logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 15 gości 
Wywiad „Medium” - NOWATORSKA METODA OPERACJI W DCO Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

NOWATORSKA METODA OPERACJI W DCO

Magdalena Orlicz-Benedycka: Dobry efekt terapeutyczny, mniej powikłań i większy komfort życia dla pacjenta, czyli „taTME”. O nowej metodzie, której uczy się Pana zespół, i o pacjencie, u którego z sukcesem ją zastosowano, pisano już wiele. Z medycznego punktu widzenia to prawdziwy przełom?

Prof. Marek Bębenek: Nowa metoda „taTME” to przezzwieraczowe, całkowite wycięcie odbytnicy wraz z jej krezką, czyli torebką tłuszczową otaczającą narząd. Pierwsze zabiegi wykonał w 2009 r. w Barcelonie prof. Antonio Lacy z zespołem. Metoda polega na zupełnie innym podejściu chirurgicznym. Dzięki dwóm dostępom laparoskopowym całość operacji odbywa się od strony brzucha i przez odbyt. Polega na wycięciu nowotworów odbytnicy, usytuowanych bardzo nisko, z zachowaniem czystych granic onkologicznych. Wszystko odbywa się pod kontrolą wzroku, i pozwala na zachowanie funkcji zwieraczy odbytu. Okres zdrowienia pacjenta jest zdecydowanie krótszy. Grupa osób leczonych tą metodą na świecie nie jest jeszcze duża. Prof. Lacy z Barcelony przeprowadził ok. 230 takich operacji, a badania potwierdzają bezpieczeństwo i skuteczność metody „taTME”.

Pierwsza operacja tą metodą była wykonywana we Wrocławiu przez dwa zespoły lekarzy, chirurgów z Włoch (prof. Andrea Muratore z Turynu i dr. A. Failla) oraz chirurgów z DCO. Metoda „taTME” wymaga bardzo dużego doświadczenia, dobrej znajomości anatomii i wielu ćwiczeń. W bardzo ciasnej przestrzeni miednicy małej znajdują się różnego rodzaju struktury, naczynia tętnicze i żylne, moczowód, nerwy współczulne, podbrzuszne. Operujący chirurg musi mieć bardzo dużą biegłość w posługiwaniu się oprzyrządowaniem.

Prof. dr. hab. Marek Bębenek Kierownik Oddziału Chirurgii Onkologicznej I w Dolnośląskim Centrum Onkologii we Wrocławiu (Fot. z archiwum DCO)W latach 80. opracowano w Niemczech metodę „TEM” (Transanal Endoscopic Microsurgery), umożliwiającą operowanie niewielkich guzów odbytu nisko położonych. Metoda „taTME” jest zabiegiem hybrydowym, łączącym podstawy „TEM” i „TME”, czyli dostępu przezodbytowego i operacji od strony brzucha z całkowitym usunięciem krezki odbytnicy.

M.OB.: Jakie są możliwości i szanse zastosowania takich zabiegów w naszych realiach?

M.B.: Wprowadzając nową metodę zabiegową, nie powinno się mówić o kosztach, które w takim przypadku zawsze są trochę wyższe. My lekarze powinniśmy myśleć o korzyściach, które osiąga pacjent. Posiadamy całą aparaturę niezbędną do wykonywania takich operacji i odpowiednio wyposażone sale operacyjne. Największą przeszkodą przy wprowadzaniu nowych technologii jest bariera psychologiczna. Czasami trzeba się przełamać, aby to robić. Metoda jest nieco droższa, ponieważ operują dwa zespoły, mamy dwie kolumny laparoskopowe, jest większe zużycie sprzętu, który jest jednorazowy. Ale bez nakładów finansowych nie uczynimy postępu. Koszty są o połowę wyższe od normalnej procedury. Jeśli leczy się człowieka i przystępuje do jakiejś procedury, konieczne jest zapewnienie wszystkiego co potrzebne. Pominięcie jakiegoś elementu może zakończyć się dla pacjenta katastrofą.

M.OB.: Czy jest już opracowany system szkolenia tą metodą? Jak odbywało się szkolenie za pierwszym razem, w waszym przypadku?

M.B.: Odbyliśmy najpierw szkolenie u prof. Lacy’ego w Barcelonie, następnie na nasze zaproszenie przyjechał z Turynu prof. Andrea Muratore, który pomógł nam w pierwszej procedurze. Dysponujemy odpowiednim sprzętem, pod tym kątem jesteśmy przygotowani do wprowadzania metody, ale musimy jeszcze trochę poćwiczyć. Powoli przygotowujemy się do tej procedury, aby wykonywać ją samodzielnie. Jednocześnie prof. Muratore z Turynu bardzo się stara i chce, aby współpraca się rozwijała. Nasze szpitale będą współpracować. Jesteśmy na etapie podpisywania listów intencyjnych o wzajemnej współpracy. Jeszcze w tym roku wybierzemy się do Turynu na szkolenie i dopracowanie szczegółów. To jest odpowiednie oprzyrządowanie, praca instrumentariuszek, odpowiednie znieczulenie, ułożenie pacjenta. Zabieg, który odbył się we Wrocławiu, miał charakter szkoleniowy. Do końca roku zamierzam wykonać kilka takich procedur. Jeśli nie będę miał pewności, że w 100 procentach zapewniamy bezpieczeństwo pacjentowi, zabiegu nie zrobię.

M.OB.: Pacjenci zyskali wiele. Jak doszło do współpracy, i jak wygląda ona obecnie?

M.B.: Dowiedziałem się, że jest taka metoda. Szukaliśmy firm, które mogłyby nam w tym pomóc. Jedna z firm produkujących sprzęt zaproponowała rozwiązanie. Zaaranżowano ćwiczenia w Barcelonie u prof. Lacy’ego, a potem dostaliśmy kontakt do kolegów z Włoch. Korespondowaliśmy ze sobą, aż wreszcie uzgodniliśmy termin ich przyjazdu do Wrocławia. Przesłaliśmy też listę i opis poszczególnych przypadków, głównie wyniki badań obrazowych. Wskazano nam, kogo można operować tą metodą. Musieliśmy omówić każdy aspekt zabiegu. W naszych warunkach jest to metoda zarezerwowana dla osób z niskim rakiem odbytnicy. Normalnie musielibyśmy usunąć zwieracze i założyć permanentną kolostomię.

Wracając do tematu naszej współpracy; codziennie korespondujemy, wymieniamy doświadczenia, rozmawiamy o pacjencie, który czuje się bardzo dobrze. Nie ma powikłań. Wynik histopatologiczny był dobry. List intencyjny, który podpisujemy, został też sygnowany przez dyrektora DCO. W liście wyrażamy chęć szerszej współpracy klinicznej, nie tylko w ramach chirurgii onkologicznej, ale też radioterapii oraz na polu badań naukowych.

M.OB.: Kto będzie finansował nową metodę?

M.B.: Będzie ona finansowana ze środków NFZ. Będzie rozliczana jako amputacja przednia odbytnicy lub brzuszno-krzyżowa. Wszystkie procedury w chirurgii onkologicznej są niedoszacowane, czyli koszt leczenia jest wyższy niż wycenia je NFZ. Można mówić o pewnym paradoksie związanym z naszą pracą. Im więcej pracują chirurdzy onkologiczni, tym większe przynoszą straty. Aby nie być deficytowym, najprościej byłoby zamknąć oddział. A to jest niemożliwe. Jako szef Oddziału Chirurgii Onkologicznej I muszę myśleć o bilansowaniu i kosztach. Jednak najważniejszym wyznacznikiem naszej pracy powinien być zawsze pacjent, i na tym będziemy się skupiać. Natomiast mamy polityków, którzy powinni ten paradoks przeanalizować, zwłaszcza w aspekcie nakładów finansowych. W leczeniu nowotworów powinna nastąpić daleko idąca centralizacja. Nowotwory nie powinny być leczone chirurgicznie w szpitalach powiatowych, ponieważ nie ma tam odpowiedniego zaplecza. Nie ma też odpowiedniego doświadczenia klinicznego ani wielodyscyplinarnych zespołów. Nowotwory powinny być leczone w regionalnych centrach onkologii, gdzie mamy odpowiednio wykształconą kadrę, dostęp do wiedzy i odpowiednie wyposażenie. Dlaczego? Prowadzę obecnie badania nad wynikami leczenia poszczególnych nowotworów w naszym ośrodku i w innych szpitalach, które nie są centrami onkologicznymi. Okazuje się, że różnica w przeżywalności pacjentów z nowotworem, w najbardziej zaawansowanym stadium na przestrzeni 5 lat, może sięgać nawet 20 proc. Inaczej mówiąc, w mieście oddalonym o 100 km od Wrocławia, w raku odbytnicy, na 100 osób operowanych, 20 osób niepotrzebnie przedwcześnie umiera.

W Polsce we wszystkich statystykach badających „przeżycia pięcioletnie” w poszczególnych nowotworach znajdujemy się w ogonie Europy. Natomiast nasze centrum onkologiczne jest w średniej europejskiej, ponieważ zachowujemy standardy terapeutyczne. Reasumując, im dalej od centrum onkologii, tym wyniki leczenia mierzone „5-letnimi przeżyciami” chorych są gorsze.

M.OB.: Operowanie nowotworów jelita i odbytu interesują Pana szczególnie…

M.B.: Tak, to jest mi szczególnie bliskie. Sam opracowałem nawet metodę terapeutyczną, która jest stosowana w Polsce i w innych krajach, w rozległych operacjach, bardzo nisko położonych nowotworów, gdzie jednocześnie trzeba usunąć zwieracze, a guz jest spory. Po to, aby osiągnąć czyste marginesy chirurgiczne, trzeba wyciąć całkowicie nowotwór, trzeba wykonać dużą operację z wycięciem kości guzicznej, czasem części kości krzyżowej. Jest to tzw. brzuszno-krzyżowa amputacja, która ma uzasadnienie w nisko położonych, zaawansowanych guzach. Jest to nasze oryginalne opracowanie o nazwie „ASAR” (Abdominosacral Amputation of the Rectum). Jest to zmodyfikowana stara metoda operacyjna. Pacjent podczas drugiego etapu zabiegu, po zakończeniu operacji od strony brzucha, jest odwracany do pozycji na brzuchu, z uniesioną miednicą. To umożliwia lepszy dostęp operacyjny i wszystko jest pod kontrolą wzroku.

M.OB.: Z jakimi problemami zmaga się Pan na co dzień?

M.B.: Po zmianie zarządu szpitala nastąpił bardzo dynamiczny rozwój ośrodka. Rozwijamy chirurgię, radioterapię i pozostałe dyscypliny onkologiczne. Pracujemy w zespołach wielodyscyplinarnych. Wyodrębniła się nowa jednostka onkologiczna, zajmująca się leczeniem tylko raka piersi tzw. Breast Unit, w którym pracują specjaliści skupiający swoje zainteresowania tylko na tej jednostce chorobowej. Praktycznie istnieje już kolejna podjednostka zajmująca się leczeniem nowotworów jelita grubego – tzw. Colorectal Unit. Mimo niskiego finansowania jakoś sobie radzimy. Konieczne jest jednak wzmożenie wysiłków zmierzających do poprawy sytuacji chorych na nowotwory w naszym regionie. Mam nadzieję, że i władze naszego kraju dostrzegą potrzebę zmian systemowych w sposobie zarządzania i finansowania usług zdrowotnych. Dzięki naszym staraniom wkrótce ruszy budowa nowego Dolnośląskiego Centrum Onkologii, ponieważ obecna siedziba liczy grubo ponad sto lat i nie nadaje się do dalszych modernizacji.

Dziękuję za rozmowę.

 

Zaloguj się aby komentować.