zmiany”. Boże, nie sądziłem nigdy, że gest podawania PESEL-u jest żmudnym procesem adaptacyjnym, który wymaga lekarskiej troski! Co tam kolejki w przychodniach! – to przecież umożliwienie pacjentom społecznego kontaktu. Co tam oczekiwanie latami na specjalistę! – to przecież jak czekanie na miłości swego życia, z tą różnicą, że specjalista może zdążyć.

M. Boni konkluduje więc prosto: „Uważamy, że wprowadzenie systemu eWUŚ jest dużym krokiem do cyfryzacji usług medycznych”. Tak, jak wyposażenie szkół w komputery przynosi komputeryzację oświaty, jak budowanie dróg przynosi zabudowanie drogami. Starożytni Rzymianie mówili – barba non facit philosophum. Można jedynie dodać: z tego, że używa się mądre słowa, nie wynika jeszcze, iż mówi się coś mądrego.

Sprawiedliwość wymaga, aby okrzyknąć eWUS-ię sukcesem. Lecz ta sama sprawiedliwość każe nam przyjąć właściwą miarę: pacjent nie odczuwa już, że jest osobą szemraną, choć nie o to przecież chodzi w służbie zdrowia.

OBOLAŁE ZDROWIE

Polacy pochłaniają olbrzymie ilości środków przeciwbólowych. Jesteśmy bodaj w światowej trójce w ich spożyciu. Na pytanie: co jest powodem tego spożycia?, większość odpowiada – dostępność. To zgrabna figura retoryczna, na podobieństwo takiej: co jest powodem tego, że oddychamy? Oczywiście, dostępność powietrza. Związek przyczynowy między tymi farmaceutykami (powietrzem) a dostępnością jest jednoznaczny – wystarczy je zlikwidować (lub powietrze), a Polacy zażywać ich nie będą (tak jak nie będą oddychać). Problem bodaj w tym, że Rodacy łapią oddech dzięki środkom przeciwbólowym. Pytanie więc jest zgoła odmienne: dlaczego tak Polaków boli?

Można wymienić te i wiele innych części ciała lub wewnętrznych organów Rodaków, które sprawiają dolegliwości bólowe. Wydaje się jednak, że presja społeczna, aby być sprawnym i dyspozycyjnym, a dalej: lęk przed słabnącym zdrowiem i utrata kulturowych narzędzi radzenia sobie z bólem, ograniczona dostępność do usług medycznych i niski poziom życia są tego wystarczającym powodem. Właściwie, na samą myśl, na jak wiele chorób można zapaść i jak długo będzie się czekało na leczenie i czy będzie ono efektywne – już od tego samego można zachorować. Coraz bardziej i coraz silniej lękamy się więc przyszłego nieszczęścia, niestety z konsekwencją, którą wypowiada Seneka: „Gdy ktoś boi się jakiegoś nieszczęścia, przez samo jego oczekiwanie męczy się tak, jak gdyby ono już nadeszło, a gdy odczuwa lęk przed jakimś cierpieniem, doznaje tego cierpienia już przez samą jego obawę”.

Ale też jest to efekt przemian kulturowych, na mocy których dobre samopoczucie jest priorytetem i wymogiem społecznym. Ból więc wygnany musi być z codzienności, bo też denuncjuje naszą zbolałość, słabość, chorowitość, niemoc, niedyspozycyjność, niesprawność itp. – wszystko to, czego dziś należy się wstydzić. Farmaceutyki te ogrywają więc rolę regulatora nastroju i wizerunku, czym współczesny człowiek pragnie zarządzać, aby efektywniej realizować powszednie zadania. Lek przeciwbólowy staje się, po prostu, swoistą używką, którą znajdziemy w każdej domowej apteczce, torebce, saszetce, kieszeni i szufladzie w miejscu pracy. Nie tolerujemy bólu, bo nikt nie toleruje nas obolałych.

Jakże bowiem nie ulec reklamie takiego farmaceutyku, jeśli widzimy kobietę znękaną bólem, z workami pod oczyma, w tłustych włosach z odrostami, o szarej cerze i z brakami uzębienia, która trzyma się za głowę i mówi: „Jaki on duży!”. Jej koleżanka, o podobnym wyglądzie, dopowiada: „I ciągle rośnie!” I żeby nie było wątpliwości interpretacyjnych, pojawia się w reklamie opakowanie leku i sugestia, co należy zrobić, jeśli przytrafi się nam taka dolegliwość. Zaraz potem, raz jeszcze widzimy owe panie, teraz już po zażyciu leku: piękna ufarbowana fryzura, turystyczna opalenizna na twarzy, żadnych zmarszczek i pełne uzębienie. I jak tu nie zażywać?

A tak na marginesie, jakież to leki sprzedają się najlepiej na świecie? Ano, Prozac, Paxil i Viagra, potem przeciwalergiczne i benzodiazepiny. A gdyby tak wszystko w jeden lek połączyć, w ową Huxley’ową somę? I efekt: świetne samopoczucie, radość życia, energiczna aktywność społeczna, wyśmienita koncentracja i jeszcze – w bonusie – erekcja bez wysypki.

Być może jednak to znękanie bólem jest świadectwem, że Polacy są coraz wrażliwsi. Subtelnieje bowiem ich natura, która bólu już nie znosi. Delikatnieje ich konstytucja, która cierpienie uznaje za klęskę biograficzną. Gdzież więc są owi gruboskórni Rodacy, którzy ból za nic mają? Ci, którzy z niego drwią i kpią z oferty opatrzenia ran? Dumnie czoło podnoszą, nękani fizjologią dolegliwości?

Są passé. Dziś można cierpieć tylko wtedy, gdy się jest zdrowym. Medycyna tylko pogłębia ten stan: im więcej nieszczęść jest w stanie medycyna nas pozbawić, tym bardziej czujemy się nieszczęśliwi. Marquard opisuje ów syndrom następująco: „zwłaszcza postęp w medycynie – naprawdę przynosi sukces i rzeczywiście likwiduje choroby, rzadko wzbudza zachwyt. Staje się raczej oczywistością, a uwaga koncentruje się całkowicie na dolegliwościach, które pozostają. Działa tutaj prawo wzrastającej natrętności tego, co pozostało. Im więcej rzeczy negatywnych znika ze świata, tym bardziej przykre wydają się te z nich, które pozostają”. Marquard nazywa to przypadkiem księżniczki na ziarnku grochu, która, jako że nie miała już żadnego innego powodu, aby cierpieć, cierpiała z powodu jednego ziarnka grochu. Czyż Polacy nie szlachetnieją?

Jarosław Barański

 

Zaloguj się aby komentować.