logowanie



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 97 gości 
Oblężony jak... SOR - SOR. Najbardziej nielubiany odcinek pracy lekarskiej? Drukuj
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

SOR. Najbardziej nielubiany odcinek pracy lekarskiej?

„To specjalizacja dla pasjonatów – nie ukrywa lek. Ewa Jankowska. A ja? Uwielbiam moją pracę!”. „Myślę, że to jedna z dziedzin wiążących się z ogromnym ryzykiem dla personelu – wystarczy prześledzić oferowane tym lekarzom składki zawodowe OC” – zauważa ostrożnie dr Dorota Wroczyńska, która kilka lat temu zrezygnowała z pracy w ratownictwie. „Nie, nie sądzę, aby nie była lubiana. Jest bardzo ciekawa i pasjonująca” – zapewnia dr Arkadiusz Kawka. Z trojgiem dolnośląskich lekarzy medycyny ratunkowej rozmawia Aleksandra Solarewicz.

Aleksandra Solarewicz: Dzień. Zwykły dzień (i noc) na SOR?

LEK. EWA JANKOWSKA Absolwentka Akademii Medycznej w Poznaniu (1984). Od marca 1990 r. – specjalizacja I st. z anestezjologii i intensywnej terapii, od października 1999 r. – specjalizacja I stopnia z pediatrii, ukończone studia podyplomowe „Menedżer ochrony zdrowia” (2004) – AM im. Piastów Śląskich we Wrocławiu; od października 2007 r. specjalista medycyny ratunkowej. 25 lat pracy w karetce, 16 lat pracy na oddziałach ratunkowych (od pracy na pierwszej linii po funkcje kierownicze). Obecnie kierownik Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego im. T. Marciniaka we Wrocławiu.

Lek. Ewa Jankowska, kierownik Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego im. T. Marciniaka we Wrocławiu: Zwykły dzień na SOR jest tradycyjnie niezwykły. Nigdy nie wiadomo, co nas czeka. Na początek – musimy zająć się pacjentami z poprzedniego dnia – oczekuje wielu pacjentów do przyjęcia na oddziały. Pięciu. Może piętnastu. Zimą jeszcze więcej. Zależnie od pory roku i intensywności zachorowań. Do jakich oddziałów? Głównie o profilu internistycznym. Ale bywa, że brakuje miejsc na oddziale neurologii, kardiologii, intensywnej terapii, chirurgii...

A.S.: Kiedy przekazujecie tych chorych na oddziały docelowe?

E.J.: Podczas podyżurowej odprawy porannej z ordynatorami i dyrektorem próbujemy znaleźć rozwiązania, tj. miejsca na oddziałach specjalistycznych dla oczekujących na przyjęcie pacjentów. To miejsca, które powstaną po wypisach z oddziałów. Trzeba czekać. Nie wiadomo, kiedy z innych oddziałów odbiorą pacjentów rodziny. Nie wiemy, kiedy przyjedzie transport medyczny, aby odwieźć tych, którzy tego wymagają. Czasem trwa to wiele godzin. Czasem w środku kolejnej nocy. Wtedy oddział specjalistyczny nie zwalnia miejsca w danym dniu, nie odwozi pacjenta w nocy do domu. A SOR musi to czasem zrobić.

AS.: Realizujecie transporty do domu w godzinach nocnych?

E.J.: Wiele razy odwozimy pacjentów w nocy. Diagnostyka zakończona, decyzje podjęte, konsultanci wypowiedzieli się. Nie mamy miejsc, aby takich pacjentów zatrzymywać. Przyjeżdżają wciąż nowi chorzy. Pacjenci są zdziwieni, ich rodziny również. „Jak to? O godzinie 1.00 do domu? Nie można zaczekać do rana?” „Ja idę rano do pracy, jak mam teraz jechać po mamę? Teraz mamusia wróci do domu?” Odpowiadam: „Tak, teraz, diagnostyka została zakończona, nie mamy miejsc”. Jak trudno to czasem wytłumaczyć! Ile przykrych słów można usłyszeć. Że jesteśmy bez serca. Że wyrzucamy ludzi w środku nocy. Że tak się nie godzi. Że nikogo nie ma teraz w domu. Że mamusia mieszka sama, a opiekunka lub sąsiadka zabrała klucz.

A.S.: Pojawiają się roszczenia?

E.J.: Niestety, czasem słyszymy wręcz groźby! Rodziny pytają, czy wiemy, jakie konsekwencje nas czekają? Osoba wypisywana „na pewno wymaga jeszcze badań”. Wyliczane są – wręcz szczegółowo! – badania, które powinniśmy wykonać, itp. Ile rodzin zupełnie nie organizuje opieki nad osobami starszymi, niesprawnymi… Teraz budzą się nagle, jakby to był problem właśnie szpitala. Nieważne, że to oni, rodzina nie byli w stanie go dostrzec przez wiele miesięcy... „Przecież jakoś to było...”.

A.S.: Państwo walczą z opieką nad przewlekle chorymi (co nie jest Waszym zadaniem), a tu wciąż przybywają nowi chorzy…

E.J.: Przywożeni karetkami, czyli kierowani przez ZRM (Zespół Ratownictwa Medycznego), ze skierowaniami z POZ, z poradni specjalistycznych, innych ośrodków z województwa na oddziały specjalistyczne. Wielu nie rozumie, że wszystkich na SOR obowiązuje triage (czyli segregacja) pod kątem ciężkości zachorowania i pilności przyjęcia. Ileż kłótni, wyzwisk pod naszym – pracowników, adresem. Jak w kolejce w sklepie! Kto był pierwszy, „ile godzin ja tutaj czekam, a tamta pani...”. I wiele czasu trzeba poświęcić na tłumaczenie. Potem kolejny przypadek. I jeszcze jeden...

LEK. ARKADIUSZ KAWKA Absolwent AM we Wrocławiu (1991), specjalista II st. chirurgii ogólnej i specjalista medycyny ratunkowej. Absolwent AE we Wrocławiu, specjalność zarządzanie w służbie zdrowia – ubezpieczenia społeczne. Dyrektor Szpitala Powiatowego w Bogatyni (1999-2000), ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego SPZOZ Zgorzelec i tamże zastępca dyrektora ds. lecznictwa (2004-2017). P.o. dyrektora Pogotowia Ratunkowego w Jeleniej Górze (2017-2018), a obecnie zastępca dyrektora ds. medycznych. Zastępca Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Dolnośląskiej Izby Lekarskiej (od 2013 r. do dziś). (Fot. z archiwum A.K.)Lek. Arkadiusz Kawka, zastępca dyrektora ds. medycznych Pogotowia Ratunkowego w Jeleniej Górze: W mentalności pacjentów wciąż funkcjonuje termin pogotowie. Mówią: „idziemy na pogotowie”, a tymczasem to jest już zupełnie inna rzeczywistość. SOR jest oddziałem szpitalnym, a co za tym idzie obowiązują na nim zupełnie inne standardy postępowania. Nie jest to już ambulatorium pogotowia, gdzie udziela się porad i zapisuje w książce ambulatoryjnej, lecz pacjent jest przyjmowany do szpitala. Obowiązuje więc normalna procedura przyjęcia do szpitala. Pacjent ma zakładaną historię choroby i prowadzi się dokumentację zgodnie z obowiązującymi przepisami. Jest to bardzo pracochłonne i zajmuje coraz więcej czasu. Pacjenci też to odczuwają.

A.S.: Ten rytm pracy SOR?

A.K.: Tak. Jeśli uświadomimy sobie, że na inne oddziały szpitala przyjmuje się codziennie od kilku do kilkunastu pacjentów, to na oddziale ratunkowym tych przyjęć jest dziennie od kilkudziesięciu do dwustu. Wszyscy ci pacjenci muszą mieć sporządzoną dokumentację leczenia, taką jak inni pacjenci szpitala. Do tego diagnostyka i leczenie na innych oddziałach trwa przeciętnie 2-3 dni. Tymczasem na SOR ten czas jest znacznie krótszy, a ponadto wypis musi być przygotowany i wydany od razu. Lekarz na SOR zwykle nie ma do pomocy sekretariatu, który przygotowywałby wypis, recepty, druki zwolnień lekarskich i inne dokumenty. To wszystko spada na lekarza SOR. Na innych oddziałach zatrudnionych jest ponadto w ciągu dnia wielu lekarzy, którzy zajmują się zwykle 20-30 pacjentami, na SOR jest to 2-3 lekarzy (jeśli znajdzie się tylu chętnych na dyżur) pracujących pod presją czasu dla zgłaszających się przeciętnie ok. 80-120 pacjentów na dobę. Siłą rzeczy czas oczekiwania na przyjęcie przez lekarza na SOR się wydłuża.

Lek. Dorota Wroczyńska, były pracownik Oddziału Ratunkowego Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego im. T. Marciniaka we Wrocławiu: Z mojej perspektywy SOR to są wspomnienia. To oczywiste – bo ja swoją przygodę z medycyną ratunkową zakończyłam w 2011 r. Pyta pani o „zwykły dzień”? Chyba nie ma czegoś takiego jak zwykły dzień na SOR. Każdy dyżur był pełen niespodzianek i trudnych do przewidzenia zwrotów akcji, wymagających od personelu stałej czujności i gotowości do szybkiego działania. Otwartość umysłu i elastyczność myślenia stanowiły niezbędne cechy sorowca, choć… ciężko o nie około dziesiątej godziny pracy (trwającej przecież okrągłą dobę)! Lekarz SOR musiał być mistrzem asertywności i dyplomacji, godząc słuszne i niesłuszne oczekiwania pacjentów z prawami ekonomii. Bo działalność SOR była finansowana dziennym ryczałtem, który ledwo starczał na porządne zaopatrzenie jednego urazu wielonarządowego. Dobrze jeszcze zachować przy tym dobre relacje z pozostałym personelem i lekarzami innych oddziałów. »

A.S.: Kto powinien trafiać na SOR, regulują przepisy. Ale kto trafia najczęściej?

E.J.: To proste – powinni do nas trafiać pacjenci w stanie zagrożenia życia bądź w takim stanie zagrożenia zdrowia, który w szybkim czasie do zagrożenia życia może prowadzić, jeśli nie podejmiemy stosownych działań.

Czasem kwalifikacja na SOR to trudna decyzja i jestem w stanie zrozumieć sens skierowania pacjenta np. z POZ z bólem w klatce piersiowej, bólem brzucha. Choć i tutaj diagnostyka wielokrotnie mogłaby się odbyć w POZ. Osobiście często rozumiem lekarzy rodzinnych – w Polsce liczba pacjentów na jednego lekarza (zdecydowanie większa niż w innych krajach) oraz proponowane możliwości finansowe nie pozwalają na wprowadzenie niezbędnej diagnostyki. Jednak, jak pokazuje statystyka, około 30-40% (niektórzy mówią, że 70%) pacjentów wcale nie powinno znaleźć się akurat na SOR.

A.S.: To dlaczego tutaj przychodzą? Skoro wokół – pamiętam swój pobyt na SOR ze skręconym ścięgnem kolana – istny lazaret?

E.J.: Bo to dla wielu głównie krótka ścieżka do szybkiej diagnostyki, stosowana niestety przez wielu lekarzy kierujących. Trudno jednoznacznie to oceniać – u wielu z kierowanych do szpitala pacjentów diagnostyka powinna odbywać się w POZ i poradniach specjalistycznych. Wielu pacjentów omija z różnych przyczyn POZ i zgłasza się samodzielnie do szpitala.

W ostatnich miesiącach wzrosła liczba osób przebywających w Polsce czasowo, często bez nr PESEL, bez ubezpieczenia. Nie mają swoich lekarzy rodzinnych. We Wrocławiu jest ambulatorium chirurgiczne i internistyczne, jednak wiele osób zgłaszających się do nas o tym nie wie. Im więcej pacjentów, którzy do nas nie powinni trafić, tym dłuższy czas oczekiwania, tym mniej rąk do pracy dla osób wymagających pilnej pomocy. A im zdrowszy pacjent, tym głośniej krzyczy. I było tak już przed pojawieniem się poradników na stronach internetowych.

D.W.: Zgadza się, na SOR powinni trafiać pacjenci w stanie nagłego zagrożenia zdrowia i życia. A jak pamiętam, u nas w praktyce większość stanowili ci z przewlekłymi dolegliwościami, próbujący uzyskać pomoc szybciej niż w poradni specjalistycznej, w której musieliby czekać kilka miesięcy. Ci na SOR bardzo często awanturowali się po kilku godzinach. Pomijam tak zwane „banalne” dolegliwości. Problem w tym, że aby stwierdzić ich banalność, trzeba najpierw zbadać pacjenta. A rolą SOR jest szybkie zdiagnozowanie zaburzeń bezpośrednio zagrażających życiu, ustabilizowanie funkcji życiowych i przekazanie chorego do odpowiedniego dalszego leczenia.

A.S.: Dałoby się to uprościć?

D.W.: Z pomocą mógłby przyjść zestandaryzowany system triage. Oczywiście wymagałby zatrudnienia dodatkowego, odpowiednio przeszkolonego personelu. Od oceny triage powinien zależeć średni czas oczekiwania na pomoc. Niestety, osoby w lżejszym stanie muszą się liczyć z kilkoma godzinami w kolejce. Myślę jednak, że gdyby od początku o tym wiedzieli, przynajmniej częściowo ukróciłoby to ich pretensje. Przejrzystość w tej kwestii przyczyniłaby się do poczucia bezpieczeństwa zarówno pacjentów, jak i lekarzy.

A.K.: Jedną z przyczyn „zapychania się” SOR jest również trudność przekazywania pacjentów na inne oddziały szpitala lub do innych szpitali. Wskutek m.in. zmniejszania liczby łóżek i dostosowania ich do norm zatrudnienia pielęgniarek przekazanie jest bardzo trudne z powodu braku miejsc. Zacytuję dokument. Ustawowo SOR przeznaczony jest do „udzielania świadczeń opieki zdrowotnej polegających na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia w zakresie niezbędnym do stabilizacji funkcji życiowych osób znajdujących się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” (§ 2 pkt. 2 Rozporządzenia Ministra Zdrowia z dn. 15.3.2007 r. w sprawie szpitalnego oddziału ratunkowego Dz.U.07.55.365) [podkr. A.K.]. Tymczasem trudno współpracować z kolegami lekarzami, którzy nie chcą przyjąć pacjenta, który nie miał wykonanego jeszcze jakiegoś badania, lub też lekarzami, którzy wysyłają pacjentów na SOR, aby przeprowadzić diagnostykę przewlekłych dolegliwości, z którymi pacjent od tygodni zgłasza się do przychodni. Dlatego sprawność funkcjonowania SOR zależy również od dobrej współpracy z innymi lekarzami, zwłaszcza specjalistami z oddziałów szpitala.

A.S.: A więc kwestia kooperacji?

A.K.: Na przestrzeni lat wzrosła liczba pacjentów zgłaszających się na SOR-y. Przed SOR-ami stają więc kolejne wyzwania – m.in. wobec zmniejszania się liczby zespołów ratownictwa medycznego, w którym pracują lekarze, można się spodziewać, że pacjenci z karetek częściej będą trafiać na SOR. W tym aspekcie sprawność i współpraca z systemem ratownictwa jest bardzo ważna. Chodzi o to, by pacjenci byli rozwożeni na SOR-y równomiernie. Wówczas może nie będą tworzyły się kolejki karetek przed wjazdem na SOR.

A.S.: Szpitalny oddział ratunkowy w chaosie – to przeczy samej nazwie. Jak go urządzić, żeby wszyscy poczuli się bezpiecznie?

E.J.: Można puścić wodze fantazji? No to tak, jak planuje obecnie ktoś od „reanimacji” SOR-ów. Triage, retriage, zatrudnienie odpowiedniej liczby osób do tego wszystkiego, sprzęt i wyposażenie, które można wymieniać, kiedy się zniszczy. Tak naprawdę jest to wszystko opisane w ustawie o Państwowym Ratownictwie Medycznym i rozporządzeniach Ministerstwa Zdrowia. Chyba jednak za mało szczegółowo. Aby wszystko dobrze funkcjonowało, konieczne jest spełnienie jeszcze wielu warunków, m.in. płynne – jak już powiedział mój kolega Arek – przekazywanie do miejsc docelowych pacjentów po diagnostyce niezbędnej dla SOR, liczenie kosztów. A także prawidłowe prowadzenie dokumentacji; zatrudnienie na oddziałach specjalistycznych takiej liczby lekarzy, aby konsultacja na SOR była możliwa we wskazanym w regulaminie szpitala czasie.

A.K.: Szpitalny Oddział Ratunkowy w Zgorzelcu, gdzie pracowałem na stanowisku ordynatora w latach 2004-2017, powstał jako jeden z pierwszych na Dolnym Śląsku. Właściwie to przecierano wówczas szlaki i nie było wzorców jak oddział powinien funkcjonować i wyglądać. Wiele w tej sprawie zrobił wówczas prof. Juliusz Jakubaszko, który przez pewien czas przysyłał na oddział studentów z Wrocławia na staże, zanim powstał SOR we Wrocławiu.

Wiem z doświadczenia, że kluczowe zadanie w zakresie obsługi pacjentów pełni triage, który funkcjonuje bardziej jako centralna rejestracja, do której zgłaszają się wszyscy pacjenci poszukujący pomocy w szpitalu. Na triage’u pacjent nie tylko jest rejestrowany, ale również badany przez doświadczony personel: pielęgniarkę lub ratownika, którzy kwalifikują pacjenta do przyjęcia na oddziale SOR nadając mu odpowiedni priorytet lub w gabinecie lekarza nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej. W ten sposób, dzięki bliskiej lokalizacji tzw. wieczorynki, część pacjentów w ogóle nie obciąża SOR. Podobnej procedurze podlegają pacjenci przywożeni przez zespoły ratownictwa medycznego. Pacjenci są przekazywani do triage’u, a zespół karetki jest w gotowości do dalszego wyjazdu. Pacjenci oczekują w obszarze, który jest w zasięgu nadzoru personelu medycznego triage’u – stanowisko jest otwarte. To pozwala na reagowanie na to, co dzieje się w poczekalni, gdzie oczekują pacjenci.

D.W.: À propos dobrostanu personelu. Poruszę jeszcze jeden problem, dotykający moich obecnych zainteresowań (studiuję podyplomowo psychoterapię). Chodzi mi o system bezpłatnego wsparcia psychologicznego dla pracowników SOR-ów. Ta praca, nawet w najlepszych warunkach, jest wyjątkowo obciążająca psychicznie, a lekarze, pielęgniarki i inni muszą sami o siebie zadbać, za własne pieniądze.

A.S.: Czy teraz zaryzykowaliby Państwo stwierdzenie, że medycyna ratunkowa jest najbardziej nielubianą dziedziną medycyny?

LEK. DOROTA WROCZYŃSKA Absolwentka AM we Wrocławiu (1999). W 2010 r. uzyskała tytuł specjalisty medycyny ratunkowej, a w 2014 r. – medycyny paliatywnej. W latach 2004-2011 zatrudniona na Oddziale Ratunkowym Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego im. T. Marciniaka we Wrocławiu. Od 2012 r. zajmuje się arteterapią, ma certyfikat arteterapeuty Stowarzyszenia Arteterapeutów Polskich „Kajros”. Obecnie pracuje w Hospicjum Stacjonarnym i studiuje podyplomowo psychoterapię.

D.W.: Myślę, że medycyna ratunkowa to jedna z dziedzin wiążących się z ogromnym ryzykiem dla personelu – wystarczy prześledzić oferowane im składki za zawodowe OC. Na zakończenie chciałabym bardzo podziękować wszystkim, z którymi miałam zaszczyt pracować na SOR. Tworzyliśmy wspaniały zespół i dzięki temu udawało się pokonać trudności. Wam i wszystkim pracującym na SOR-ach chciałabym zadedykować swój wiersz. Powstał po jednym trudnym dyżurze, po którym zdecydowałam się zmienić pracę.

POŻEGNANIE

Jak meteor
Przemknąłeś przez moje życie.
W blasku monitora
W najgłębszą odszedłeś Ciszę.

Nie mam czasu
Twego zniknięcia opłakać.
Przecież dla mnie
To tylko praca.

Jeszcze tylko
Twoją przepustkę do raju podbiję,
Tłum żałobników
Orzeknie mą winę.

Twoją historię
Litościwy pokryje kurz.
Nie mogę płakać.
Inni czekają już.

A.K.: Medycyna ratunkowa to medycyna stanów nagłych, właściwie we wszystkich dziedzinach medycyny. Jest bardzo ciekawa i pasjonująca. To praktycznie podstawowa misja zawodu lekarza na pierwszej linii: ratowanie życia. Nie, nie sądzę, aby nie była lubiana. Znam wielu lekarzy, którzy wybrali tę specjalizację i realizują się zawodowo. Znam także lekarzy, którzy odeszli od medycyny ratunkowej, bo wskutek niewłaściwych decyzji organizacyjnych lub ich zaniechania zrezygnowali z pracy na SOR. Jeśli dziś SOR staje się przychodnią zdrowia, to lepiej i wygodniej zostać lekarzem rodzinnym, bo całe otoczenie jest na to przygotowane organizacyjnie, łącznie z oczekiwaniami pacjentów. W przychodni zdrowia nie zdarza się raczej, aby pacjent atakował lekarza pytaniem, jak długo jeszcze będzie czekał?

E.J.: Nielubianą przez kogo? Pacjenci przybywają masowo – może jednak nas doceniają? Lekarzy specjalistów na SOR-ach jest niewielu, ratowników – więcej w pogotowiu, pielęgniarki odchodzą na inne oddziały szpitalne…

Prawdą jest, że to praca niedoceniona przez wielu, praca w chaosie, choćbyśmy chcieli ją w cudowny sposób poukładać. Chaos wynika z braku możliwości planowania liczby i różnorodności przybywających pacjentów. Naturalnie, oddział powinien być przygotowany tak, aby możliwe było jak najszybsze realizowanie zadań. Ale nie ma tutaj nocy, dnia, nieprzyzwoitych godzin na badanie pacjenta. Nie można wielokrotnie zaplanować chwili odpoczynku, zapominamy o jedzeniu, piciu, przestajemy dbać o swoje zdrowie. Jesteśmy narażeni na wszelkie możliwe zagrożenia – fizyczne, chemiczne, biologiczne, psychiczne (w olbrzymim stopniu). To temat na osobną rozmowę. I na petycję o zmiany w ustawodawstwie. Wciąż praca ta nie jest uznawana za pracę w warunkach szczególnych. Nie mamy dodatków ani przywilejów, jakie posiadają pracownicy innych oddziałów. To niesprawiedliwe.

Zadała pani pytanie osobiste. Odpowiem, że ja uwielbiam moją pracę! Ale wiem, że to miejsce dla pasjonatów, oddanych medycynie ratunkowej. Nawet jeśli ktoś trafił tutaj przypadkowo, to nie wytrzyma długo, sam zrezygnuje, życie zweryfikuje te przypadkowe decyzje.